jak się czytać?
22 marca 2017
…jutra może nie być
3 kwietnia 2017
Pokaż wszystkie

po drodze było 2014: 1h12, 2015: 1h13, 2016: 1h14

Scena I:

JA: Maciek życióweczka w półmaratonie?

Maciek: no co ty, nie trenowałem pod życiówkę.

Scena II:

Krzysiek: MKON, jak myślisz czy jeśli nie trenowałem akurat pod ten start to mam szansę na poprawienie rekordu życiowego?

JA: Krzychu – nikt ci nie zabrania walczyć ale jeśli nie trenowałeś w prędkościach zbliżonych do tych z rekordowego biegu to chyba lepiej się nie nastawiać

Scena III:

Andrzej: No i jak poszło MKON?

JA: 1:12 ale do życiówki minuty zabrakło.

Andrzej: No wiesz, to tylko minutę, a myślałeś że możesz już nigdy tej minuty…

JA: Nie kończ… 😉

Dziękuję za wszystkie gratulacje. Jestem zadowolony z wyniku jaki osiągnąłem w Półmaratonie Warszawskim ale ani nie była to życiówka, ani nie była to realizacja założonego planu, ani nie będzie to tekst o tym jak się czułem w trakcie. Obiecywałem raz w miesiącu pisać o realizacji projektu #MKONa2017, więc tam się do tego odniosę. Tutaj chciałbym napisać o życiówkach. A właściwie o podejściu do życiówek.

Nie chcę również w tym tekście podnosić tego co niepodważalne – zmienności warunków, tego dlaczego nie ma rekordów świata na ulicy a są tylko najlepsze rezultaty. Chcę napisać o życzeniowym podejściu do życiówek. I broń Boże nie chciałbym, żeby ktokolwiek potraktował ten tekst jako próbę deprecjonowania czegokolwiek lub kogokolwiek.

Życiówka to najlepsze osiągnięcie na danym dystansie. W półmaratonie zdarzyło mi się takie w 2013 roku. 1h 11:44. Wtedy też przygotowywałem się pod kwietniowy maraton. Wtedy do pobicia był wynik z Poznania 1h12 z małym hakiem. Dla osób patrzących na te wyniki jako  (cytuję): „prędkości kosmiczne, ja tak biegam 300m, biali tak szybko nie biegają J” czy jest to 1:12 czy 1:11:50 praktycznie nie ma to znaczenia. Dla mnie też nie miało. Do pewnego czasu. Gdy zobaczyłem jaką zasadniczą różnicą dla mnie jest „ubiec” dany odcinek w prędkości różniącej się zaledwie 1-2 sekundami na kilometr.

Co to oznacza w praktyce. Scena I ze wstępu do tego tekstu wyraźnie pokazuje, ze jeśli wynik mamy wyśrubowany, to strasznie trudno jest pobić życiówkę bez specjalnego trenowania właściwie pod ten bieg. Jasne – ktoś powie – w 2013 nie trenowałeś po ½ ale pod maraton i jakoś poszło. Tak, poszło. Sam nie wiem jak. Dla mnie kolosalną różnicą jest biegać po 3:22/km a po 3:33. To pierwsze tempo wymaga albo końskiego zdrowia albo naprawdę specjalistycznego treningu (przypominam piszę o sobie). Myślę, ze jeśli chodzi o mnie to minął czas, kiedy trenując pod 3:25/km, biegam po 3:22 tylko dlatego, że tak zacząłem i tak może wytrzymam. Tak, tak. Tak kiedyś biegałem. Zresztą w tym roku towarzyszący mi Tomek Kowalski stosował tę samą – starą, gwardyjską zasadę – jak zacząłeś tak kończysz – zobaczymy na ile km ci starczy ;). Tomkowi starczyło na 8km :).  Wspomniany również wyżej Krzysiek – po maratonie napisał: „pobiegłem swoje, na życiówkę nie starczyło”. Pytanie czy nie starczyło fizjologicznie czy nie starczyło, bo jak zaczęła się ściana to odpuścił – bo wiedział, ze jest nie przygotowany. A może właśnie w tym momencie trzeba zacisnąć zęby i spróbować przebiec w tym tempie jeszcze 1km. Może puści. A może uda się kolejny i kolejny. Wiem, ze czasami może się to skończyć zgonem na 16km ale… No właśnie ale może jeśli wiemy, ze NIE trenowaliśmy pod życiówkę to nie warto ryzykować. Może lepiej wyznaczyć sobie cel, który będzie realistyczny ale ciągle ambitny. Nie życiówkowy ale bardzo zbliżony. Ja, gdybym wytrzymał po 3:25 zrobiłbym czas marginalnie gorszy od życiówki.

Kwestia ostatnia. Jeśli zaczęliście późno albo z niskiego pułapu – macie szczęście. Cyferki zawsze będą po waszej stronie. Bo co start to szansa na życiówkę. Naprawdę zazdroszczę każdemu, kogo mijałem wracając na metę, słysząc: kurwa, zrobiłem życiówkę albo połamałem wreszcie te… (nieważne jaka cyfra). To jest bardzo miłe. I to powinno być naszym celem. Ale warto też zadać sobie uczciwie pytanie: czy trenowałem pod to. Specjalnie pod to.  BO (to nie literówka!) jak nie, to nie ma co się stresować. Jeśli z pełnego treningu nie było życiówki, to może po prostu jest ona już bardzo mocno wyśrubowana 🙂

Wracając z Ewą do domu rozpamiętywałem szczególnie rozmowę z Andrzejem Skorykowem (scena III). I pomyślałem sobie tak: czy chciałbym tak jak Bartek Olszewski połamać 1:10 w półmaratonie czy po raz kolejny ale za pięć lat pobiec 1:12… (pięć lat temu też tyle pobiegłem). Jak myślicie jaka była odpowiedź?

16 Komentarze

  1. SidorKa napisał(a):

    „Jasne – ktoś powie – w 2013 nie trenowałeś po ½ ale pod maraton i jakoś poszło. Tak, poszło. Sam nie wiem jak.” A Trener wiedzial :). Nie to nie zlosliwosc tylko wspomnienie okiem zony Trenera. Mam nadzieje Marcinie ze jeszcze Ci sie uda nabiegac to o czym marzysz. Powodzenia!

    • mkon napisał(a):

      Kasia, bo wszystkie życiówki na razie są autorstwa Trenera Sidora 😉

  2. Cichecki napisał(a):

    Za pięć lat pobiec 1 12 ale wtedy to dopiero byłbyś kozak!!! Tzn. jeszcze większy… 🙂

    • mkon napisał(a):

      Arek, zakładzik? 😉

      • Cichecki napisał(a):

        Jasne! A o co? 😆 Tylko mam nadzieję, że w odróżnieniu do naszego wspólnego przyjaciela będziesz realizował przegraną, czego Ci nie życzę. 😉

        • mkon napisał(a):

          Proponuj! Tylko nie wistuj za wysoko, żebym nie musiał w latach 2018-2021 zrobić przerwy i szykować się tylko na 2022 😉

  3. mariott napisał(a):

    życiówka życióweczką a i tak murzyni już dawno zdążyli wziąć prysznic…😉

    • mkon napisał(a):

      @Mariott, wiesz sprawy mają sie tak. Albo jesteś murzynem, biegasz po 1:01 i zawody są jedynym miejscem, gdzie możesz wziąć prysznic albo biegasz po 1:12 i masz dostęp do bieżącej ciepłej wody non-stop 😉

  4. PiotrS napisał(a):

    Za pięć lat pobiec 1:12!!!
    Mnie też to już łapie, po 4 latach wróciłem pod 1:30 (bez trenowania pod to) i tu sprawdziła się zasada albo lecisz po 4:15 albo giniesz.
    I tak jak piszesz myślałem, że zginę od 16 km, zatrzymałem się 150 m przed metą bo już nie mogłem…i jakoś się dowlokłem.
    Miałem trochę zapasu w sekundach więc starczyło na wynik 1:29:…

    • mkon napisał(a):

      Piotr, abstrahując od realistyczności celu ja ciągle uważam, ze to dobra taktyka… I zawsze na treningach jak zacznę tak staram się kończyć 😉
      I tak, wybrałbym 1:12 w 2022 😉

  5. sonia napisał(a):

    no i jaka tego przyczyna??

  6. Arek napisał(a):

    Kurna, mnie już miażdżyca ściga i boję się, że do tej pory zapomne o co sie założyłem! Wygrasz to zasugerujesz ile i komu… A jak przegrasz to ja już coś wymyślę, coś głupiego… już zaczynam kombinować! 🙂

  7. RafałR napisał(a):

    Marcin,
    Na tyle ile znam Twoje ambicje to mam jednak wrażenie, że chciałbyś osiągnąć i jedno i drugie 😉
    Ja w tym biegu (PW) zaskoczyłem sam siebie i po raz kolejny przekonałem się, że ograniczena są w Naszych głowach. W obecnych przygotowaniach postawiłem na rower. W porównaniu z poprzednimi 2 latami biegam mało i bez szaleństw. Nastawiałem się na mocny bieg w półmaratonie tydzień wcześniej w Krakowie. Było mocno i wiem, że przy lepszych warunkach i trasie byłaby życiówka. Ale nie było. Tydzień pomiędzy półmaratonami trenowałem normalnie, odpuszczając tylko jeden mniej istotny trening w piątek (ten wieczorny, bo poranny zrobiłem 😉 ), bo już czułem mocne zmęczenie. W sobotę zrobiłem prawie 2,5 h zakładkę. Zatem nie nastawiałem się specjalnie na wynik na PW. Ale ustawiłem się za zającem na 1:30 i stwierdziłem, że ile wytrzymam, tyle moje 😉
    Biegło się dobrze, wytrzymałem, wbiegając na metę przed zającami i osiągając 1:29, co było poprawieniem życiówki o prawie 3 min.!!!
    Można? Można! Nawet nie trenując pod TO.
    Jaka jest puenta? Że wszystko rozgrywa się w głowie 😉
    Oczywiście trzeba trafić na dzień, trzeba swoje przepracować (trenować), ale czasem może za bardzo się spinamy i to nas blokuje.
    No i na koniec, pewnie banał 😛 :

    Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą! 😉

    • mkon napisał(a):

      Kurde a ja się Rafał nie zgodzę. To znaczy prawdą jest, ze wszystko rozgrywa się w głowie i że możliwe są życiówki dzień po intensywnym wysiłku. Ale to ma jeden punkt startowy. Jaka była poprzednia życiówka. Pamiętam Brodnicę 2014 kiedy to zrobiłem 4:09. Dzień przed wystartowałem w biegu koleżeńskim w Nidzicy gdzie jeden koleś tak mnie podkurzył, ze ostatnie km leciałem z nim po 3:20 (cross). Bez sensu konmpletnie. Ale Brodnicę poleciałem na drugi dzień życiówkowo… bo poprzednią życiówkę miałem o 10 minut gorszą…

  8. Krzysztof napisał(a):

    Wypada mi się coś napisać jako podmiotowi jednej ze scenek:)

    Odnosząc się do wpisu to chyba rozróżniłbym start na życiówkę realizowany po przepracowanego konkretnego planu od spontanicznego ataku na życiówkę. Spontanicznego oczywiście do pewnego stopnia. Ten drugi przypadek dot mnie. Pobiegłem swoje, na życiówkę nie starczyło bo jak zaczęła się ściana to odpuściłem. Odpuściłem bo w głowie powstała narracja, że nie trenowałem pod konkretny wynik więc nie dam rady. Z perspektywy czasu uważam, że złamania 1.30 było mimo wszystko w zasięgu moich fizycznych możliwości. Zabrakło tylko 150 sekund do pełni szczęścia-a wystarczyło zabrać się z pociągiem na 1.30… Bieg w grupie dałby oszczędność 50 s za przepalony początek, 50 sekund za osłonę grupy od wiatru i 50 sekund jakoś by się uzbierało. Dla mnie problem jak przestawić głowę w sytuacji gdy nadchodzi ściana jest bardzo aktualny i wciąż nie znalazłem swojego patentu na jego rozwiązanie. Przy najbliższej okazji skorzystam z rady – zacisnę zęby gdy nadejdzie ściana i spróbuję przebiec w tym tempie jeszcze 1km…

    Chciałem się też pochwalić, że jestem jak MKON-powtórzyłem życiówkę sprzed 5 lat:) U mnie było to jednak trudniejsze bo mam lepszy PESEL:):):)