schody… do nieba :)
19 czerwca 2017
Lidzbark – start kontrolny co skończył się bez kontroli :)
2 lipca 2017
Pokaż wszystkie

mimo przygód kadencja wyszła przyzwoita

Właściwie to nie wiem za bardzo jak zacząć ten felieton mimo, że miałem całe 4,5 h na jego napisanie. Co więcej, napisałem już go w głowie podczas treningu. Lubię podejście tradycyjne więc zacznę jednak od początku.

W zeszłym tygodniu miałem w planie 2 h roweru + 10 km BC 2 na samopoczucie. W trakcie roweru 15 x 30” w pałę, więc rower lekki nie był. Bieg na samopoczucie – dla mnie oznacza również w pałę, bo jak pamiętacie z poprzedniego felietonu, lubię sobie różne rzeczy udowadniać. Tym razem cross 10 km sub 36’ pokazał, że lekko przegrzałem. I to nie tylko przez żar jaki lał się z nieba. Lekko zaniepokojony napisałem Tomkowi, że świadom jestem, że to BC2 to bc2 nie było, ale raczej coś al’a wyścig i że będę się starał wolniej. Trener odpowiedział, że właściwie to on nie ma „nic naprzeciwko” pod warunkiem, że jak w planie będą wolne treningi to będzie rzeczywiście wolno.

Tak więc dzisiaj w planie 3-5 h roweru do 200 wat mielenia korbą. Aby urozmaicić sobie trening wymyśliłem, że pojadę z Olsztyna do Susza (90 km) i potem po trasie zawodów dokręcę do 4,5 – 5  h. Dlaczego do Susza? Po pierwsze zawody i przyjaciele, po drugie (a może jednak po pierwsze bardziej) Wertykal się wystawiał, więc nie mogłem zmarnować okazji na „przefitowanie” się  w ramach przygotowania do Hawajów. Dlaczego? Uważam, ze fitować powinniśmy się za każdym razem gdy zaczyna się sezon. Inna gibkość, inne ułożenie ciała – warto sprawdzić co jest ok, a co nie. Już podczas expo na 5150 Warsaw narzekałem chłopakom, że chyba czas na zmianę siodła, bo moje „Adamo Century” wydaje mi się już lekko przechodzone. Poza tym Krystyn twierdzi, że ma całą masę lepszych siodeł.

Przygotowałem się na pewniaka. 4,5 – 5 h roweru, na godzinę 14 fitting, sprawdzenie pogody, zrobienie kanapek oraz bidonów, zabranie kapci do tylnej kieszeni stroju – wiadomo – na bosaka potem łazić nie będę. Nawet żonie (która dzisiaj pracowała) spakowałem rzeczy na przebranie. Z powrotem miałem podróżować z kolegą Dowborem, a Ewa miała mnie przechwycić. 100% profeska.

klapki ukradzione z hotelu dają radę zarówno w trakcie transportu rowerem jak i potem podczas chodzenia

Poza jedną rzeczą. Ponieważ trening miał być luźny, po raz pierwszy w swojej karierze kolarskiej wyjeżdżając z domu (a i w prawo i w lewo mam od razu sztojfę) zdecydowałem się na zredukowanie przedniej przerzutki na mały blat. Wjechałem dostojnie na górkę, rozpędziłem się do przepisowych 199 watów i… przednia przerzutka umarła. W tym momencie zadałem sobie pytanie: kiedy ja ostatnio ją ładowałem? Pamiętam – przed IM Barcelona – czyli w październiku 2016. Emil coś kiedyś mówił, że jak mało prądu, to najpierw siada przednia, a potem tylna. Jest 4’ treningu – co robić? Wracać i rozkręcać to cało ustrojstwo? Może wrócić i podładować tylko tyle, żeby przerzucić na blat. Nie – szkoda czasu – nie wyrobię się z treningiem, a potem na 14 do Krystyna. Jadę. Trudno – coś wykombinuję.

Patrząc na sposób realizacji treningu zagrożenia za dużego nie było. Trening miał być luźny ale jak to zwykle na rowerze powinienem zwracać uwagę na kadencję. Ta nie powinna być zbyt duża. Od pewnego czasu pracujemy z Tomkiem nad obniżeniem tej mojej dotychczasowej 90-95 RPM na 75-85. Ale jak to robić jadąc 4,5 h trening na małym blacie?

Wykombinowałem następujący setup: a) ustawiłem przerzutkę tylną na „ośkę”, żeby było możliwie jak najciężej, b) bałem się, że zmienianie tylnych przełożeń oznaczać będzie, że w końcu skończy się prąd na najlżejszym przełożeniu  – decyzja – nie zmieniam przełożeń, c) zmieniam trasę podróży do Susza tak aby w większości było pod wiatr. No więc w zależności od ukształtowania terenu kręciłem albo regularne 80-85 albo 50 (pod górkę). Spostrzeżenie mam jednak takie: praca nad obniżeniem kadencji przynosi wyniki. Kręcenie już 85+ sprawiało, że miałem wrażenie jakbym kręcił młynka. A to ciągle było mniej niż kręciłem za kadencji Darka Sidora.

Po dotarciu do Susza (zmoczony raptem 2 razy) umyłem rower pod prysznicem dla zawodników, pięknie wysuszyłem ręcznikami papierowymi i po raz kolejny zaskoczyłem ekipę Wertykala tym, jak bardzo dbam o swojego Argona. Się dba – się ma. Wprawdzie pół hali wyśmiało moje klapeczki ale przynajmniej jestem #janusztriathlonu pełną gębą.

Oprócz fittingu z nowym siodłem Panowie Paweł i Krystyn coś tam pogmerali przy rowerze, poucinali, posztukowali i… kazali przyjechać jednak na pełen przegląd do Zabierzowa. Przyjadę, bo i ekipa zacna i zawody do których się szykuję również.

mnie tam do śmiechu mniej. Ale podobno ma być lepiej 😉

A propos zawodów i przygotowywania się do nich. Ekipa Wertykala zaopatrzyła mnie w nowy kask startowy specjalnie na Hawaje. Briko, zrobiony na różowo – specjalnie dla mnie to balans pomiędzy aerodynamiką i wentylacją. Na KONA a w sam raz! Dziękuję!

jedyny taki na świecie! (kask of kors)

 

Komentarze są wyłączone.