z kanapy na kanapę
28 grudnia 2017
Chomiczówka 2018
21 stycznia 2018
Pokaż wszystkie

 

Tato, jakiś czas temu mój partner zaczął trenować triathlon. Chcę powiedzieć ci o tym, jak zmienił się nasz związek. Opiszę to w 6 punktach – takich, które wydają mi się kluczowe w tym, żeby oddać pełnię sprawy.

  1. To czego brakuje mi w codziennym życiu od momentu, kiedy zaczęły się treningi to przede wszystkim czasu dla samej siebie, dla nas jako partnerów oraz dla nas jako rodziny. Skończyły się wieczorne seanse filmowe, spokojne, leniwe wstawanie (bo albo budzę się sama, albo jestem budzona pytaniem: nie wiesz gdzie moje spodenki?). Brakuje mi spacerów razem, a czasami i poruszania się razem. Teraz albo jeżdżę/biegam za wolno, albo akurat nie wpasowuję się w trening. Dobija mnie, że właściwie cały dom jest na mojej głowie (tak jakbym ja nie miała swojego hobby), a czasami jeszcze czuję oczekiwanie, że nie tylko zakupy ale i odżywki będą przygotowywane pod jego treningi. Podsumowując – brakuje mi bycia razem. Bo niby jesteśmy razem, ale jesteśmy oddzielnie. Nie zadowala mnie siedzenie na kanapie obok siebie, kiedy widzę jak w tym siedzeniu towarzyszy mi albo analiza training peaks, albo spuszczanie się z innymi tri-maniakami nad aktualnymi cyferkami. I mimo, że nasze życie jest o wiele bardziej poukładane (o tym napiszę potem), to często brakuje mi tej spontaniczności, która była wtedy, gdy nie było planu. Gdy nie musiałam wpasowywać się ze swoją obecnością między mentalne przygotowanie się do treningu, trening a regenerację. Nie wiem co będzie jak będą dzieci ale już wyobrażam sobie, że pewnie wtedy będziemy jeździli na urlopy tylko w miejsca, gdzie będzie można potrenować, a głównym punktem wyjazdu będą zawody. Będziemy kibicować na maksa i mimo, że wcale nie jest to takie łatwe i atrakcyjne (bo zawodnik na trasie) a dzieciak będzie chciał to lody, to siku a jak znam życie, to znudzi mu się po 30’ i na koniec jeśli wynik zawodów będzie niezadowalający, pewnie trzeba będzie jeszcze znosić tego focha. W sumie to sama nie wiem, czy będziemy mieli kasę na urlopy, bo na razie to widzę, jak strumień kasy leci na sprzęt tri.
  2. Żeby nie było, że to trenowanie ma tylko słabe strony – to co wnosi ono do związku to na pewno znaaaaczna różnica w wyglądzie. Mieszkam z ciachem!. Atrakcyjny wygląd trenującego i to, że mogę się pochwalić partnerem w robocie to jest to. Pisałam o braku spontaniczności ale ono nie jest w sprzeczności z planowaniem. Zarówno z perspektywy mikro (wiem jakie ma treningi i kiedy co będziemy robić) jak i makro (gdzie w tym roku pojedziemy). Pewnie gdyby tych treningów nie było to nie odwiedzilibyśmy tylu miejsc i nie spotkalibyśmy tylu zajebistych ludzi. Pewnie jak będziemy mieli dzieci to będą one oglądały cały ten proces przygotowania i startowania i będą się nieźle modelowały. Te „trenujące” rodziny, które poznałam do tej pory mówią właśnie o tym. Dzieciaki widzą, że warto być ambitnym (niekoniecznie chodzi o sport), że aby coś osiągnąć trzeba na to zapracować i nic nie spada z nieba. Na pewno trenowanie wniosło do naszego związku zdrowsze życie. Nie to, że wieczorna lampka wina zaszkodzi ale pojawiła się dieta i generalnie zdrowy tryb życia. Zauważam też, że mniej wyjeżdża na delegacje, bo tam jubel i picie (a rano przecież trening). No i łatwiej jest mu kupić prezent 😉

Szkoda tylko, że to planowanie i porządek nie przekłada się na porządek w domu.

