na skróty
21 lutego 2016
suplement diety nad suplementy!
26 lutego 2016
Pokaż wszystkie

W robocie (jako do pana od sportu), trafiają do mnie różne historie. Ostatnio trafiła taka oto:

Znajomy, powiedzmy Adam, od jakiegoś ponad roku zaczął ćwiczyć cross-fit. Początkowo wszystko ok, treningi w grupie, kilka razy w tygodniu. Teraz koleś tak się wciągnął, że trening 6 razy w tygodniu (siła, wytrzymałość, ciężary, mobility). A jak ma dzień odpoczynkowy to płacze. Dodatkowo obowiązkowo dieta i odżywki (co najmniej 6 różnych rodzajów: białko, kwasy BCAA, omega, witaminy, etc. – sam widziałem zestaw w kuchni). Nie ma dnia, by nie narzekał, że coś go boli. No ale nic dziwnego skoro zapierdala w pracy, codziennie trening i jeszcze uwaga: chce sobie dołożyć bieganie 3 x w tygodniu. Tak dla poprawienia wytrzymałości. Niedawno rozwalił plecy  – z przeciążenia – ale jak twierdzi, to nie od treningu tylko uwaga – od zwykłych czynności (schylał się po coś w domu): „jak dźwigam ciężary na sali i ćwiczę, to robię to z prawidłową techniką, a jak w domu chcę coś szybko podnieść to robię to szybko i byle jak, więc plecy się uszkodziły”.

Jednocześnie pod ostatnim moim felietonem pojawił się następujący komentarz: „…Zatracenie. Obserwuje sporo osób, które trafiły do tri po 30stce i od tego czasu nic dla nich innego nie istnieje. Trochę to rozumiem, bo sport jest piękny i twórczy. Cudownie rozwija życie i upiększa każdą chwile. Ale gdzieś wydaje mi się że sporo osób traci umiar w tym wszystkim i szuka samorealizacji kosztem prawdziwego życia. Trudno im przyjąć że w tym wieku nie można mówić o wyczynie jeśli nie było wcześniej takiej aktywności. Nic na skróty – potrafią wtedy interpretować. Cel kosztem życia. To taka moja obserwacja pewnych socjologicznych zdarzeń.

Umówiłem się z autorem (Panem/Panią MFM), że skrobnę coś na temat (mimo, że temat już wałkowany). Początkowo jak większość chciałem podzielić się swoimi przemyśleniami na temat zatracenia, podając przykłady znane mi, ale podczas „zderzania myśli” z małżonką przyszedł strzał zza węgła: „To jest zresztą temat, na który chciałam i ja z Tobą porozmawiać…, ale nie ma okazji”. Zabrzmiało groźnie. Czyżbym ja też się „zatracał”? Moja osobista żona taki numer? No więc do sprawy trzeba podejść na poważnie. Więc podchodzę.

Trenować tri zacząłem w 2007r. I tak uważam się za tego „rozsądnego” bo Ironmana zaplanowałem na 2010 (w ramach IM 2010). Czyli 3 lata miałem na to, żeby się wkręcić. Oczywiście wkrętka była (i jak widać z komentarza Małżonki – jest) na całego. Powrót do sportu nastąpił z przyczyn oczywistych (waga) po kilkunastoletniej przerwie. Ostatnie poważne bieganie – I rok studiów – 32’ na 10 km w Biegu B. Malinowskiego w Grudziądzu.

Były podstawy, wiedziałem z czym to się je, ale ta fascynacja jednak zwyciężyła. Pamiętam naszą bardzo szczerą rozmowę z Ewą podczas wyjazdu do Włoch bezpośrednio po zakwalifikowaniu się (lipiec) na Hawaje. Zamiast cieszyć się z kwalifikacji już przeżywałem, planowałem i kombinowałem strategię na MŚ. No z perspektywy czasu jak na to patrzę – koszmar.

Chciałbym napisać o rozumieniu zatracenia się i jego źródłach (moja diagnoza), o tym w którą stronę zatracenie idzie, no i oczywiście jaki ja mam pomysł na to, żeby nie zwariować – a właściwie, żeby żona się ze mną nie rozwiodła.

 

Rozumienie i źródła.

Jako negatywne uzależnienie (według Williama Glasera – psychologa, który jako pierwszy badał uzależnienie od sportu) sport staje się centralnym obszarem funkcjonowania człowieka, a trening czynnością, której podporządkowuje się inne sfery życia. Osoba uzależniona od sportu poświęca na rzecz aktywności fizycznej relacje z bliskimi, zaniedbuje inne obszary funkcjonowania, a sport staje się centralnym punktem wokół którego buduje się życie. Gdy z jakichś przyczyn nie uda się przeprowadzić treningu, pojawiają się negatywne emocje takie jak smutek, przygnębienie czy złość, często też w sytuacji tej występują objawy somatyczne (np. bezsenność).

Precyzując, uzależnienie od sportu pojawia się, gdy osoba podejmuje aktywność fizyczną w tak dużym stopniu, że ilość i czasu trwania treningów negatywnie wpływa na relacje z bliskimi oraz na inne sfery życia. Osoba uzależniona od aktywności fizycznej nie zważa na przeciwskazania medyczne lub potencjalne szkody, które poprzez uprawianie sportu może wyrządzić własnemu organizmowi i trudno jej wstrzymać podejmowania aktywności, mimo że wymagają tego warunki zewnętrzne lub inne zobowiązania.

Dlaczego się uzależniamy?

Naukowcy nie są zgodni. Wiele teorii łączy to zjawisko z działaniem endorfin, substancji wytwarzanej przez mózg w czasie ćwiczeń, wywołujących poczucie zadowolenia i odporności na ból (endorfiny odpowiedzialne są prawdopodobnie za tzw. „euforię biegacza”). Osoba uzależniona, aplikując sobie duże dawki wysiłku, uruchamia mechanizm produkcji endorfin osiągając przez to uczucie „szczęścia” w sposób prostszy niż rozwiązywanie życiowych problemów. 

Według mnie problem jest jednak głębszy – znaczy nie tylko fizjologiczny. Według mnie uzależniamy się bo: widzimy, że jesteśmy inni (w sensie lepsi) niż otaczający nas koledzy. Przykład – ważyłem tyle samo co kumple ja zrzuciłem – oni dalej walczą. Po drugie wpadamy w spiralę rywalizacji. Nie wygrywam w robocie to chociaż tutaj mogę wygrywać. Po trzecie uciekamy. A to od nudy, obowiązków codziennych, a to od rutyny, a to w końcu łapiemy się na tym, że mając lat 30, 40 parę to ostatni dzwonek na dokonanie czegoś w życiu. To wciąga. A jak jeszcze przychodzą efekty na tej pseudoscenie samouwielbienia to już tylko krok do robienia sobie selfie na każdym treningu ;). Mój przyjaciel Henryk Puszcz, twierdzi, że ludzie biegający albo od czegoś uciekają, albo za czymś gonią. Mam nadzieję droga Żono, że ja gonię, a nie uciekam.

Dokąd to prowadzi:

Wśród kryteriów zatracenia się na jakie chciałbym zwrócić uwagę są: zirytowanie, złość, lęk, poczucie winy, drażliwość, nerwowość w sytuacji, gdy osoba odpuszcza trening, podejmowanie aktywności wbrew przeciwskazaniom lekarzy (np. po kontuzji) lub ogólnym złym okolicznościom np. prowadzące do przetrenowania.

Rzeczy, które cierpią najbardziej przy zatraceniu się: rodzina i zdrowie. Zacznę od tego łatwiejszego do zarządzenia – zdrowia.

Nie chcę pisać o działaniach, które kończą się tym, że po 3 miesiącach trenowania startuję w Ironmanie. Bo przecież triathlon to Ironman. W innych nie opłaca się startować. To tak jak z bieganiem. Istnieje inny dystans niż maraton? No chyba nie, bo wszyscy trenują do maratonu. I tak jak uważam, że ci, którzy porządnie podchodzą do tematu najważniejszym startem dla nich będzie drugi start – wtedy mogą podwyższyć cel i zobaczyć, czy rzeczywiście wsiąknęli – czy raczej był to jednorazowy wybryk zasugerowany modą to w przypadku uzależnienia jeśli mogę wpisać w c.v – ukończyłem Ironmana, spróbowałem i więcej nie chcę – to chyba lepiej.

Jak spróbowałem i chcę dalej ale robię to za szybko (oczywiście nie potrafię zdefiniować co to znaczy w odpowiednim tempie) to prawdopodobnie w 3 sezonie zapracuję sobie na kontuzję. Mniejszą lub większą ale kontuzję. A ponieważ jestem zatracony to trenuję dalej. Michał Podsiadłowski, Robert Stępniak. Znacie? Ja znam. Obaj w jednym roku wystartowali w Mistrzostwach Świata w 70,3 i na Hawajach. Obaj w rok po mieli lekkie problemy. Robert na razie odpuścił startowanie. A Michał? Michał właśnie wrzucił posta na FB: „Półtorej godziny na trenażerze, z czego 80% z ręką na rzepce. Ale bez bólu! Może jednak da się z tym problemem uporać!” Wiecie już co mam na myśli?

Mam wyliczać dalej? Marek P. Mateusz P? Rzucili się chłopaki na trenowanie, mają super wyniki i świetne perspektywy ale teraz cierpią. I broń Boże ich nie potępiam, ani nie szyderczę. Powiem więcej – naprawdę im współczuję. Sam się tak rzuciłem. Jak 3 lata temu rozmawiałem z Maćkiem Dowborem tak przypadkowo, to powiedział mi opinię jednego z trenerów: Konieczny to dawno powinien leżeć w szpitalu z kontuzją. I może będę leżał – bo na razie tfu, tfu mam wieeeelkie szczęście. Więc zatracenie się to np. trenowanie z kontuzją – wbrew zdrowemu rozsądkowi. Zatracenie się to brak umiaru, brak cierpliwości po urazie. To w końcu przerażające niezrozumienie, że więcej treningu to nie więcej formy. Że lepiej być niedotrenowanym, niż przetrenowanym. Ale uzależniony tego nie rozumie. On uważa, że to kontroluje.

Jak poprosiłem Żonę o sporządzenie krótkiego testu na podstawie którego będzie można sprawdzić, czy „zapadłem się” w sport dostałem listę następujących pytań:

  1. Czy trenowanie to dominujący albo jedyny temat przy posiłkach, podczas spotkań ze znajomymi.
  2. Jak często (albo czy w ogóle) zdarza się Wam wyjść z żoną, z partnerką/partnerem do kina, do klubu.
  3. Czy wyjazdy urlopowe planowane są pod cykl treningowy, czy „pod rodzinę”.
  4. Przy pakowaniu do wyjazdu, która torba większa: z rzeczami wyjściowymi, czy treningowymi 🙂
  5. Czy widzi się problemy i potrzeby domowników?
  6. Czy zdarzyło się pójść na zebranie do przedszkola, szkoły, dzielić obowiązki domowe?

Odrzućmy na razie tezę, która wydaje się naturalna na początku, że bez trenowania na pyt. 2, 5 i 6 odpowiedź jest też negatywna. Wtedy to nie małżeństwo ale życie obok. Jednak w „zatraceniu się” podporządkowanie sportowi całego życia, kiedy to cierpią na tym bliscy, relacje społeczne (kumple), praca – szczególnie przy wolnym zawodzie – to niestety standard.

Nie chcę nikogo rozliczać. Co więcej na część z tych pytań moja odpowiedź pokazuje, że nawet będąc sMentorem ma się trochę za koszulą J. Jak sobie z tym radzić? Jak nie przegiąć. Bo nawet jeśli zdrowie pozwoli, to przecież nawet będąc mistrzem świata z czasem pożałujemy, że nie było nas w czasie nie tylko ważnych eventów z życia rodziny i dzieci, ale również w czasie tych normalnych, codziennych czynności. Życie ucieka. Dobrze, gdyby coś innego nie uciekło razem z uciekającym czasem…

Patenty

Czasami jednak ludzie pytają mnie o patenty. Które działają a które nie – pewnie Ewa byłaby lepszym źródłem informacji ale tak zdroworozsądkowo proponuję następujące rozwiązania:

Umiar. Z tym zgadzam się w 100%. Na wszystko można sobie pozwolić pod warunkiem, że jest to robione (jedzone) z umiarem. Oczywiście nikt nie powie Wam kiedy ten umiar się kończy. Dla jednego będzie to 3h tygodniowo dla innego 20. Ale na pewno nie przeginałbym.

Z tym brakiem przeginki związany jest inny patent: kontrakt. Umówić się można na wszystko. Trudniej tego dotrzymać. A umów należy dotrzymywać choćby nie wiadomo co. Mój przykład: śniadanie w niedzielę – zawsze razem. Nie ma znaczenia jaki trening w planie. Więc jeśli jest kontrakt i nie ma przeginania w tym kontrakcie to czas na realizm dnia codziennego

Bycie transparentnym. Jeden z moich podopiecznych po rozmowach ze mną powiesił na lodówce swój miesięczny plan treningowy. I okazało się, ze łatwiej było się przy tym dogadać. Wiadomo gdzie, co i jak. Pod to można planować.

A jak planować to i liczyć się również z tym, ze czasami trzeba będzie posiłkować się rozwiązaniem kompromisowym (skrócenie, przeniesienie treningu).

Z tym kompromisem związany jest jeszcze jeden patent – aż się boję go ujawniać – antycypacja chmury gradowej. Bo jak widzę, ze jadę po krawędzi to wtedy staję się spolegliwy i potulny jak baranek. Powiem więcej. Widząc zmarszczkę na czole swojej żony jeden z moich przyjaciół ostatnio w 2h zamontował wszystkie lampy w domu. Można? Można! To w końcu nie koszt – to inwestycja.

I nie chciałbym, żeby ten tekst zakończył się jak porady domorosłego praktykanta w poradni rodzinnej. Każdy ma swój rozum i swoje priorytety. Ale jak twierdzi moja żona (która czytała ten tekst przed opublikowaniem) każdy szanujący partnera AMATOR powinien poczytać na ten temat przynajmniej raz w miesiącu. A w kolejnym miesiącu – przeczytać drugi raz bo i tak prawdopodobnie nie za wiele się zmieni… eh Łimin…

20151031_160749

 

 

19 Komentarze

  1. Student napisał(a):

    Świetny tekst.
    U moich rówieśników (kategoria M20 pozdrawia) sprawa przedstawia się trochę bardziej skomplikowanie 😉 Nie ma żony, dzieci czy pracy.(lampy do montowania się zdarzają). Są imprezy, dziewczyna o którą troche trzeba stety/niestety zabiegać i jeszcze studia. Większość znanych mi ludzi z triśrodowiska mówi że mam najwięcej czasu teraz, więc powinienem robić super wyniki i na tym się skupić. Trenuje dopiero/aż (w dobie „sezonowców” ciężko dobrać odpowieni termin) 5 sezon. Wyniki mnie zadawalają, progres minimalny jak na ten wiek. Z perspektywy trzeciej osoby niby porażka – brak znacznego progresu. Ale tu z pomocą przychodzi trener który spędził podczas studiów sporo czasu w świecie rozwijającego się wtedy triathlonu i każe ustalić myśl przewodnią na czas studiów „Prosem nie będziesz, 2 minuty na mecie ważna rzecz ale dyplom jak coś sam Ci kupie. Więc korzystaj z dobrego czasu na błędy młodości i w między czasie pamiętaj że na drugi dzien lekki trening, później wracamy do planu”
    Czy dobrze, czy źle? Mi odpowiada. W tym całym wywodzie chodzi mi o to że aktualnie w niższych kategoriach wiekowych mamy zabijaków (ekstraklasa) no i później trzecią lige. Sam znajduję się w martwej przestrzeni gdzie a to spadam z pierwszej ligi i awasnuje z drugiej do wyższej. Na zawodach ścigam się z 30sto i 40sto latkami. Słyszę że z Tobą młody coś jest nie tak, kolejny rok a ty znowu po za dziesiątką. Jak ktoś wpada za mną na mete i mówi no ale jesteś 10 lat młodszy, to nie dziwota że szybciej skończyłeś. To trzeba było zacząć 10 lat temu! Pamiętasz gorąca 40 jak wyglądały twoje studia i gdzie w tri wtedy byłeś? (nie mówcie że nie było Tri bo sypne nazwiskami które wtedy latały :P) To nie rozliczaj młodszych ;).
    Przegrywanie z rzemieślnikami z M40 (którzy robią robte kiedy trzeba i gratki dla nich) jest demotywujące, bo mogliby być oni w większości moim rodzicem, jednak warto bez względu na wiek odłożyć na bok czy będzie się miało 10 czy 18 miejsce, czy skopie się dwa dwudziestoletnie albo czterdziestoletnie tyłki więcej i poświęcić piątek wieczór i sobote rano kosztem ŻYCIA z innymi a nie życia obok nich.
    P.S. Studenciaki, można pobawić się w triathlon, zająć jakieś fajne miejsce, mieć dziewczyne, wracać z imprez o 7 rano i nadal być 95 % studentem (mocne alko nie wskazane w okresie sesji letniej bo sezon blisko).

  2. Andrzej napisał(a):

    Param się tym sportem z przyjemności. Z opowieści serwowanych ze strony mojej partnerki istnieję tylko ja i TRI 🙂 Zaproponowałem kartkę na lodówkę gdzie zapisywalismy swoje aktywności. Ja TRI Ona siatkówka. Kilka tygodni potem okazało się, że mimo moich codziennych treningów idziemy łeb w łeb z małym wskazaniem na moją lepszą połowę 🙂 Jak to się stało? Wyjazd na trening czy mecz siatkówki to ok 4 godzinna akcja (dojady). 8 h w tygodniu. w ciągu 8 h w tygodniu robię 3xh bieganie, 2×1,5h rower i 2 razy basen, który zahaczam w drodze do domu 2x1h. Ech… co za wygrana 🙂 Już nie ma kartki 🙂
    A rozpisane – dostępne plany treningowo – startowe to podstawa do dogadania się 🙂

    SIŁA!

  3. Kas napisał(a):

    Prawda, szczera prawda i tylko prawda!
    Wiem to jako ktos kto byl po jednej stronie, a teraz jest po drugiej z zamiana rol. Dopiero teraz po czasie oboje rozumiemy sie w 99 (no moze 98)%. Ja Jego w trenowaniu, On mnie w prowadzeniu domu i oczekiwaniu na powrot z treningu :). Wzajemne zrozumienie i tolerancja dzialaja cuda, ale nie mozna ich naduzywac bo druga osoba to tez czlowiek!

  4. Dominik napisał(a):

    Ja zaczynam się zastanawiać czy nie przepłacam poprzedniego bardzo intensywnego (jak na mnie oczywiście) sezonu, olbrzymią ilością infekcji tej zimy.
    Na jesień wypadał termin porodu 2. dziecka, więc spodziewając się „pewnych trudności treningowych” w 2016, postanowiłem w 2015 sprężyć się maksymalnie. Porzuciłem życie towarzyskie oraz wszelkie inne formy rozrywek o poświęciłem się trenowaniu. Wyniki były rzeczywiście fantastyczne-na koniec nawet ukończyłem dystans IM, w którym możliwość startu uzależniałem od formy w końcówce sezonu, z czasem o wiele lepszym niż marzyłem, że kiedykolwiek będę w stanie. Oczywiście 90% zasług leży po stronie mojej żony, która te fanaberie zaakceptowała.
    Koszt tego był duży, bo poza pracą, spaniem i wpychaniem w siebie olbrzymich ilości jedzenia prawie nic innego nie robiłem. A bywało ciężko, chociażby gdy wychodząc na długą jazdę spotykałem grillujących sąsiadów….
    Oczywiście potwierdziło się, że regularnie trenować przy dójce dzieci <3 lata jest niemożliwością. Próbuję utrzymać formę z myślą o sez. 2016, ale moje "treningu" składają się głównie z przerw na choroby. Póki co, żartuję sobie, że sport to zdrowie-nie trenuję to choruję, ale co raz poważniej zastanawiam się czy nie jest to efekt wyżyłowanej formy w 2015. Bo ja nigdy nie chorowałem….

  5. Fra napisał(a):

    Chciałabym doczekać dnia kiedy to mój facet zacznie trenować i może w końcu wtedy mnie zrozumie. Ale i tak uważam, że trenujące matko-żono-kochanki mają trudniej niż trenujący mężo-tato-kochankowie. Najlepsza sytuacja to chyba taka gdy trenują oboje – łatwiej o zrozumienie, kompromis i wspólny plan… Dziwi mnie tylko jedno – w ciągu roku moje treningi jemu K-OŚCIĄ w gardle ale na zawodach to już pęka z dumy :))) Ech… !!!

  6. Julia napisał(a):

    Ja za to mam bogatą wyobraźnię. Po roku trenowania i kilku startach na dystansach do olimpijki chciałam zacząć trenować jak prosiak. W dzieciństwie trenowałam pływanie i chyba stąd wrażenie, że nic mnie nie zniszczy… Pyk, pęknięta IV kość śródstopia. W czasie koszykówki. Potem sesja (studiuję jeszcze) na samych trójach… Zapalenie krtani… I w sumie dwa miesiące bez dobrze rozplanowanego treningu. Chłopak jest wyrozumiały. Tylko brudno w mieszkaniu…

    Święte słowa Panie MKon

    • mkon napisał(a):

      Julia. Jako ojciec 20 letniej córki, zaraz na wydaniu powiem tak: jak w mieszkaniu brudno to niech… chłopak posprząta 😉

  7. Marcin napisał(a):

    Marcinie prawda, prawda i jeszcze raz prawda. Twój tekst jest jak brakujący puzzel do mojej układanki, którą próbuję od pewnego czasu ułożyć… Dzięki

  8. aitseb napisał(a):

    MKON – gratuluję, naprawdę super tekst, wytknąłeś wiele rzeczy, które dotyczą każdego z nas i nie ma co się oszukiwać – trenowanie zawsze będzie kosztem innych zajęć, czasami trzeba na to wszystko spojrzeć z dystansu i zastanowić się nad tym, co w życiu jest najważniejsze albo raczej co sprawia, że jesteśmy szczęśliwi. Dla mnie jest kilka takich rzeczy – patrzenie, jak moje dziecko się rozwija, zajmowanie się nim, wypoczynek na świeżym powietrzu (najlepiej rower i góry), chodzenie po górach i spotkania z przyjaciółmi i rodziną. Czasu musi starczyć na wszystko, więc trzeba próbować to jakoś ze sobą pogodzić 🙂 Dzięki za ten tekst!

  9. aitseb napisał(a):

    A tak a propos suplementów – to czym Ty się suplementujesz Marcin? 🙂

    • mkon napisał(a):

      Enervit: R2 (genialne), galaretki PRE (ale to przed porannym treningiem), Quadra. i w zasadzie tyle

  10. iga napisał(a):

    Całe szczęście moja pasję dziele z mężem 🙂 w innej sytuacji mogłoby być słabo…

  11. tri-punk-marek napisał(a):

    Z wielką przyjemnością czytuję Marcin Twoje wpisy. Jestem od Ciebie o 10 lat starszy, w triathlon bawię się od lat 5-ciu, wcześniej ze sportem miałem do czynienia jedynie w sposób bierny. Od tego czasu 2 razy ukończyłem IM-na, szykuję się do następnego w tym roku. Moje sportowe doświadczenie potwierdza w 100 % Twoje diagnozy. Cieszę się, że mogę skorzystać z Twoich przemyśleń i bardzo niniejszym za nie dziękuję. Pozdrowienia dla Ciebie i Twojej rodziny.marek

  12. Obserwatorka Rzeczywistości napisał(a):

    A jeśli ktoś nie ma żony/męża/dzieci? Jeżeli nie ma przyjaciół, których mógłby zaniedbać? Mówi się, że sport to tylko element życia i to w cale nie najważniejszy… W porządku. Ale co w takim razie jest najważniejsze?

    I czy lepsze jest uzależnienie od sportu, czy zupełna pustka w życiu?

    • mkon napisał(a):

      Karola. Jak nie masz nikogo to masz… sport. As simple as that 😉

      • Wilk Stepowy napisał(a):

        Jest też taka opcja, że można świadomie nie chcieć się z nikim wiązać że względu na tryb życia. Ja wybieram sport, bo tak wolę, poza tym ani rower ani sztanga nie będzie mi robić wyrzutów o przynoszenie roboty do domu 😉

  13. MaSta napisał(a):

    To widzimy się w piąteczek w klubie na bibce 🙂 Chciałbym napisać banalne „dobry tekst wójek!”, ale nie oddało by to wagi tematu poruszonego twojim głosem. Stawianie sobie właściwych priorytetów to wogóle ból tego świata. Nauczyć się tego to prawdziwa sztuka. Można to zrobić także i poprzez sport. Być może nawet łatwiej. Ale nie tylko. Na taką naukę nigdy, też nie jest za późno. Ale nauka jak to nauka, polega na popełnianiu błędów i ich nieustannym poprawianiu. Osobiście jako uczeń miałem zawsze tendencje do operowania po pełnej skali ocen. Wiadomo też, że naukę wspomaga lektura, zwłaszcza dobra. Ewa ma racje z tym czytaniem. To co widzimy się w piąteczek. Bilety czekają.

  14. […] Ostatnio dużo się dyskutuje o granicach zdrowego rozsądku w uprawianiu sportu. Świetny artykuł na ten temat napisał niedawno min. Marcin Konieczny – cały artykuł Marcina możecie przeczytać tutaj. […]

  15. Ewa napisał(a):

    Długie, ale konkretne. I szybko się czyta.
    Jak mój mąż wytrzymał ze mną w zeszłym roku? Chyba mu podziękuję. 🙂 I przyznam się, ze jutro jadę na zawody do Poznania. Upsss… Zatracenie? Nie! Tegoroczny medal CityTrail jest boski i będę go miała. Ot babskie świecidełko. 😉
    Trzymam kciuki za wszystkich zatraconych, żeby znaleźli „złoty środek”. 🙂