wiązowska lekcja
5 marca 2018
MKON rozdaje vol. 4
17 marca 2018
Pokaż wszystkie

jakoś sobie trzeba radzić jak wszyscy w robocie

Chyba sam siebie zmuszę do przeczytania wszystkich tekstów jakie napisałem o kontuzji i wychodzeniu z niej. Na szczęście w trakcie mojej „kariery” nie były tych sytuacji zbyt dużo, ale tekstów kilka powstało. Mija właśnie 5 dzień od dnia ZERO – czyli od nieszczęsnego biegu w Wiązownej, który powinienem skończyć znacznie wcześniej. Jasne, jakbym skończył go na 10km to nogi nie byłyby tak zmasakrowane ale pewnie leżałbym teraz pod kordłą i ciągał nosem. Bo niby jak miałem wrócić? Oczywiście najlepiej byłoby nie startować w ogóle… ale właśnie to jest pierwsza rzecz, którą w tych felietonach wyczytałem. Stało się i chuj. Nie ma co gdybać co by było gdyby…

Jednak jakoś muszę się odgadać, bo mimo pojawiających się co chwilę pytań Tomka „jak tam moja forma psychiczna”  i moich odpowiedzi, że: „generalnie jest ok”, to jednak czuję zbliżającą się chmurę wkurwu. Ale jakby ją tak rozłożyć na pojedyncze atomy, to nie jest to złość na (jak to widziałem w jednym z komentarzy) „tyle roboty na zmarnowanie”. Ja uważam, że jest akurat odwrotnie. Myślę, że jeśli w którymkolwiek momencie przyszłego biegu na zawodach nadejdzie mnie chwila zwątpienia, to natychmiast przypomnę sobie, jak to marzyłem (właściwy czas to present continous) o samodzielnym wejściu na schody bez poręczy. Albo jak chciałem założyć spodnie, stając na lewej nodze bez blokowania kolana. I wiem, że stosownie do fraszki Kochanowskiego, zdrowia nie cenimy dopóki go nie stracimy, to to, co się teraz dzieje, jest dla mnie mega dawką motywacji (przyszłej).

Wracając do rozkminiania – to co wkurza mnie najbardziej to fakt, że będąc (znowu cytuję z komentarzy: „wzorem niepsucia się”) jak to mawia Jacek Nowakowski: peselu się nie oszuka. Nie da już rady tak na partyzanta robić 32km, potem wsiadać do auta, potem do samolotu i liczyć, że się to nie odbije na „zdrowiu”. Logistyka i praca zwyciężyła. Ale one zawsze zwyciężą. Więc też nie ma co „płakać”. I mimo, że moja robota obecnie polega przede wszystkim na realizowaniu schematu rehabilitacyjnego (2 x dziennie rozciąganie przykurczonych przyczepów), masaże, regeneracyjne pływanie i lekkie kręcenie na rowerze – to stosuję się do tego jak do treningów. Solidnie. W poniedziałek, kiedy stanąłem przed uczestnikami szkolenia i powołałem się na „walk like an Egiptian” z tym, że ja będę „walk like a penguin”. Nie było dobrze. Dzisiaj (dzień SZÓSTY) bez głowy, chcąc nie doprowadzić do wyłączenia ekspresy, podbiegłem dwa kroki i przekonałem się, że mimo że różnica jest, to jednak do pełnej sprawności DUŻO mi brakuje. I właśnie o ten progres (zauważalny) ale znikomy z perspektywy chęci się rozchodzi. Po prostu idzie to jak krew z nosa, a dealine w postaci maratonu wisi nad głową. Jasne, są plany alternatywne, 8.04 nie jest dla mnie końcem świata ale kurde – to jest dokładnie tak jak ze startem w Wiązownej – szkoda „odpuścić”. I tak się z sobą boksuję.

 Z psychologicznego punktu widzenia, fajne jest też obserwowanie faz zachodzących w mojej głowie. Wiem, że daleko mi do etapów opisywanych w „On Death and Dying” (w końcu NIE MAM ŻADNEJ FIZYCZNEJ KONTUZJI”, widzę jednak wyraźnie kilka ciekawych zachowań:

  1. Fazy przeżywania okresu rehabilitacji:
    1. Faza śmieszka i zaklinania rzeczywistości– no dobra mam niesprawność, którą mogę się pochwalić. Ponieważ nie usłyszałem jeszcze wyroku będzie dobrze
    2. Faza tuż po diagnozie – czyli jakoś to będzie. Też miła bo ciągle nie uświadamiam sobie konsekwencji i słuchając tekstu: poboli od 3 do 5 dni, te 3 stają się jedyną wartą uwagi cyfrą
    3. Faza zwalania na diagnostę. Kurde, mówił 3-5 a tutaj perspektywa 4 dnia nie pokazuje jakbym miał jakąkolwiek szansę na ruszanie się za 1 dzień.
    4. Faza negocjacji z samym sobą. No dobra. Trzeba wyłączyć myślenia życzeniowe i dodać do tych „marzeń” kilka kolejnych dni.
    5. Faza realizmu czyli szukanie planów zastępczych.
  2. Pocieszenia. W ogóle nie pocieszają mnie pocieszenia innych. Znaczy są miłe (ktoś wie, pamięta, interesuje się) ale chyba głównie dlatego, że nie zaspokaja to mojej potrzeby bycia naprawionym „tu i teraz” to są one dla mnie neutralne+. Tylko błagam – bez obrażania się na to co piszę.
  3. Co jest normą? Z drugiej strony łapię się na tym, że podobnie jak w przypadku znaczącego dla mnie wydarzenia – jest ono przede wszystkim… obchodzące mnie. Fajnie to widać w kontekście kontaktu z osobami spoza branży. Bolą cię nogi? Mnie też bolą, bo wczoraj się uderzyłem w stół. Masz kontuzję? To po co biegasz? I cała ta misterna – jakże ważna filozofia- jaka się kryje pod tym bieganie idzie w łeb. Człowiek patrzy ci w oczy i mówi: i po co ci to było. Nie lepiej spokojnie sobie żyć? Poza tym zobacz – już normalnie chodzisz – może to wystarczy? Nie, nie wystarczy. Mnie już nie wystarczy tylko normalnie chodzić.

Kurde chyba ja rzeczywiście jakiś pojebany jestem.

3 Komentarze

  1. aurora borealis napisał(a):

    nie Ty jeden 🙂

  2. Paweł napisał(a):

    Marcin, nie jesteś „jakiś pojebany…” 🙂 Ja też nie 😉

  3. Adam Gąbka napisał(a):

    Jesteś! POJEBANY TY ja i my wszyscy ,którzy biegamy pływamy jeździmy na rowerach i żyjemy sportem ,
    Tylko ,że to takie Zajebiście pozytywne pojebanie JEST 🙂