wolna głowa albo aero free
zombie a’rebours
Pokaż wszystkie

Nie wyrabiam na zakrętach z robotą. Do tego jeszcze wyzwania z obowiązkami domowymi 😊 i dzień wypchany po kokardę. Usiadłem jednak przy komputerze i chciałbym naskrobać kilka słów opisujących mój start w Suszu, jak też i samą imprezę.

fot maratomania

Relacja

Różnica pomiędzy Challenge Gdańsk a startem w Suszu polegała wyłącznie na tym, że zostałem namówiony przez trenera, żebym nie przebierał się w strój biegowy. Mimo że pogoda była sprzyjająca, to przekonałem się, że poza „mkon heritage”, bieganie w ciuszkach biegowych jest znacznie wygodniejsze. Komfort chłodniczy jaki zapowiadał strój castelli jakoś nie nastąpił, a ilość lodu jaką pakowałem w gacie był podobny w GDA jak i w Suszu. Nastawienie przed startem było bardzo bojowe, a plan był taki, żeby popłynąć szybko, pojechać średnio 280 wat i pobiec z tego po 3:40/km. Ale jak to z planami jest… nie pykło. Ale od początku.

Dzięki pomocy Maćka przy zapinaniu pianki pływanie było bardzo komfortowe i jak na mnie całkiem szybkie. W stronę czerwonych bojek nawrotowych płynąłem swoje. Niespecjalnie szukałem nóg, płynęło mi się dziarsko, co 5 oddech kontrolowałem nawigację i poszło. Po nawrocie postanowiłem jednak tych nóg poszukać, bo mimo że była to połowa dystansu, potrzebowałem lekko odsapnąć. W tym celu zmieniłem też sposób oddychania i teraz wychylałem głowę co drugi oddech. Dzięki temu kontrolowałem nie tylko kierunek, ale i nogi przede mną. Jak już poczułem, że z tym pływaniem jest jednak aż nadto komfortowo, to nawet raz zdarzyło mi się te nogi zmienić. Biorąc pod uwagę, że na treningach pływanie po 1:30/km to ciągle dla mnie spore wyzwanie, czas poniżej 31’ jest mega osiągnięciem.

fot latajace ciastko

Ponieważ jazda TYM argonem miała być moim z nim pożegnaniem, postanowiłem skoncentrować się właśnie na tej części wyścigu. Trasa o 4km dłuższa, więc nie liczyłem na jakieś gigantyczne osiągi, ale i tak wyszło 40,5 km/h średniej na całym odcinku. Pierwszy raz jechałem zawody w kasku HJC i serdecznie go polecam. Lekki, przewiewny. Nie wiem, czy aż tak przewiewny, żeby cisnąć w nim Hawaje, ale Barcelonę na 100%. Tym bardziej, że sponsor zapowiada pomalowanie go na różowo 😉Na części rowerowej niestety było dużo pociągów, które często brałem zbyt ambitnie i parę razy „przypaliłem” nogę. I chociaż satysfakcja z ich wyprzedzania przednia, to średnia watów z okrążenia na okrążenie.

moje waty

draftwaty :)

Dyskusja jaką miałem z kolegą Mitrusiem, który zabrał się za porównywanie wykresów watów różnych zawodników pokazuje, że jechałem dość równym tempem. Na rower zabrałem klasyczny zestaw herbatników, batonów competition i 2 bidony isotonika Enervit. Niestety nie przewidziałem, że na trasie rowerowej będzie podawana tylko woda, więc trochę kalorii mi zabrakło. W trakcie biegu chciałem zamiast 2 wziąć 4 one handy, ale aż dwa skonsumowałem właśnie na rowerze. Stąd też zabrakło mi ich później w trakcie biegania, bo czułem, że klasycznie mnie przybombiło. Mogło się też do tego przyczynić to, że zegarek RIVAL zgłupiał przy wybiegu z T2 i niestety musiałem wyłączyć tryb triathlon i włączyć bieganie. Zajęło mi to chwilę, a jak zegarek złapał gps, to okazało się, że pierwsze km przebiegłem grubo poniżej 3:30/km. Przyznaję, że ostatnie 2 km pamiętam słabo, mimo że jak mówi Trenerka Kowalska „wyglądałem jak robot”. Trochę też to czułem, szczególnie w sztywności mięśni, ale jakoś dobiegłem i… uwaliłem się za metą. I tu zacytuję Kubę – Biegającego Konferansjera – śpiący byłem, to się położyłem za metą 😊 No niestety ostatnie 2 km przypomniały mi zarówno start w Roth jak i start w Malborku. Ale cóż, zawsze jest co poprawiać.

fot. Agnieszka Gebhardt

 

Podsumowując, trochę jestem i nie jestem zadowolony z tego startu. Mimo dłuższego roweru i słabego biegania, zrobiłem czas lepszy niż mój ostatni wynik z Susza o całe 7 minut. Zadowolony jestem z pływania, zadowolony jestem z roweru, nie jestem zadowolony z biegu. Wiem, co zawaliłem. Wziąłem za mało jedzenia na rowerze i wiem, że powinienem modyfikować założenia na bieżąco (jednak pogoda na biegu nie była sprzyjająca). Rozmowa z Tomkiem uświadomiła mi też, że ciągle mamy za mały kilometraż rowerowy i dlatego na tym biegu nie styka. Teraz przede mną tydzień odpoczynku i jak tylko nowy Argon będzie gotowy, to jadę do Szklarskiej Poręby na obóz przygotowujący mnie już do Ironman Barcelona.

Na koniec kilka refleksji.

Susz

Pierwszy raz startowałem tam w… 1992 r. W kąpielówkach i na rowerze romet wagancie. Od tamtej pory impreza ta (chociaż miałem dłuuuuuugą przerwę) kojarzyć mi się będzie z przecudną atmosferą, zajebistymi kibicami i władzami lokalnymi, które tą imprezą też żyją. Podobno Burmistrz zadeklarował, że te 3km fatalnego asfaltu w następnym roku będą już poklejone. Dla mnie nie muszą, bo dzięki tym dziurom przerzutka spadała mi na najmniejszą zębatkę (wreszcie!) 😊 No i pięknie jest na koniec zawodów usłyszeć od Jarka Piechotki: „MKON, pamiętasz jak narzekałeś na podbieg do parku? No to zmieniliśmy 😊” Petarda to jest. Jeśli zdrowie pozwoli, pojawiam się za rok. Na bank. Wolontariusze i mieszkańcy – szacunek!

Drafting i okolice

Powoli wygaszam swoją społeczną aktywność w tri sporcie. Powalczyłem o domierzanie tras, feedback po zawodach, powalczyłem z parówkami, pollobowałem o badania antydopingowe. Ciągle mam z tyłu głowy jak mój wzór – Robert Stępniak, po któryś tam Hawajach powiedział: „nie chce już mi się, jeśli nie mam szans na wygrywanie”. Boli mnie świadomość, że najlepsze lata mam już za sobą. Jak patrzę na progres tych młodych, to po prostu im zazdroszczę. Wiem, że to co oni robią jest już dla mnie nieosiągalne. To się nazywa starość i muszę się z tym oswoić.

Poza tym boli mnie coś jeszcze. I dlatego tak naprawdę chcę już z tego triathlonu spierd@lać. Wkurzają mnie drafterzy (niektórzy to moi koledzy), wkurzaj mnie to wieczne nadęcie i napięcie, wkurza mnie coraz bardziej, ten brak powtarzalności, nie dający możliwość porównywania się i sprawdzania progresu. Kocham tę dyscyplinę, a jednocześnie strasznie mnie uwiera. Chociaż zaraz. Przecież to nie ilość sędziów ma wyeliminować drfating, ale my sami. Cytujac klasyka: z kogo się śmiejecie? Z siebie się śmiejecie.

miłego

Komentarze są wyłączone.