to, że możesz nie oznacza, że musisz
12 grudnia 2017
tato, mój partner triathlonuje…
13 stycznia 2018
Pokaż wszystkie

ambitny plan? realistyczny? nie interesuje mnie. ważne, ze jest!

Nie chcę tym tekstem otwierać kolejnej puszki „z pandorą”. Niech będzie on raczej ostrzeżeniem dla tych, którzy znajdują się na jednym z wymienionych niżej etapów. Dlaczego ostrzeżeniem? Bo uważam, że znalezienie się na danym (kolejnym) etapie uruchamia – w sumie to nie wiem dlaczego – automatyczną pogardę dla tych co zostali na tym, z którego się wychodzi. I ta pogarda… ale od początku.

W moim biznesie mawia się, że jeśli ktoś jest słabym sprzedawcą to zostaje kierownikiem sprzedaży, jak jest słabym kierownikiem, to naturalnie zostanie awansowany na regionalnego. Bycie słabym regionalnym „skazuje go” na awans do pracy biurowej i tak się ta zabawa toczy, aż do stanowiska dyrektorskiego. Jak się jest beznadziejnym dyrektorem to… zostaje się trenerem. A nieradzenie sobie z trenowaniem innych oznacza tylko jedno – trenuje się innych trenerów.

Podobną tendencję zauważam niestety w sporcie amatorskim. Chciałbym jednak poprosić Państwa, żebyście nie traktowali tego tekstu jako ocenę. Raczej zadajcie sobie pytanie, na którym etapie jesteście i czy interesuje Was etap kolejny.

Etap 1 – kanapa i nieśmiałe marzenia o trenowaniu.

Czyli wtedy jeszcze Marcin Konieczny a nie MKON, gdzieś z 11 lat temu. Pamiętający łatwość biegania ale ciągle szukający tego czegoś, co zmusiłoby mnie do wstania z kanapy. Takim bodźcem były kilogramy. Nie było ich aż tak dużo (maksymalnie ważyłem chyba 98) a wstyd przed samym sobą w lustrze był na pewno kolejnym pretekstem. Zacząłem więc się ruszać i gdy już wróciłem do regularności zaczęło się planowanie. Jednocześnie z niepokojem (teraz tak to nazywam) zacząłem patrzeć na moich kumpli, że nie podążają tą drogą. W końcu mnie wychodzi to dlaczego wy nie próbujecie. A jak nie chcecie spróbować to znaczy, że jesteście cieniasy.

Etap 2 – pierwsze wyniki i postawienie sobie celu.

O tym etapie mógłbym napisać (i chyba już napisałem) dość sporo. To właśnie ten moment kiedy karbon i aero w tri, a amortyzacja w bieganiu, stają się słowami kluczami. Kiedy pogarda wobec tych co nie rozumieją terminów takich jak Vo2 MAX, HR, FTP i inne nabiera realnego kształtu. Chcemy być najlepsi (chodzi o wygrywanie) więc jedziemy wszelkim kosztem. Kosztem rodziny, kolegów, a czasami i rywali. Ciągle mam przed oczami kiedy to podczas zawodów w Nieporęcie Jakub Goliniewski zderzył się czołowo z innym zawodnikiem i jak zatrzymało się przy nich nas trzech. Reszta pojechała. Bo przecież trzeba być 124 a nie 134, a minuta z życiówki jest najważniejsza na świecie. Czasami ten cel naprawdę potrafi ogłupić węec szukam sobie zawodów, gdzie walka o szkiełko jest łatwiejsza, bo w mojej kategorii startuje tylko 3 zawodników. Albo jadę na takie zawody, gdzie moich głównych rywali nie ma. A jeśli już kilka razy powygrywam to ci z dalszych miejsc w ogóle się dla mnie nie liczą.

Etap 3 – jednak nie wychodzi – czas się wydłużyć

Są jednak tacy zawodnicy, którym nie udaje się (w dłuższej perspektywie) zrealizować celu. Czyli planujesz złamać 40’/10km i za cholerę ci nie wychodzi. Albo chcesz złamać 5h w ½ i za piątym razem ciągle ci brakuje tych kilku minut. Wtedy część z nas… wydłuża dystans. Celem staje się maraton, ironman, podwójny (nie NAT to nie o Tobie*). I wtedy z pogardą myśli się o tych, co się nie wydłużają. ¼; ½ to nie triathlony. Liczy się tylko ironman. Podobnie w bieganiu. 5km; 10km? Przecież to nie dystanse. Maraton – to jest to! To, że z tego wydłużenia nic nie wychodzi to inna sprawa. W końcu w biegach ultra liczy się ukończenie :).

Etap 4 – ciągle nie wychodzi – czas znaleźć radość

Na tym etapie (uwaga to moja teza) mamy coraz mniej czasu i cierpliwości dla realizacji planu więc dochodzimy do wniosku, że freestyle i „wiatr we włosach” to jest nasz cel. Niestety od razu uruchamia się pogarda dla tych co się ścigają. Ci to muszą mieć smutne życie. Ciągle w kieracie i bez żadnej radości. Radości jaką mam ja. Jadę sobie rowerem bez licznika (oni ciągle patrzą na te swoje waty), biegnę bez zegarka (a oni ciągle kontrolują tempo i poziom laktatu) – co oni mają z tego sportu. Ja dojrzałem i nareszcie mam z tego radochę.

Etap 5 – radocha się kończy i sport zaczyna wkurwiać.

I nadchodzi taki moment gdy już nawet ten freestajl nie wychodzi. Łapiemy się w momencie posiadania kilku rowerów, kilkunastu par butów i innych gadżetów (z których przecież już nie korzystamy). Wkurzają nas ci trenujący w ogóle i mimo, że przed chwilą sami tak robiliśmy zaczynamy na nich narzekać. Że blokują drogi, że bez kasy nie ma przecież wyników (a ja kasy nie miałem), że żeby nie rodzina to ja bym im wszystkim pokazał. I summa summarum – wracamy na kanapę. Czasami wracamy na nią nie dlatego, że nam się znudziło, ale dlatego, że mamy kontuzję (jeszcze z etapu 2), którą się nie zajęliśmy poważnie.

Podsumowanie.

Gadałem dzisiaj o tym artykule z Maćkiem Żywkiem i żeby nie ta rozmowa, to pewnie zostałby on napisany zupełnie inaczej. I znacznie ostrzej. Bo to, co było moją intencją to właśnie ta pogarda dla ludzi, którzy nie robią tego co ja. A przecież każdy może być w danym momencie na danym etapie i po prostu nie widzi tego co było i tego co być może. A dla mnie najgorsza rzecz to przejście do kolejnego etapu (np. od maratonu do ultra) nie dlatego, że osiągnąłem to co chcę ale dlatego, ze nie osiągnąłem. I jeśli słyszę jak mój kolega mówi: od 3 lat pod rząd nie poprawiłem się w maratonie, pewnie się nie nadaję, zapisuję się na Ironmana – to właśnie jest to, przeciwko czemu jakoś wewnętrznie się buntuję. Bo uważam, że najpierw trzeba wyeksploatować na maksa siebie w danym etapie zanim powiemy pas, przejdziemy do kolejnego i zaczniemy oceniać tych, którzy zostali na poprzednim.

Trenując od 10 lat uświadomiłem sobie, że #niemaniemogę to nie tylko slogan. Ale przede wszystkim filozofia niepozwalająca mi uciekać przed trudnościami. Bo łatwo jest (jeśli nie idzie) zrezygnować i wybrać wariant łatwiejszy. A ja jestem głęboko przekonany, że zanim powiemy PAS i przejdziemy do kolejnego etapu to trzeba spróbować. Kilka razy co najmniej.

Wiem jak będzie bolał (już boli) trening maratoński. I znacznie łatwiej byłoby szykować się tylko do ironmana. Ale ciągle wierzę, że 2:30 jest w moim zasięgu. I chociaż czuję, że do jazdy na rowerze bez licznika, oglądając kwiatki w rowach, jeszcze mi daleko, to prawie na co dzień czuję tę pokusę odpuszczenia. „Olej ten trening. Jest za szybki w stosunku do twoich możliwości, przecież aż wątroba cię boli” – zawsze jak to słyszę w głowie to odpowiadam sobie: niema kurwa nie mogę. I jakoś ciągnę dalej. Bez pogardy dla tych, którzy mają inne plany na siebie 😉

___________________________________

*dzisiaj na feju wyczytałem, że NAT celuje w podwójnego ironmana

 

4 Komentarze

  1. ustor napisał(a):

    genialne .. !!
    jestem na wszystkich etapach jednocześnie 🙂

  2. PiotrS napisał(a):

    Ha, ha, ha a byłem na maratonie i 1/2 a teraz jestem na 1/8 i chcę być na 400M!

  3. ola napisał(a):

    jestem na etapie 4 i boje się 5…

    • mkon napisał(a):

      czego się boisz? Kanapa wygodna jest 😉 Przecież to może być niekończąca się podróż między kolejnymi etapami 😉