felietony z roku 2017
22 lutego 2018
z życia połamańca
10 marca 2018
Pokaż wszystkie

ostatnie 2 tygodnie pokazały mi czym różni się masażysta od fizjoterapeuty. Zabrakło 2 dni (według mojej oceny) do pełnej sprawności przed Wiązowną

 

Nie da rady biegać na szczudłach. Szybko biegać. Generalnie bieganie wymaga pełnego zakresu ruchu a każda inna proteza kończy się źle. I tak to było w przypadku Wiązownej. Mając w perspektywie maraton w Manchesterze i tak musiałem coś pobiegać. Środowe 5x2km weszły bardzo dobrze choć mocno ubiły nogi. Nie udało mi się logistycznie połączyć regeneracji z pracą oraz kolejnymi treningami w skutek czego każde kolejne bieganie zaczynało się na mocno usztywnionych nogach. I mimo, że rozgrzewałem je to zarówno temperatura jak i nawierzchnia nie pomagały. 

W sobotę próbowałem ratować to wizytą w CTMiR ale diagnoza nie była dobra. Mocno poprzykurczane przyczepy nie dawały zbytnich szans na dobry wynik w Wiązownej. Ale nie taki był układ. Jak na rozgrzewce boli, jak na rytmach boli to człowiek liczy przynajmniej na mocny trening. Oczywiście nie był to ból taki jak w przypadku kontuzji (bez kłucia – swoją droga teraz tak mam ;0). Myślałem, ze maść rozgrzewająca oraz średnie tempo jakoś nogę rozgrzeją. Miałem odpuścić jak poczuję dyskomfort. No to odpuściłem i od 15km (54′) zacząłem truchtać do mety. Ale to właśnie to truchtanie mnie dobiło. Bieg skończyłem na nogach gorszych niż po podwójnym ironmanie. Z bolącymi kolanami i perspektywą przerwy w bieganiu co najmniej na kilka dni.

Co mnie to nauczyło? Nic. Czy powinienem zrezygnować z tego startu? Nie, bo wtedy zamiast tego w Olsztynie biegałbym pewnie 3x6km albo 4x4km. Przecież formę trzeba szykować. jak nie na Manchester to na Orlen, a jak nie na Orlen to na coś w dalszej kolejności (Szczytno?).

Natomiast sytuacja ta daje mi lekcje około treningowe. Fajną rozmowę odbyłem z najlepszym specjalistą od kolan – Ryśkiem Biernatem po sesji u niego na bieżni (3x4km), kiedy to wmawiał mi, że jestem na marginesie. Czyli trening, obciążenia i inne są już tak skumulowane, że jakiś detal może spowodować niezłe pieprznięcie. I wydaje mi się, że tym detalem była 30-tka 2 tygodnie temu, po której wskoczyłem do auta, potem do samolotu. I biegana po lesie, przy uciekającej nodze, już ją nadwyrężyła. potem były te 4-ki, potem kolejne 32, potem dwójki. Logistyka życia nie ułatwiła regeneracji i poleciało.

Czy jestem załamany – nie. Daleko mi do tego. Dopóki nie dostanę informacji po USG, ze coś jest zerwane raczej przesuwam a nie odsuwam plany startowe. „Załamanie” jest związane raczej z faktem tego bycia na marginesie o którym mówił Rychu. Szybkie bieganie (ustalny prędkość startową w okolicach 3:20 na 10; 3:25 w półmaratonie oraz 3:30 w maratonie) może być już nie na moją fizjologię. Bo tak jak rozkłada się to na 3 dyscypliny w tri to w bieganiu nie ma gdzie nadrobić. A nie będę uczył się na nowo techniki biegu. Bo zajmie mi to pewnie tyle, że skończy się też zdrowie na takie prędkości.

Mam jednak jedną gigantyczną lesson learned. Odnośnie roli FB w moim życiu i oddziaływania tegoż medium na moją ambicję. W pompie mam z kim wygrywam i z kim przegrywam, choć przyznaję dałem się wciągnąć w jazdę pn: „ile nabiegasz” i „czy wygrasz kategorię”. Zatrzymanie się przy małżonce na całusa przed metą będzie dla mnie zawsze ważniejsze niż te 10″ z wyniku. Nie ma dla mnie znaczenia który jestem, jeśli tylko realizuję swój cel czasowy. Bo to zegarek jest dla mnie wyznacznikiem mojej formy i ambicji. Tego chcę i będę się trzymać.

Jestem miszczem świata. Ja już nic nie muszę. Za to bardzo chcę 😉

4 Komentarze

  1. Paweł napisał(a):

    Jak mnie cieszy ten tekst. Ja również po Wiązownie, może tempo inne, ale wszystko poza tym adekwatne „jak ulał”. No i chce mi się nadal 🙂

    trzymaj się mKon

  2. Adam napisał(a):

    Też bym razcej nie odpuścił. Swoją drogą ponad rok temu szykowałem się do ultra (61 km). 3 dni przed biegiem wysiadając z auta źle stanąłem , poślizgnąłem sie i skręciłem nogę (widoczny wylew) itd. Na drugi dzień zakup bandaży, specjalnego „uciskacza”- nie wiem jak to nazwać. Ostatnia noc przed biegiem pobudka co 1,5 h i zmiana bandaża i dalej smarowanie, każde zakończone fotką stopy. Do południa smarowanie co godzina, okłady itp. Ok 18 ej oględziny fotek i sprawdzian: z uciskaczem jakoś się całkiem nieźle truchta i decyzja jadę. Start 23.00 Po 11 km tak niefortunnie stanąłem na kamieniu…ból był taki, ze postanowiłem po kolejnych 500 m. , że na punkcie ok 16 km schodzę z trasy. Po 14 tym km wiedziałem ze będę biegł. Rano kwadrans po piątej finisz i cel osiągnięty. Noga przestala mnie bolec po tygodniu a opuchlizna całkowicie zeszła po dwoch. Ktoś powie: dureń , ale wydaje mi się, że teraz jestem mądrzejszy. Poszedłbym do jakiegoś lekarza po lepsze maści i nie traciłbym czasu na zastanawianie sie czy startuje – bo bym startował.
    Pozdrawiam MKon i dzięki za poświęcony dla mnie czas i rozmowę w piątek.

    • mkon napisał(a):

      nie ma sprawy. Generalnie to głupota była i jakby to nie była trasa tam i z powrotem to po 15 powinienem zejść

  3. Wojtek M. napisał(a):

    W zdrowym ciele, zdrowe ciele.
    #niemamusze
    Super tekst. Pozdrawiam