zacznij od głowy albo kroczące cele

komuś espresso na jutro?
11 lipca 2019
bez życiówki schodzę
29 lipca 2019
Pokaż wszystkie

fot. focusonsport

Po swoim starcie dawny padawan* napisał do mnie słowa następującej treści: “Potrzebuję trenera mentalnego, bo nie walczę o wynik w trakcie zawodów. Już 2 raz. Głowa odpuszcza”.

Nie pogadaliśmy, bo albo padawanowi przeszło, albo pojawiły się inne ważniejsze rzeczy. Mnie jednak skłoniło to do analizy tego, co powinienem odpowiedzieć, jak jednak w końcu zadzwoni. A, że na pewno to przeczyta, to będzie już o czym rozmawiać. Idąc od środka, używając przy tym metafory Simona Sinek’a – „Start With WHY”, wydaje się, że jeśli głowa puszcza, to cel nie jest wystarczająco cisnący. Nie w sensie ambicji (trudny), ale w kontekście wagi. Dam Wam przykład alternatywny. Szczególnie dla tych, którzy mają dzieci. Wyobraźcie sobie, że wasze dziecko zachorowało i zbieracie pieniądze na jego leczenie. Nie ma alternatywy. Ile razy dziennie wypuszczacie w świat informację o zbiórce? Czy jesteście w stanie sprzedać auto, dom, zapożyczyć się, nie zważając na konsekwencje? Ja na pewno tak, bo waga tego działania jest nienegocjowana. W porównaniu do tego cel w postaci przebiegnięcia 10 km poniżej 40’ na niszowych zawodach może mieć znikomą wagę. A powinna być ona taka sama (jeśli jest to cel z kategorii A). Wiem, że przykłady są nieadekwatne, jednakże o podejście tu chodzi, a nie o „content”. Jeżeli zatem jestem mocno zdeterminowany, by osiągnąć pewien cel, jest to dla mnie ważne i widzę tego sens to trudno będzie w trakcie realizacji znaleźć wymówki, by nie iść w tym kierunku. Zacznij od dlaczego – dla mnie jest to podstawa.

Jednak już w trakcie realizacji, nawet solidne „dlaczego” zagrożone będzie „mielizną” męczenia i raf w postaci strachu przed bólem. A w końcu brakiem ewidentnego świadectwa, że dobrze idzie. Wszystko to znam z autopsji i przeżywam właściwie na każdym trudnym treningu, i na każdych trudnych zawodach. I nauczyłem się z tym walczyć. O tym akurat możecie poczytać w moim wcześniejszym tekście: http://niemaniemoge.pl/reglamentacja-bolu/. Teraz chciałbym dołożyć jeszcze dwie cegiełki. Takie, które odkryłem na ostatnich zawodach.

Wracam do szybkiego biegania, mimo, że BPS przed maratonem się jeszcze nie zaczął. Nie mam zbyt wielu treningów akcentowych i choć wiem, że punkt startowy przed jesiennym maratonem jest znacznie wyżej, jeśli chodzi o formę, to na „życiówki” nie ma co liczyć. Bawię się więc sam ze sobą w próbowanie na ile mnie stać i robię to całkowicie świadomie. Nazywam to celem kroczącym. Przykładem niech będą ostatnie dwa biegi na 10 km. Dla mnie wyznacznikiem formy jest realizacja jednego ze sztandarowych treningów Tomka 3x4km po 3:20/km. W sezonie, po pierwszym takim treningu, zwykle umieram przez pół dnia. Stąd też, nie robiąc ani jednej takiej sesji w obecnym okresie treningowym, pierwsze zawody na 10 km miały jeden cel pośredni: pobiec pierwsze 4 km po 3:20. I zadowolić się tym! A potem co będzie, to będzie. Podobnie wyglądało to w trakcie dwóch zawodów. Tym razem plan był taki, aby pobiec pierwsze 6 km po 3:20. Potem kontrolować zgon do tego stopnia, aby nie zwolnić bardziej niż do 3:30. Przyznaję było ciężko. Jednak minąwszy 6 km (jak też 4 km w pierwszych zawodach), głowa dostała super hipermotywacyjny strzał. Wykonałeś plan minimum, a ile się da ugrać dalej – to się zobaczy! Oczywiście w obydwu przypadkach na koniec nie było luzu. Była za to równia pochyła zarówno, jeśli chodzi o tempo, jak i o samopoczucie. Jednak, jeśli mówimy o nieodpuszczaniu, to realizowanie celów pośrednich i SATYSFAKCJA z ich ukończenia jest jednym z moich sposobów. Ustalcie sobie 50%/75%/85% dystansu jako cel pośredni i koncentrujcie się na nim, bo perspektywa całości (szczególnie, jak nie idzie) może przerażać. Wracając do mojego padawana – pierwsza podpowiedź byłaby taka: schodzisz z roweru i nie jest dobrze, nie myśl o 10km. Przebiegnij pierwsze 4 poniżej 4’/km. Zachwyć się tym, a dopiero potem martw się tym, co będzie dalej.

Patent drugi, to 100% realizacji planu niezależnie do głowy. Tutaj wyzwanie jest trudniejsze, bo:

  1. a) musimy mieć dowody, że jesteśmy przygotowani;
  2. b) musimy to ściśle kontrolować.

Aby wiedzieć, że jest się dobrze przygotowanym dowody pojawiać muszą się w treningu. Startując na 10 km, robię to w dwóch celach. Pierwszy podstawowy – osiągam wynik. Drugi – dodatkowy – to benchmark na przyszłe treningi. Naprawdę łatwo jest mi się zmobilizować do treningu np. 16 km BC@ po 3:30, jeśli wiem z niedalekiej przeszłości, że na zawodach przebiegłem 10 km po 3:23/km. To jest właśnie ta bottom line. Coś od czego odbijają się wszystkie moje lęki. 7 sekund wolniej na kilometrze przez pierwszych 10, a potem jakoś te 6 jeszcze dociągnę. Co to oznacza drodzy zawodnicy i trenerzy? Że jeśli chce się szybko biegać na zawodach, tych samych prędkości należy posmakować na treningach. Zasada 80% wytrenowałem (i mam dowód) + 20% szaleństwa jest ok. Ale jeszcze lepszą jest „wytrenowałem 100% i teraz tylko kontroluję plan”.

No właśnie kontrola. Od lat kłócę się z kolegą Żywkiem odnośnie wartości zegarka w trakcie startów. Nie wyobrażam sobie biegnięcia maratonu bez czasomierza i kontrolowania co jakiś czas tempa. Oczywiście ma się to nijak do czysto freestylowej taktyki, jaką również stosowałem (do połowy biegnę w czubie, bez patrzenia na zegarek, a potem jak Bóg da), jednak generalnie jestem zaciekłym ambasadorem planów. Bo w bieganiu to łatwo. W tri trudniej. Wielokrotnie „wypaliłem się” na rowerze, nie mając siły na bieg. Kontrolowanie mocy odcinka rowerowego co do wata to podstawa. Potem na biegu to już tylko luz. Ćwiczyłem dane tempo, więc je po prostu utrzymuję, kontrolując, żeby nie biec ani za szybko, ani za wolno. Co odpowiedziałbym padawanowi w kwestii głowy? Patrz na zegarek i nie zawracaj sobie głowy „głową”. Jeżeli Twoje tempo jest za niskie, to przyspiesz. Jeśli za wysokie – zwolnij. Wytrenowałeś? To znaczy, że to zrobisz. Nie wytrenowałeś, to i tak będzie kicha. Ale bez tego podejścia kicha będzie na pewno. Co więc tracisz? Nic 😉

 

_____________________________

*dawny padawan to trochę jak autentyczny fakt. Albo padawan albo dawny i wtedy nie padawan 😉 bo sMentoring może wyjść z Ciebie, ale ty nigdy ze sMentoringu nie wyjdziesz (przynajmniej dla mnie)

 

Komentarze są wyłączone.