zrób nogę, głowa „will follow”

Za dużo grzybów w barszczu
11 października 2019
nie panikować
14 października 2019
Pokaż wszystkie

Ostatnie treningi przed maratonem, mają dwa cele. Podstawowy to oczywiście adaptacja organizmu do tempa startowego. Drugi (jaki sam sobie dodaję), to poczucie, ze jest to trening na 80% możliwości. Pamiętam jeden z treningów z 2014r, kiedy to miałem przebiec 26km (3 tygodnie przed maratonem) w przewidywanym tempie maratonu. Start zaplanowany był na kwiecień (Orlen), a tego dnia kiedy zaplanowany był trening akurat spadł śnieg. I zamiast zmodyfikować tempo i dystans poleciałem „do odcięcia”. I wprawdzie zrobiłem na maratonie 2h34 (zyciówkę o 8’), ale od 22km biegłem jak żywy trup. Oczywiście byłem dumny z wykonanego treningu, ale jak rozmawiałem potem z bardziej doświadczonymi zawodnikami, to właśnie ten trening to był przysłowiowy gwóźdź do trumny. I już na 20km można było się pożegnać z sub 2:30. Ale trening był odbyty 😉

stary kubek znaleziony w pawlaczu, post-it i jednorazowy wieszak z pralni. I mamy stoisko odżywcze

Trenując u Tomka zwracamy straszną uwagę na RPE  – czyli odczuwalna trudność treningu. I jak mam poczucie, że w skali 5-10 (5 to wybieganie bez zegarka, 10 to start do wyrzygu) mocny trening robię na 8 – znaczy noga jest, a głowa zapamięta to tempo jako „możliwe do utrzymania w dalszej części wyścigu”. Piszę o tym, bo oczywistą sprawą jest, że bez „nogi” nie można byłoby się skupiać na głowie. Jeśli natomiast „noga” jest to, to psychiczne odczucie jest dodatkowym aspektem motywującym.

Podsumowując swój nieudany start na Hawajach, Darek Dąbrowski stwierdził, że nogę miał, tylko głowa nie dała rady. Ja śmiem twierdzić inaczej. Jeśli miałby nogę, to i głowę by przełamał w momencie największego kryzysu.

W zeszłym tygodniu miałem trening akcentowy 2x10km p.3’ w tempie 3:30/km. Obydwa odcinki poleciałem sub 35’. I teoretycznie powinienem się cieszyć, bo per capita trening oceniałem na 8/10. Jednak na drugim 10km odcinku, niestety ostatnie 1000m to było charczenie. Mam racjonalne powody, aby to charczenie wytłumaczyć. Pierwszy km w 3:18 (zamiast w 3:30). Ostatnie 1,5km to gonienie pary biegnącej przede mną (pieprzone ego) i tempo 3:24 na 800m do mety (pod górkę). Jednak niesmak w głowie pozostał. Zamiast być mega zadowolony to byłem lekko zaniepokojony. Tym bardziej, że za tydzień (czyli dzisiaj) w dzienniczku stało 24km w planowanym tempie maratonu. Więc te zeszłotygodniowe 2x10km (i to bez przerwy) + jeszcze 4km. Trening z jednej strony mega mobilizujący, ale jeśli maraton mam tak pobiec, to poza mobilizacją nie powinno być żadnych innych przeszkód w jego realizacji. Ale jest cel dodatkowy: głowa. Głowa nie może na koniec (tak jak w 2014) powiedzieć: „nie ma szans, żebym jeszcze pobiegł w tym tempie kolejne 18km”.

Ktoś może powiedzieć: po co dokładać sobie dodatkowy cel. A ja mówię: właśnie po to, aby subiektywnie móc sobie powiedzieć na zawodach: „spokojnie, noga jest do tego przygotowana. Już to robiłeś”.

I rzeczywiście. Po dzisiejszym treningu, wiem, że jestem w stanie przebiec 24km w tempie maratonu. I jak myślę o pozostałych 18 to szanse oceniam bardzo wysoko. Na pewno nie był to trening na 6-7/10. Raczej mocne 8,5/10. Ale już w jego trakcie poczułem, co to znaczy zastrzyk motywacji od głowy do nóg. Tradycyjny kryzys na 15km, został przełamany całkowicie na 21km. Dlaczego? Bo zobaczyłem na zegarku 1h13’14”. Can u believe? Niektóre czasy z półmaratonów miałem gorsze 😉

Na koniec chciałbym powiedzieć dwa słowa, o planowaniu. Poza tym, że psychicznie nastawiałem się na ten trening od zeszłej niedzieli, to chciałem odtworzyć maksymalnie warunki startowe. Przygotowałem sobie kubeczki plastikowe (tak będą podawali picie we Frankfurcie), przygotowałem odpowiednią ilość żeli Enervita, biegłem w stroju startowym, w jakim będę biegł (o butach chyba nie muszę wspominać). Rozstawione 4 punkty odżywcze, 3 żele w kieszonkach na 6, 12 i 18km. Jedne niestety mi wypadł (na 11km) i nawet chciałem po niego sięgnąć w drodze powrotnej, ale już ktoś go sprzątnął (mam nadzieję, ze smakował). Trening zakończyłem na samym końcu ul. Leśnej i 4km roztruchtanie z powrotem to jednocześnie zbieranie śmieci, jakie zostawiłem po sobie.

oczywiście kubeczki jednorazowe do ponownego użycia ;)

Do idealnego odtworzenia warunków startowych zabrakło tylko godziny rozpoczęcia, ale to wina siatkarzy, którzy zamiast rozprawić się podczas Pucharu świata z Brazylią 3:0 to cisnęli aż 5 setów.

Trening bardzo udany. Zostawił mi w głowie bardzo duży handicup na same zawody.

Darek – noga jest to i głowa za nią nadąży. Zrobię ci taką koszulkę 😉

5 Komentarze

  1. Robo pisze:

    Dziś się mijaliśmy na Leśnej i raz mnie wyprzedzałeś, ale żelu Ci nie skubnąłem ja 😁

  2. Michał pisze:

    Marcinie, powodzenia za tydzień!!!!!

  3. Piotr S pisze:

    Miękniesz, takie treningi robi się bez „wspomagaczy” tylko w cięższych ciuchach i bez picia.
    To wtedy na zawodach powiesz „teraz będę pił i jadł!”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *