Challenge Gdańsk 5* event
Susz i okolice
Pokaż wszystkie

fot. maratomania

Wreszcie znalazłem chwilę, żeby na spokojnie usiąść i napisać słów kilka o spostrzeżeniach, jakie mam po Challenge Gdańsk. Nie wiem, czy jest to kwestia czasu, który minął od imprezy, a może mojego wieku, czy wreszcie może to po prostu perspektywa. I mimo że przede mną prawdopodobnie tylko dwie poważne imprezy tri w tym sezonie, to zebrało mi się kilka obserwacji, z którymi chciałbym się z Państwem podzielić.

Bez „życiówki” startuje się lżej

30 parę stopni na dni przed startem i taka sama pogoda w dniu zawodów dają dość wyraźny sygnał, że jeśli życiówka na danym dystansie jest wyśrubowana, to raczej nie są to „idealne warunki”. Często słyszę od trenera: „musi się złożyć (na życiówkę) kilka czynników, w tym pogoda”. Biorę tu pod uwagę również swój wiek i tzw.  „ostatni dzwonek”, i na szczęście coraz mniej się tym wszystkim przejmuję. Startowanie bez szans na życiówkę uwalnia głowę. Pominę na razie kwestię powtarzalności warunków i trasy w Ironmanie. Ale odkładając na też bok formę, to właśnie starty biegowe uświadomiły mi, że nawet na ulicy „życiówka”, choć znacznie bardziej wymierna (cyferki na koniec), to nawet przy tak małej ilości (w porównaniu do tri) zmiennych, nie zawsze jest realna. W Gdańsku startowałem z luźną głową. Nie tylko ze względu na moment przygotowań, ale również właśnie na realną ocenę moich szans. I przyznam szczerze, że bardzo się cieszę z tego „wyłączenia” stresu życiówkowego. Nie wiem na pewno, czy to dojrzałość, czy po prostu wewnętrznie pogodziłem się z tym, że te 4h09 zostanie ze mną do końca życia jako MKON’s best na połówce. Pamiętam, że w poprzednich, napiętych na życiówkę startach, nawet jedna chwila, podczas której udało mi się niezbyt sprawnie założyć buty na rowerze, od razu mnie usztywniała i stresowała. Teraz wahoo RIVAL nawet nie pokazywał mi czasu całości. Wyłączyłem to pole. Interesowało mnie realizowanie wyłącznie cyferek na poszczególnych etapach. Watów na rowerze i tempa na biegu.

Aero nie jest wszystkim

Na drugim (z trzech) kółku roweru uświadomiłem sobie w jakiej koszmarnej aero bańce żyjemy jako zawodnicy, kiedy „marginal gains” jest dla nas celem, a nie środkiem. Skąd ta myśl? Bo zauważyłem jak bardzo wygiął mi się odebrany z punktu bidon z oshee i jak furkocze zakrętka od niego. Serio, roześmiałem się wtedy w głos. Ciągle mam w pamięci dwie aero inspiracje. Podcasty nagrywane przez Maćka Żywka z Tripower, po których wyrzuciłem koszyki na bidony z tyłu siodełka, oraz webinar Tomka Kowalskiego, podczas którego usłyszałem, że 98% aero zawodnika to opór czołowy. Reszta jest naprawdę marginalna. Do tego (powiązany z punktem powyżej) dochodzi wybór miejsca i czasu doboru sprzętu. Na te „piekielne” zawody zrezygnowałem z zakładania na ramę super aero bidonu, z którego można skorzystać właściwie tylko raz, na rzecz zwykłego koszyka, bo wiedziałem, że kwestia odżywiania, a przede wszystkim nawadniania, będzie tutaj kluczowa. Podobnie z kaskiem czasowym. Wprawdzie w dniu zawodów nie dysponowałem takowym, ale miałbym wielką rozkminę, czy w nim w ogóle startować. Wspomnę tylko, że jedzie już do mnie HJC, w którym startowali Bracia Ławiccy i zachwalają jego wentylację. W Suszu zrobię mu test, bo już Hawaje 2017 pokazały mi, że komfort polania głowy wodą (na punktach podają taką prosto z lodu) jest mega. Ten furkoczący korek od oshee pokazał mi również, jak na niewiele rzeczy mamy wpływ podczas wyścigu i że zdecydowanie zbyt mocno się przejmujemy tym, aby w 100% być aero. I przez to… np. gotujemy się albo schodzimy z roweru mocno umęczeni.

Podcast cz. 1

Podcast cz. 2

TRIPOWER Podcast #28 Aero cz.2 – Rozmowa z Pawłem Starzyńskim

w podcastach Trinergy stoi jak byk, że nawet mała zmiana zaburza aero. A co dopiero urwany bark :)

It’s all about the run

A propos schodzenia z roweru. Miałem 10 minut straty do Kuby Rucińskiego. Z kolei Darek Dąbrowski szacował, że dojdę go dopiero na 2 km biegu. Panowie, zanim o bieganiu, to najpierw o Was. W ciągu tych 10 lat felietonowania popełniałem różne teksty, ale takim, który uznaję za najważniejszy w mojej pseudo karierze jest ten o rywalizacji. Rywale są cudowni. Myślenie o tym, ile będę musiał nadrabiać na km, liczenie, kiedy go dorwę jest tak cudownie mobilizujące. Fatalne za to jest myślenie a priori – walczę tylko o 3 miejsce. Tak, zawsze będą od nas lepsi, ale rywal to właśnie osoba, od której raz jesteś lepszy, a raz jesteś gorszy. Ale przede wszystkim jest między wami „jakaś” relacja. Dlatego zależy ci na tej rywalizacji.

Rivalry vs. Competition

Kiedyś Jacek Nowakowski napisał mi: „ironman it’s all about the run”. Wprawdzie to był challenge, a nie ironman, ale z przyjemnością mijałem pewnych Włochów (biegnąc swoim tempem), słysząc za swoimi plecami: he is relay. Tym bardziej jestem dumny, że jak dobrze rozumiem, wyglądałem jakbym biegł w sztafecie, a bieg w tri to sprawa, na którą będziemy zwracali największą uwagę. Prędkość 3:45 w maratonie na IM wydaje mi się kosmiczna. Ale w biegu na sucho? Kaman, jak przypomnę sobie 24-26 km, jak regularnie w takiej prędkości biegałem, trenując do maratonu, to dla głowy daje to wyśmienity handicap. W ogóle oswojenie się z prędkościami biegowymi podnosi próg wyzwania. Ostatnie 2 starty i nastawienie: biegniesz 3:35/km w Olsztynie i 3:40/km w Gdańsku (mimo że obydwa niezrealizowane) przynajmniej nie blokują głowy, bo za każdym razem przypominam sobie 2x15km po 3:30 na 5’ przerwie, zimą, w koleinach i z dwoma dodatkowymi kilogramami ciuchów na sobie.

fot FB Challenge Gdańsk

Nie będzie lekko

Przekleństwem każdego mojego startu są wspomnienia dobrych występów, kiedy samopoczucie było wysokie, kiedy start kończyłem „na luzie”, a nie na „wyrzygu”. Jest to nieszczęście, bo za każdym razem dokładam sobie oczekiwanie, nie tylko dobrego występu, ale również tego luzu właśnie. Oczekiwanie, żeby nie bolało jest oczekiwaniem nierealistycznym w wielu wypadkach. Tak jak w przypadku startu przy 30 paru stopniach. Owszem, można odpuścić realizację założeń (czy też je modyfikować w trakcie). Jest to jednak bardzo niebezpieczna wymówka dla nieprzekraczania strefy komfortu. W niektórych startach po prostu musi boleć. Strefa odżywiania będzie za daleko, temperatura będzie za wysoka, a z roweru zejdziemy z nogami zbyt mocno „upalonymi”. W końcu ścigamy się na czas i miejsce, a nie na to, kto w jak dobrej formie te zwody skończy. Nie wiem jednocześnie, gdzie przebiega granica pomiędzy „modyfikacją startu” a „odpuszczeniem”. Wiem jednak, że jeśli nic nie wskazuje na to, że należy odpuszczać, to sama myśl o modyfikacji jest bardzo niebezpieczna. No chyba, że startujemy na miejsce i widzimy, że rywale odpadli. Wtedy (jak ja w GDA) trzeba włączyć opcję „trzymam to samo tempo i nie daję się wyprzedzić nikomu” i jakoś dobiec do mety. Tak postąpiłem w Gdańsku, ale i na Hawajach, kiedy 5 km przed metą zobaczyłem stojącego na poboczu rywala, który mnie „odsadził” już na 4 km biegu.

1 Komentarz

  1. Maciej pisze:

    A propo aero, wszystko opisane jest w tej książce https://lubimyczytac.pl/ksiazka/3994210/szybciej-nauka-predkosci-w-triathlonie. Wg. autora jak już w coś inwestować to w koła, reszta to iluzja w przypadku oczywiście amatorów. Tekst jak zwykle dobry.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *