dziadek się regeneruje
Mistrzostwa Europy – prestiż czy obciach?
Pokaż wszystkie

2 z 3 celów na ten rok zrealizowane. Ale żaden z nich nie będzie się liczył, jak nie zrealizuję tego trzeciego

Jest 4.30, dopiero o 7 startuję do Wwy do pracy, więc postanowiłem na gorąco skrobnąć kilka słów podsumowujących wczorajszy start. I zacznę może od końca. Jak siedziałem i czekałem, aż (jak to mówił przedstawiciel POLADA) „mi spłynie” na tyle, żeby nasikać chociaż 100ml, to uświadomiłem sobie jak znaczny dysonans mam między wynikiem (1 msce) a czasem ukończenia zawodów. Nie miałem jednak wczoraj ani nogi na rowerze, ani nogi na biegu. Naprawdę przerażająca jest ta, coraz bardziej wkradającą się do głowy myśl, że czasy „dobrych cyferek” już powoli za mną. Że starość zagarnia mnie już naprawdę szerokim gestem. I na pewno nie jest wymówką, modlitwa jaką uprawiałem od 2km biegu. Zimno zawsze spina mi plecy, co kończy się dramatycznym usztywnieniem odcinka lędźwiowego i biegnięcie jak „Bułgar Stojanow”. Przekłada się to potem na usztywnienie mięśni czworogłowych i im dłużej…. tym jest wolniej i mniej komfortowo. Ale napinanie mięśni brzucha w trakcie biegu trochę pomogło i jakoś dobiegłem.

A teraz o samym starcie. Cóż – mogę zrobić kopiuj i wklej z każdego mojego poprzedniego startu, bo rutyny i strategię miałem podobną. Zdecydowałem się na pobiegnięcie w nowych NB (zrobiłem w nich 2 treningi w tygodniu), siateczka jaką mają w części palców powoduje, ze nie biegłem jeszcze w bardziej komfortowych butach. Może mają mniej amortyzacji niż karbonowe fuell cel, i pewnie będę się wahał, w których pobiec maraton na Hawajach, ale te zawody 70.3, które zaplanowaliśmy z Tomkiem na 2022, na pewno w nich.

Bardzo zimno w wodzie, mały falstart, bo jakiś „mądrala” kibic/ka używał tej samem trąbki, co trąbka startera, dramatycznie szybko odpływająca mi grupka – tak mogę podsumować pływanie. Okularki tripower jak zwykle świetna widoczność, komfort i elastyczność ramion w piance – bez zmian. Jednak w dalszej części sezonu to nie pływanie w piance, ale właśnie bez pianki będzie miało kluczowe znaczenie. 24’ z kawałkiem to jak na tę temperaturę wody i 100% solo wyścig, dobry czas.

Strefy zmian ćwiczę za każdym razem jak do nich wejdę, więc całą ostatnią prostą w wodzie powtarzałem jak mantrę: wbiegasz między 2 a 3 rzędem, szukaj oklejonego różowym tejpem siodełka, zdejmij piankę, załóż HJC, załóż numer, wyjmij buty, włóż piankę, na nią połóż buty, wybiegnij ze strefy, włączając BOLT’a

Debiut Zośki w roli kibicki. Gośka olała dziadka i poszła spać :) Była jeszcze jedna dziewczynka, która zdzierała gardło dla MKON'a Marianna. Podszedłem i podziękowałem po zawodach. SZANUJĘ TO. Widać podobam się młodym kobietom to be

Trochę za długa gumka przy prawym bucie spowodowała, że miałem lekkie problemy z płynnym włożeniem prawej nogi, ale dość szybko zacząłem. Usłyszałem na wbiegu do T1, ze mam 3’ straty więc było to w moim zasięgu na rowerze i choć nie dostałem żadnych założeń od Tomka, to postanowiłem kręcić tyle, ile rok temu – czyli ca 320 wat. I na pierwszych 7km przyszedł pierwszy kryzys, bo ani nie zbliżałem się do zawodników z niebieskimi (moja kategoria) numerami, ani za cholerę nie potrafiłem się wkręcić na te 320 wat. Strasznie się też bałem tłoku na trasie i potencjalnego draftingu. Mniej więcej po 10km, jak już zacząłem mijać swoich rywali uspokoiłem nerwy i mimo, ze jechałem 300, a nie 320 wat, i postawiłem na ostrożność (zaczął padać deszcz i były duże kałuże) to jakoś to szło. Ostatnie koło to analiza, czy ktoś jeszcze z rywali został i drugi kryzys – kryzys lenistwa, czyli „pewnie już jestem pierwszy, czas oszczędzać nogę na bieg”. Na szczęcie podczas nawrotu na 5km pętli zobaczyłem na kasku niebieski numer i pomyślałem, ze jeśli kolo tak biegnie jak pływa i jeździ (w końcu na razie nieźle od niego dostawałem w dupę), to muszę zniwelować tę stratę choć trochę. Przycisnąłem, dojechałem, wyprzedziłem i wjechałem jako pierwszy do T2. Na cały wyścig zatankowałem tylko jeden bidon (na kierownicy) ISOCARB 2:1, nie brałem batonów, ale do małego bidonu na ramie wlałem kilka enervitene, jako żele. Na każdym okrążeniu podjeżdżając pod górkę (od lotniska) miałem wystarczająco dużo czasu, żeby z nich korzystać. Jak zobaczyłem pogodę, to przed wyjściem ze strefy spuściłem jednak trochę powietrza z kół, a dzień przed startem (wiedząc, że będzie lać na rowerze) porządnie nasmarowałem łańcuch. Rower jak zwykle nie zawiódł mnie sprzętowo, czy ja się do niego dopasowałem, według mnie nie. Przede mną 3 zawody na wysokich watach i jedne (Hawaje) na watach średnich (pewnie w okolicach 265). Tam wydłużona pozycja będzie znacznie łatwiejsza do utrzymania, bo na razie, to strasznie się zbijam, zapierając się o kierownicę.

Wbiegłem do strefy z rowerem wiedziałem, że jestem pierwszy. Masa wody dookoła, przemoczone buty rowerowe i jedna noga nie wchodzi tak komfortowo do NB jak bym chciał, przez co, to co odjechałem od mojego ostatniego konkurenta na ostatniej prostej tracę, ale szybko odbiegam mu, bo pierwsze 2km nawet w dobrym tempie (po 3:30/km), no ale potem poczułem napięcie i skończyło się jakościowe bieganie. Choć dostawałem na bieżąco informacje jaką mam (zwiększającą) się przewagę, to był to raczej bieg na „wytrzymanie” a nie na czas. Żeli typu „one hand” nie brałem na bieg bo byłem napompowany żelami z bidonu. Po biegu natychmiast zostałem zabrany na kontrolę antydopingową. To moja druga kontrola. Pierwsza na Hawajach to pobieranie krwi dzień przed zawodami. Wczoraj sikałem. Co wcale takie łatwe nie było. Wpompowałem w siebie aż 3l wody, trochę poskakałem (bo strasznie marzłem) i jakoś te 100ml utoczyłem. Nie miałem okularów, więc te małe krateczki wypełniał za mnie przedstawiciel POLADA, podpisałem. Pytałem co badają i podobno EPO. Swoją droga ciekawe gdzie to się kupuje, żeby przyjmować. Anyhow jedząc tylko Enervit nie mam wątpliwość co do wyników. Choć strasznie się cieszę, że kontrola była. Kto pamięta moją akcję I TRI CLEAN, wie co mam na myśli.

 

Kontrola jak i profesjonalizm organizacji zawodów (LABOSPORT) oceniam bardzo wysoko. Jakość jaką dostarczają Marcin Florek i Filip Szołowski to jakość najwyższa. I choć doświadczę jej w tym roku jeszcze tylko w Malborku, to bardzo się cieszę, że to właśnie Panowie mogli w Olsztynie zorganizować imprezę tej rangi. Adam Greczyło też byś dał radę, no worry :* Bo właśnie Challenge Gdańsk to mój następny przystanek. Jak dobrze liczę już za 3 tygodnie 😊

Lessons learned po tej części sezonu? Nie da rady już tak funkcjonować jak do tej pory. Wracam z Viborg 12h ciągiem, przepak, szkolenie w Wwie, szkolenie we Wro, kolejne 1200km w tygodniu, treningi od 5 do 8, potem cały dzień stania, kolejny trening od 17 do 20, kima, bo rano bieganie jakościwe od 5. Bardzo mi było trudno. I myślę sobie tak: albo właśnie to, że takie rzeczy wytrzymuję, jest moją przewagą konkurencyjną nad rywalami z moje AG, albo trzeba mniej pracować hehehe.

 

6 Komentarze

  1. Marcin pisze:

    Po pierwsze Gratulacje!

    Czytam i cały czas sobie uświadamiam jaki ja leniwy jestem…. :). Cały czas mnie inspirujesz mistrzu! Dzięki!

  2. Maciek B. pisze:

    Jak dla mnie to nie mam żadnej wątpliwości, że Twoja psyche i Twój indywidualny zamordyzm w 70% odpowiada za Twoje niezwykłe wyniki. Lecisz grubo, pełen szacun i gratulacje. Ja sobie często przypominam Twoje hasło „robisz, nie płacz. Płaczesz nie rób”. Na dzień dziecka zakupie Ta koszulkę.

  3. Stanisław Zajfert pisze:

    Mistrzostwo Świata, Mistrzostwo Europy, czego chcieć więcej, a jeszcze Hawaje pukają do drzwi i trzeba je ogarnąć. Kilka lat wstecz była taka sama pogoda, zimna woda i jazda po kałużach na rowerze, przypominasz to sobie? razem startowaliśmy ( ale nie razem kończyliśmy ) nad czym ubolewam. Moje gratulacje.

    • mkon pisze:

      Stasiu, ale kilka lat temu nie byłem taki wrażliwy na zimno 😉 bo miałem mniej lat 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.