logistykMKON
10 kwietnia 2018
cele, czy jest się czym przejmować?
22 kwietnia 2018
Pokaż wszystkie

Czasami trafiają mi się tematy, w których nie mam ani wykształcenia, ani wiedzy specjalistycznej. Mam natomiast doświadczenie i znajomość tego, co działa u mnie. I tym właśnie chciałbym się z Wami podzielić. Jednocześnie przepraszam za knajacki język, ale pisał facet do faceta bez zbędnych ocieplaczy i ozdobników 😉

Pisze Karol (cytuję w całości):

„Ja z takim pytaniem i prośbą  zarazem. Wiadomo, że patentów masz od ch*ja, chyba na wszystko i ja się pytam czy masz coś na pobudzenie przedstartowe, na wkurwienie, na skok adrenaliny? W sobotę  biegnę HM, plan na PB i Trener mówi, żem przygotowany, a ja ni ch*ja nie czuje prądu, zero nerwu, normalnie obojętność. Dziwne to, bo z treningami jest git, chce mi się jak psu wiesz co, a tu zero. To pierwszy start w sezonie i warto,  by  fajnie zacząć.”

Moja odpowiedź była następująca:

 

„Słuchaj, moja recepta jest dość prosta, ale jest potrzebny prework. On polega na tym, żeby za dużo sobie nie pieprzyć do ucha wewnętrznego. Nie zrobisz życiówki, i co? I chuj! Połóż się na łóżku i zwizualizuj sobie następujący scenariusz. Wpadasz na metę i w ch*j nie jesteś zadowolony, bo tyle przepracowane, a noga nie podawała. Zmuszałeś się 3 razy i gówno. Nic nie poszło. Cała robota w pizdu. Poczuj to. Jak już poczujesz (mnie, to czasami aż idzie w żołądek), to będziesz wiedział, że tak się właśnie czuje człowiek po porażce. A teraz wyjdź z wizualizacji, spójrz na siebie i powiedz tak: Aha. Wiem, jak to będzie, jak będzie chuj*wo. Nic więc mnie nie zaskoczy. Czyli wszystko co będzie lepiej od tego, co zwizualizowałem, będzie lepsze, bo chujowe już poczułem. Ja to nazywam wizualizacją porażki, dzięki której odkrywam, jak tam jest, i nagle przestaję się tego bać (bo już wiem i to znam).

A co do samego startu to plan jest prosty. Popatrz na wytyczne, pod które trenowałeś i od pierwszych 500 m zacznij je realizować. Nie szybciej, nie wolniej. I nie ma znaczenia pulsometr ani samopoczucie. Wytrenowany jesteś, więc realizuj to, na co się przygotowałeś.”

mina jak porażka 😉

To teraz wyjaśnienie stanowiska. Bo odnieść chciałbym się do 3 kwestii.

Wizualizacja porażki

Pewnie cała redakcja psychologii sportu będzie miała kompletnie odmienne zdanie, ale ja przećwiczyłem to już na sobie i na swoich dzieciach. Mowa o wizualizacji porażki. Wizualizujemy głównie po to, aby oswoić się z lękiem przed potencjalnym niepowodzeniem. Jak się człowiek już z nim zapozna, oswoi, to staje się on (dla mnie) mniej paraliżujący. Znam to uczucie, poczułem je, wiem, jak to jest. Znajomość tej emocji i towarzyszących jej reakcji z ciała i umysłu automatycznie sprawia, że mój strach staje się mniej „straszny”. Nie oznacza to, że nie wizualizuję sukcesu. Wizualizuję, ale wolę być przezorny i dmuchać na zimne. I to akurat u mnie się sprawdza. Nie wierzę bowiem w aktywności afirmacyjne, które mają spowodować, że stanie przed lustrem i wmawianie sobie jestem zajebisty automatycznie przyniosą dobry (spodziewany) wynik. Jak jestem dobry, to nie muszę sobie tego powtarzać. A jeśli nie jestem, to we wmówienie tego sobie po prostu nie uwierzę. Za to strach potrafi być przerażający. Stąd pomysł, aby go oswajać.

Wywal pulsometr

Niski poziom wiary w siebie będzie powodował nadmierną kontrolę podczas wysiłku i śledzenie parametrów, które z założenia będą dawały usprawiedliwienie tego, co Karol nazwał brakiem energii. Na podstawie swoich obserwacji (siebie) widzę następujące korelacje między zdarzeniami: jestem zesrany, to myślę, że jestem niedotrenowany; jestem niedotrenowany, to spodziewam się, że będzie trudno już od początku; nogi ciężkie od samego startu, to na pewno puls będzie podwyższony. Sprawdzam – puls podwyższony, więc jestem bez formy i już po 2 km wiem, że posprzątane. Przestaję cisnąć.

Tak to mniej więcej działa. Dlatego od pewnego czasu nie startuję z pulsometrem. Wyznaję taką zasadę, że jeśli treningi kontrolne pokazują, że jestem blisko oczekiwanego rezultatu, to biegnę na tempo, a nie na puls. Dlaczego? Bo jeśli cisnę na dany wynik i na początku pulsometr pokaże mi, że tętno za wysokie to co, zwolnię? Jeśli zwolnię, to szans na wynik nie będzie. Więc i tak, i tak słabo. Dlatego cisnę i walczę z głową, a nie szukam uzasadnień tego, dlaczego jest ciężko. Chociaż raz doświadczyłem czegoś całkowicie odwrotnego. Hawaje 2012. 15 km biegu. Gorąco, duszno, noga nie podaje. Myślę sobie kaplica – organizm odmawia współpracy – znaczy zajechany jest. Ale patrzę na pulsometr, a tam tętno w normie. I to mnie ożywiło. Tętno w normie znaczy trzeba wyłączyć głowę i jechać dalej.

Practice makes perfect

Już tyle razy wygrałem i tyle razy przegrałem. Porażka, jak też i sukces jest wpisana w piękno tego, co robimy. Dlatego warto… się nie przejmować. Wiem, że to łatwo powiedzieć. Wiem też, że łatwo odtwarzać zachowania, które stosowaliśmy przed największymi sukcesami. Rutyny pomagają. Ale, co w sytuacji kiedy stosowaliście te same rutyny i nie poszło? Niezależnie, czy pomaga, czy nie, w dzień przed ważnym startem, a czasami i ciężkim treningiem jem pączka. Taką mam rutynę. Wiem, że z moją formą nie ma to żadnego związku, ale jest to taką moją pozytywną kotwicą. Jednocześnie nie wmawiam sobie: nie zjadłem pączka, na pewno mi nie pójdzie. Po prostu uważam, że ze stresem przedstartowym, o którym pisał Karol, oswaja nas przede wszystkim porządne wytrenowanie, a dopiero potem ilość doświadczeń. Taką mam przynajmniej nadzieję.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *