planowanie w praktyce
23 lutego 2019
prewencja głupcze!
8 marca 2019
Pokaż wszystkie

Po zwariowanym logistycznie tygodniu i mocnym obozie (161 i 125km) start w Wiązownej miał być startem kontrolnym. Chciałem zobaczyć jak w rzeczywistości ma się waga do wyniku, ale nie w kontekście robienia życiówki. Ta ma być 28.04. Trenuję nie mocniej niż przez ostatnie okresy przygotowawcze (do maratonu), na pewno nie szybciej i mocniej niż na zeszłą wiosnę i lato. Jest jedna różnica. Ważę średnio 4 kg mniej. I to właśnie chciałem zobaczyć. Czy te kg przełożą się na „komfort” biegu. Plan ustalony z trenerem (odniesieniem był Bieg Chomiczówki 52 z małych hakiem) zakładał pobiegnięcie tam w 3:22-25 a z powrotem 3:25-28. Oczywiście przy założeniu, ze jak zwykle tam wieje w plecy. Łukasz Kalaszczyński sprawdził jaki plan i postanowiliśmy biec razem.

Wiem, że czasami podśmiewam się z zawodników, którzy po drodze robią życiówki na dystansach pośrednich. Dzisiaj miałem tak samo. 5km, średnia pokazuje 3:22/km. Samopoczucie dobre. Postanowiłem zobaczyć, czy uda się złamać 34’ na 10km, nie za bardzo martwiąc się tym co dalej. Dodam, ze najszybciej na 10km do tej pory (od 2007r) biegałem w 33:50. Świadomie prowadziłem grupę, w której biegła Iza Trzaskalska. Nadawałem tempo, chcąc utrzymać zakładane tempo. Niestety średnia spadła do 3:25 na km 8, gdzie w Wiązownie jest lekki zbieg. Puściłem tam nogę na maksa. Potem się okazało, ze km 8 i 9km pobiegliśmy po 3:19. Dobrze. Od Frakfurtu nie mam włączonego autolapa na zawodach i jakoś mi to pasuje. A jak 10 km pokazało 33:40 to kopara mi opadła. Serio. Potem trzeba było się wdrapać na ten podbieg, ale ciągle czułem moc. Może nie taką aby urwać Izę i Kalacha, którzy biegli na moich plecach, ale nie sponiewierał mnie on aż tak bardzo. Kryzys pojawił się na 16km. Jednak biegnięcie na szpicy daje w kość. Ale szybko przekalkulowałem sobie, że 15km w 51:05 (najlepszy do tej pory czas w Biegu Chomiczówki to 51:48) nawet biegnąć po 3:30 da i tak sub 1h:13. Kalach z drugim zawodnikiem mi uciekli. Iza lekko zwolniła. Wydudliłem ostatni łyk koncentratu Enervita (jeden wszedł przed) a potem jeden łyk na 7, drugi na 10 i ostatni na 16. Niestety na tym 7 i 10 jakoś ciężko wsadzało mi się go z powrotem do kieszonki w singlecie Huub i wydaje mi się, że ta walka zaważyła na wyniku końcowym. Ale co tam. Ostatnie 6km to walka na maksa. Ale kontrolowana. Udało mi się nawet zmusić na ostatnim km aby pocisnąć w 3:23 i choć ostatnie 600 metrów to już rzeźba bo udało mi się złamać 1:12. Zabrakło 3” do życiówki z Poznania z kwietnia 2013. Myślę sobie – na spokojnie. Najważniejsze, że czułem się lekki jak piórko. Jeśli do tej pory miałem lekkie obawy, czy #cukierdetox nie zakończy się akcją pt: „schudłeś MKON i co z tego” to teraz mam kolejny dowód na to, ze waga MA ZNACZENIE. A ja w końcu nie trenuję do półmaratonu, ale do dystansu dwa razy dłuższego. I jeszcze trochę czasu do 28.04 mam.

Najfajniejsze jest to, ze patrząc na wynik końcowy i średnią (3:23/km) myślę sobie: 10km ze średnią 3:20/km? Hold my beer 😉 Ale nie ma co się podpalać. Trzeba trzymać dietę (a właściwie tylko nie jeść słodyczy), trenować dalej i się masować. Pomysł partyzanckiego przemasowania się w Poznaniu to był strzał w 10!

Dziękuję serdecznie za całe kibicowanie po trasie. Cisnę dalej, choć chciałbym Trenera Kowalskiego namówić do małej zmiany w planie. Ale to na razie tajemnica

kapcie dają radę!

Piona

P.S już wiem w jakich butach pobiegnę ten maraton. Nie potrzebuję startówek jak są pursuit!

 

2 Komentarze

  1. Robert napisał(a):

    Fajna relacja a czasy robią wrażenie, szacun

  2. Ewa napisał(a):

    Różowe „kapcie” są ładniejsze. 😉
    Gratuluję i powodzenia w kolejnych dniach detoksu. 😊

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *