fuck yeah?
24 kwietnia 2016
coś się kończy, coś się zaczyna
27 kwietnia 2016
Pokaż wszystkie

Napisał dzisiaj do mnie kolega z pracy – Łukasz. Oto treść: Marcin jakie treningi radziłbyś w sytuacji kiedy w niedzielę lecę jeden półmaraton a w sobotę lecę kolejny. Moja odpowiedź brzmiała: żadne. Potem oczywiście coś tam napisałem ale przy standardowych 2 dniach na odpoczynek po i 2 dniach taperingu przed dyskusja właściwie dotyczyła środy ;).

Dodatkowo właśnie wróciłem ze spotkania z Bolkiem M, który przyjechał do Olsztyna i spotkał się z Prezesem i ze mną opowiadając o tym ile to dobrego robi u siebie na zachodniej granicy rubieży (naprawdę szacun Bolek). Spotkanie w stylu #biegjakbieg ale najfajniejsze było jak razem z Prezesem na znak pani kelnerki podnieśliśmy się z krzeseł jak dwa kaczory z przetrąconymi nogami.

Co mają wspólnego oba zdarzenia? Otóż wiele. Dociera do mnie, przebija się tak przez opokę pseudozawodowstwa jaki dumny jestem z tego, że ukończyłem wczoraj MARATON.Bądź co bądź królewski dystans. Nie mam już ochoty gadać o czasie, tempie, tętnie (chociaż dzisiaj też super maila w tej sprawie dostałem). Miło jednak robi mi się jak myślę o dumie ze sponiewieranych nóg, trudności w schodzeniu ze schodów w tym łączeniu się w bólu z innymi kalekami – pardon Prezesie to nie o Tobie. Ciebie jak wiadomo nie bolą nogi. To Prezes boli nogi.

Tak więc tak jak napisał do mnie Łukasz to przypomniałem sobie jak to jechałem tramwajem na start wśród innych biegaczy, z których każdy miał podobny cel do mojego. Wystartować, ukończyć i cieszyć się z osiągniętego wyniku (jakimkolwiek o by nie był). I wtedy czułem się bardzo dumny mając dookoła siebie ludzi, którzy mają cel i nie wahają się go użyć. Podobnie czułem się jadąc na start we Frankfurcie. Fajnie jest być w gronie. Takim zacnym gronie. A #229MKONa jeszcze kiedyś się zrobi. A jak się nie zrobi to do wyboru będzie#239; #249, może #392 😉

Więc zanim zafiksujemy się na czas, na życiówkę, na walkę o cenne sekundy – to może czasami nie warto się też pocieszyć z samego faktu wystartowania i ukończenia. Ja im dalej jestem od swojego #239MKONa tym bardziej jestem z niego dumny. Jestem też smutny ale nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Nie mam na to wpływu – wypieram więc. 

Jeszcze raz dziękuję Maćkowi i Sebastianowi, ze nie pozwolili mi zaordynować sobie taksówki na 33km. Dzięki temu mogłem te 20 zł wrzucić do puszki na gofry i przyczyniłem się jakoś do tych prawie 700 zeta co to uzbieraliśmy

Czy Łukasz robi dobrze biegnąć dwa półmaratony w przeciągu tygodnia – pewnie nie. Ale ponieważ się nie ściga to niech se biegnie. No chyba, ze się ściga i w każdym chce bić życiówkę – wtedy to bez sensu – ale o tym pisałem już wielokrotnie.

#dobropowraca #niemaniemogę

komisja

 

 

7 Komentarze

  1. masta napisał(a):

    Coraz się bardziej zgadzam się na takie sprawy stawianie i przykładu dawanie oraz sMentorowanie w formie najlepszej. Miłe refleksje gdy żar po ogniu z dupy nie zamienia się w żal na końcu okrężnicy suszony osinowym kołkiem wbitym tamże. Miast tego mamy luz i swoistą świeżość w kroku na zdrewniałych czwórkach co to się na bank rozchodzą w ciągu tygodnia. Cieszy poczucie wspólnoty wykreńceńców w przenośni i dosłownie. Wzbudza to mą autentyczną zazdrość, gdyż, bo, ponieważ, akurat chodzić mogę śmiało i rześko – jedyne co mnie pociesza to zdarte skóry na łapach po odciskach od drążków. I w tym mym mikrobólu łącze się z twoim/waszym bólem szlachetnym, co zdecydowanie bólem dupy nie jest, tylko bólem porodowym w którym rodzi się moc.

    • mkon napisał(a):

      nie zgubmy tylko myśli przewodniej. Mistrzostwo Świata w M-50 samo się nie zrobi. A na pewno nie zrobi się z komfortowego biegania 🙂

      • MaSta napisał(a):

        Myślałem, że ogólnej boleści chodzenia nie nabywa się w trakcie siedzenia ani spaceru czy ewentualnie biegania turystycznego… jakoś jestem pewien tych przygotowań do mistrzostwa… i żeby było jasne: jestem za treningiem do pożygu, wtedy gdy ma to sens, jestem za startami na maksa (jak wyżej) – dozowane powinny być adekwatnie do celów i potrzeb (w tej kolejności). Nade wszystko jestem jednak za tym by pamiętać po co nam to wszystko. Co jest największym plusem dodatnim. A twoje mistrzostwo, być może ważniejsze niż sam tytuł mistrza na dystansie IM 50+, to sMentoring, KS Niemaniemoge i #religiaMKONa. Nie jesteś „śmiertelnikiem” i o tym nie zapominaj :D. Ja ci tu dokładam obciążeń nie zdejmuje 😀 Powodzenia.

  2. Lukasz napisał(a):

    Wywołany przez mistrza pozwalam sobie odpowiedzieć- tak, nie ścigam się, nawet ze sobą:-) Już dawno zrobiłem czas jaki mi odpowiada na półmaratonie czyli 1:44 netto teraz cel mam inny. Dzięki za radę i rzeczywiście nic nie będę robił poza rozciągającą gimnastyką. Ważne żeby biec, przebiec i poczuć uderzenie endorfin w łeb.

    • mkon napisał(a):

      w sumie mistrza napisałeś z małej – więc nie powinienem zatwierdzać takiego komentarza ale niech ci będzie ;). Ale jak już gadamy o tych sprawach to powiedz mi Luka, czym różni się uderzenie endorfin podczas biegu będącego STARTEM (opłaconym) a niedzielny wyjściem na 21km w tym samym tempie. Pytam – nie szyderczę – na forum bo czasami takie dyskusje się toczą. Ergo: czy potrzeba zapłacić opłatę startową, zeby mieć zachwyt?

      • Ray napisał(a):

        ja obstawiam koronę półmaratonów jako cel 😉

        • Lukasz napisał(a):

          No dobra Mistrzu więc ujawnię mój cel – postanowiłem po prostu mieć pewność że zrobię koronę półmaratonów i po prostu przebiec wszystkie:-)