Trening dnia/tygodnia/miesiąca (niepotrzebne skreślić)
31 maja 2017
Dzieci a IRONMAN
4 czerwca 2017
Pokaż wszystkie

Skończyło się bieganie zaczęło się triathonowanie. Zapraszam do pierwszego triathlonowego tekstu w ramach inicjatywy/projektu #mKONA2017:

SPRAWDZIAN 🙂

“Nareszcie” oraz  “cholera łatwo nie jest” pomyślałem jednocześnie, kiedy kończyłem 4 odcinek tempowy podczas pierwszego w tym roku akcentowego treningu rowerowego. Przyznaję bardzo mi brakowało „ostrej jazdy” na rowerze. Mniej więcej 2 tygodnie po kwietniowym maratonie zacząłem włączać rower, ale właśnie takich odcinków, kiedy to czujesz, że każdy ruch korbą to wysiłek, a po nim masz poczucie spełnienia – to jest to w treningu tri. Ale nie o tym będzie. Będzie o czymś gorszym. Trening tempowy na rowerze był w niedzielę. W sobotę za to był basen. I  co to był za basen. Z dwoma sprawdzianami. Na 400 i po chwili (dłuższej) na 200m. Oboma stresowałem się jak zawsze, bo ja po pierwsze: nie lubię pływać, po drugie: jak sprawdzian – to wiadomo – do odcięcia, a po trzecie: to woda. Więc za każdym razem jakoś tak wychodzi, że boję się, że się utopię. Naprawdę – bez kitu. Trenerka Ludwichowska zawsze za juniora powtarzała nam: sprawdzian to coś gorszego niż zawody. Tutaj nie ma taktyki. Jest ogień od początku do.. blackoutu. I tak jakoś mam to wdrukowane. Podczas biegania niby jest lepiej. Bo zarówno na bieżni albo na ulicy wiem, że nawet jak się „obalę” to nic sobie nie zrobię. Choć już podczas testów „do odmowy” zdarzało mi się, że musiałem być „złapany” przez obsługę. Ale to bieganie. Podobnie jest z rowerem. Wiem, że jak mam sprawdzian (ftp, godzinną jazdę albo 2 x 8’) to lepiej jest to robić na trenażerze – z podobnych jak wyżej powodów. Tutaj dochodzą jeszcze takie same, idealne powtórzeniowe warunki. Szczególnie istotne w teście 2 x 8’.

Ale tego basenu to jakoś ciągle nie mogę przeżyć. Znaczy za każdym razem przeżywam i nawet się cieszę wynikami tych sprawdzianów ale kiedy przypomnę sobie zalane kwasem mlekowym, ciężkie jak kamienie ramiona, które ledwo mnie utrzymują w wodzie i to dyszenie podczas wydechu, a nie daj Boże jeszcze jak w trakcie sprawdzianu trafi się jakiś niespodziewany koleś – to już w ogóle masakra. Przed sobotnim sprawdzianem zacząłem sobie werbalizować swoje lęki. Zidentyfikowałem 4. Pierwszy to strach przed utopieniem się. Wiem, że mało realny ale jakoś nie potrafię się zmusić, aby startować z głębszej strony basenu. Zawsze jakby coś, mniej więcej na 8 m do ścianki można się po tej płytszej stronie zatrzymać. Jakoś. Drugi lęk to ból – opisywałem wyżej – nie ma co więcej pieprzyć. Żeby ten ogarnąć, mądry trener stopniowo przyzwyczaja mój organizm do tego, włączając w trening ze sprawdzianem odcinki sprintowe na początku. Wprawdzie poczucie po odcinku może jeszcze lęk zwiększyć (jak nie jest zbyt luźno) ale to trochę tak jak z przebieżkami przed akcentem biegowym. Trzeba to zaakceptować. Trzeci to lęk przed wynikiem. A właściwie jego brakiem. I tutaj to już klasycznie – wyznaczam sobie cel minimum i maksimum. A ponieważ pływać zacząłem dopiero kilka lat temu, to za cholerę nie umiej utrzymać tempa. Stąd włączam alerty w zegarku, które są dokładnie pośrodku celu minimum i maksimum. W tym wypadku było to 1:30/100. Daje mi to jako takie poczucie kontroli i mimo, że na sprawdzianie i tak nie zwalniam i nie kontroluję, to przynajmniej wiem czy jestem w targecie, czy raczej powinienem już płakać po 200m J. Czwartym – ostatnim – jest lęk przed niespodziankami. Pływając bardzo szybie odcinki (na 90-95%) zauważyłem, że wyłącza mi się uwaga na inne rzeczy niż siła, no i może na początku technika. Co to znaczy wyłącza mi się uwaga? Otóż łapię się na tym, że po odbiciu od ściany i ustabilizowaniu toru pływania zamykam oczy. I z tymi zamkniętymi oczami jakoś mi łatwiej. Nie rozumiem tego i wiem, że to nie jest ok. Podobnie zresztą (źródła i fizjologii tego nie znam) jest w bieganiu z unoszeniem brody. Zawsze na biegach na 1000 czy 2000 m trener krzyczał: trzymajcie głowę prosto, nie unosić brody. A jak człowiek biegł jak „Bułgar Stojanow”,  czyli już na sztywniaka, to ta głowa jakoś do tyłu uciekała. Podobnie jest z tym moim pływaniem. Płynę wolno – podziwiam. Płynę szybko – zamykam oczy. I gdy w trakcie sprawdzianu, czy też mocnego odcinka wyskoczy nagle jakiś spławik to za cholerę go nie zauważę. O pogawędkach przy ścianie nie wspominam. To naprawdę przygoda nad przygody, kiedy płyniesz resztą sił i nagle nie myśląc o tym gdzie nawrócić przy ścianie pojawią się dwie dodatkowe nogi i dwa korpusy. Każdy kto pływał ten wie.

 

zdjęcie stare jak świat. First of the water?

W projekcie mKONA2017 wspierają mnie: SAE, ARTNEO, New Balance Polska, Wertykal, Enervit Polska, Huub Polska aka Tripower, House of Skills, Triathlon Energy oraz nowy sponsor – dystrybutor marki OAKLEY – Butik Optique

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *