triathlon z punktu widzenia obserwatora

kielbaska czy rodzynka, czyli sytość ma znaczenie
10 maja 2019
Definiowanie obaw jako alternatywa do stawiania celów
21 czerwca 2019
Pokaż wszystkie

 

Chciałbym powiedzieć 3 x NIE i to głośne – po wczorajszym kibicowaniu w Olsztynie. Wiem, ze to pierwszy start, wiem, ze starty A przed Wami. Ale stanie obok, to generalnie dobra forma, aby złapać perspektywę i poobserwować.

 

Pierwsze NIE: albo startujesz, albo żartujesz.

Trenerka Ludwichowska z Gwardii Olsztyn miała taką filozofię. Start – rzecz święta. A jeśli to start – to do porzygu. Nie twierdzę, ze każdy taki być powinien. Są w końcu starty B, C.. Widzę jednak następującą przypadłość: „mocne nastawienie, poważne podejście przed. A po wyścigu standardowe tłumaczenie, ze to start treningowy :)”. Nie każdy ma takie jaja jak Dowbor po wczorajszym treningu, który przyznaje: „już pierwszy start i tytuł frajera roku”. Zabrakło mu sekund do podium. Jak policzę, ile razy zagadywał do mnie na trasie rowerowej, to dokładnie te sekundy, których mu zabrakło. Więc wniosek mam jeden: jak startujesz serio – to serio. Bez kozaczenia, rozpraszania się, śmieszkowania. Żeby potem nie żałować, albo żałośnie się nie tłumaczyć. Moja małżonka ma dobry test tego czy mi dobrze idzie czy nie. Jak na pierwszej mijance nie odmachuje jej – znaczy cisnę i nic mnie nie rozproszy. Szczerze rekomenduję zastosować.

Drugie NIE: waga piankowa*

Podczas wieczornych Polaków rozmów poszedł zakład między Maciejem Żywkiem a Redaktorem Gapińskim o to, czy 89 kilowy Redaktor wejdzie w 80 kilowy (wedle tabel) model pianki. Biorąc pod uwagę, ze Redaktor odżywia się dietą pudełkową to nie mam wątpliwości. Dodam, ze ostatnie pudełko (makaron z sosem wege) zjadł po 22 popijając 2 perłami miodnymi. Więc jak nie da rady? 😉 Ale wagę piankową widać najlepiej nie tylko patrząc na Państwa w piankach. Wtedy wszyscy wyglądają unisexowo-baleronowo. Najmocniej uświadomiłem sobie potrzebę założenia KOLEJNEGO czelendżu cukierdetoxowego obserwując część rowerową niedzielnych zawodów. A właściwie widząc różnicę między sobotą a niedzielą. Szanowni Panowie. Sporo jeszcze roboty przed Wami. Posiadanie pianki, roweru i butów do bieganie czyni z Was triathlonistę, ale lekko puszystego. Tego co wisi nad ramą Waszego mega roweru jest po prostu za dużo. No chyba, ze to tak jak u Prezia – nerka z walutą. Do roboty. Serio. Gotowym dzielić się doświadczeniem, mobilizować, popychać do przodu w spadku wagi. Bez tego trzecie NIE ciągle będzie stało „ością w gardle”.

„Nowy” Maciek, z trudnością dałby sobie wcisnąć paczkę cuksów z Bałtyku… Ale to był stary Maciek

Trzecie NIE: tri men can’t run**

Wiem, że ostro to brzmi. Obserwując jednak zarówno technikę, jak i tempo biegu poszczególnych zawodników podczas niedzielnych zawodów – podobnie jak z wagą – mamy sporo do roboty. Wiadomo: ujechani po rowerze a dystans olimpijski. Jednak tylko dwóch zawodników*** złamało 40’ podczas wczorajszej dychy. Narzekamy na prosów, sami biegając słabo. A przecież im dłuższy dystans, tym większe ono odgrywa znaczenie. Zacząłbym od pracy nad techniką biegu, a w drugiej kolejności skoncentrowałbym się na pracy nad formą. Bez tego pierwszego będzie trudno. Wiem, że łatwo mówić to z perspektywy 2:30 w maratonie. Sorry jednak. To była tylko olimpijka. A górki na trasie biegowej nie są usprawiedliwieniem. Bieg na zawodach triathlonowych to coś więcej niż tylko oderwanie nogi, jej przetoczenie, pseudopraca rąk i… posuwanie się do przodu. Piszę to jednak przede wszystkim do moich przyjaciół mających ambicje. Mega ambicje czyli Hawaje i te sprawy. Bo zdecydowana większość adresatów ma już slota na Niceę.

Nikogo nie chcę obrażać. Powiem więcej – gotowym (jak w punkcie 2) zauczestniczyć w aktywnościach smentoringowych, jeśli odczuwać będziecie taką potrzebę…

Piona!

______________________

*(copyright by Krzysztof Dietrich)

** ale można nad tym pracować

*** dokładna analiza (patrz komentarz) jednak pokazuje aż 6 sztuk 🙂

 

6 Komentarze

  1. Robert pisze:

    AD3. Sprostowanie: Marcin w sumie to 6 osób złamało 40′ Byłem tym 6tym :). Ale pełna zgoda co do tezy

  2. PanJohnnson pisze:

    Niepotrzebnie się spinasz. Powtarzałeś kilkukrotnie, że niby nie masz wielkich ambicji czemu przeczy ten tekst. 90% triathlonistów chce w miarę żywym ukończyć zawody. 99% zawodników, które ukończy zawody blisko ściany już więcej tego nie zrobi. CI co mogę się ścigać w okolicach swojego maks jest niewielu i oni nie startują w zawodach tylko się ścigają.
    Mam wielki szacunek dla CIebie Marcinie nie zrozum mnie źle, ale tutaj nie zgadzam się. Gdyby nie CI Janusze z brzuchami nad ramą to znowu w zawodach startowało by kilkadziesiąt wtajemniczonych osób.

    • mkon pisze:

      Panie Johnsonie. Tekst pisałem dla ścigaczy 🙂 i do nich to dotarło 😉

    • Adam pisze:

      Z definicji zawody to taka działalność podczas której rywalizujemy o zwycięstwo.
      Można to rozszerzyć, że rywalizujemy z czasem, o życiówkę, z kolega itp.
      Można to też rozszerzyć, że rywalizujemy o ukończenie zawodów. Szczególnie gdy są one bardzo długie i trudne.
      Wtedy trzeba założyć jakiś margines błędu na tempo aby mieć duże prawdopodobieństwo na bezpieczne dotarcie do mety.
      Ale właśnie RYWALIZUJEMY. To w zasadzie jest celem zawodów i sportowców amatorów.
      Oczywiście można i towarzysko pozwiedzać ciekawe miasto na trasie maratonu ale i tu w większości
      przypadków można to przeżyć i zrealizować podczas zwykłego wyjazdu. Spotkanie z przyjaciółmi?
      W nie lepiej umówić se na wspólny bieg, rower itp? Wyjechać na sportowy weekend?
      Chyba, że „start” jest jedyną okazją wyrwania się od żony i domu 🙂

  3. Maras pisze:

    Ścigaczem nie jestem , ale jestem ambitny wiem że na spinie 5 kg bym zrzucił i do tego powoli dorastam , a zawody są świętem i nagrodą za pól roku treningów i moim zdaniem trza iść na prawie na maxa ,nauczyć się pokonywać kolejne granice Amen.