  1. Bo to z kolei jest jeden z kluczowych elementów, który najbardziej mnie wkurza. Wszechogarniający treningowy syf. Wszędzie walające się rzeczy treningowe, rower w salonie, trenażer (po co mieć więcej niż jeden). I ten bałągan nie jest najgorszy – najgorsze jest chyba to, że jest takie oczekiwanie, że ja to sprzątnę. Nie raz zdarzyło mi się wyjmować po kilku dniach mokre rzeczy z plecaka. Pewnie jak będą dzieci to całe ich ogarnianie będzie na mojej głowie, bo albo się będzie zbierał na trening albo wracał z niego i odpoczywał. Na służącą się nie najmowałam więc od czasu do czasu wygarnę i wtedy sytuacja się poprawia. Sorry, ale obowiązki domowe powinny być po połowie. A jemu na razie się chyba wydaje, że czyste ciuchy treningowe do szuflady to chyba tolkienowskie elfy zanoszą. Ale jak robi sok z buraka, to tego syfu przezyć już nie mogę. Kolejna rzecz, która MEGA mnie wkurza to, że poza tri nic nie istnieje. Pójście w gości i wysłanie przed sms: „jak zagadacie o tri – to zabiję” nie pomaga. Bo jak nie zapytają to i tak się pochwali. Czasami już tym rzygam. A już słuchanie jak wspaniały jest ten niebotycznie drogi rower i jak jest on niezbędnie konieczny, to już szczyt szczytów. Słyszałam o przypadku, że koleżanka musiała sama iść na wesele, bo jej mąż miał na drugi dzień zawody. No pojebane to jakieś chyba jest. Rozumiem, że jest coś takiego jak sportcentryzm ale chyba kompromis polega na ustępstwach z obu stron? Odkładanie na wieczne potem zawsze kończy się tak samo – robię to JA, albo nie jest zrobione w ogóle. Czasami patrząc na te przygotowania mam wrażenie, że obserwuję przygotowania do Olimpiady, a nie do zawodów na 1/8 IM. No spina jest taka, że czasami aż jest to śmieszne. O konkretnej godzinie treningi, do 15’ po – posiłek, odmierzana łyżeczką dawka odżywki. No śmiech na sali.
  2. Czasami się zastanawiam co musiałoby się stać, żebym powiedziała ja albo tri i dochodze do wniosku, że chyba czegoś takiego nie ma. Zawsze się jakoś dogadujemy (oczywiście szybciej jak mi się uleje), choć słyszałam o genialnej poradzie psychologa, który poproszony o komentarz powiedział: jak mąż taki wkręcony to żona może powinna zmniejszych swoje oczekiwania. Gdybym spotkała tego „psychologa”, to bym mu chyba w mordę strzeliła. Myślę, że to co nas ratuje, to po prostu miłośc. Ja go kocham na maxa. I wprawdzie gdy to piszę, to myślę, że gdyby pojawiła się jakaś ironwoman, gdyby sport wpływał negatywnie na zdrowie, albo gdybym zobaczyła, że ta szala obowiązków jakoś dramatycznie przesunęła się na moją stronę to wtedy taką alternatywę bym postawiła. No i oczywiście wkurzyłabym się na maksa jeśli nie doceniałby całego MOJEGO zaangażowania w to szaleństwo. No i oczywiście jakby na Hawaje pojechał bez mnie, przestał mnie zauważać albo (uważaj – miałam taki sen), że miałam kryzysową sytuację, a partner poszedł na trening).
  3. Często koleżanki pytają mnie o patent, żeby nie zwariować. To co działa u nas to: dzielenie się obowiązkami (czasami nawet na sztywno – jest umowa). Spędzamy czas tylko we dwoje. Od czasu do czasu nie zrobi treningu, będzie jak dawniej, doceni mój wkład i to co jest super – chodzimy na randki. Zresztą najlepszym patentem jest rozmowa. A czasami napisanie listu. Wtedy oboje rozumiemy, że doszliśmy do granicy i czas zawrócić. Od czasu do czasu patrzę na tę relację z lotu ptaka i zastanawiam się, czy gdybym była z innym partnerem, który miałby dla mnie więcej czasu, to czy rzeczywiście byłabym bardziej szczęśliwa? Dobrym patentem jest też wspólne chodzenie na jogę – dla partnera to sesja rozciągania – dla mnie hobby i czas wyciszenia. To co podoba mi się i spowalnia proces wkurzenia to przede wszystkim docenianie i robienie tego z własnej i nieprzymuszonej woli. Spontaniczne przytulenie i powiedzenie „mój super triathlonowy logistyku i szefowo” roztapiają moje serce. Widzę jaką trudność sprawia mu wypełnianie domowych obowiązków (ale twarda jestem – nie pomagam), nie zapomina o żadnym naszym święcie czy rocznicy. Cenię odpuszczenie treningu – bo ja o to poproszę. Widzę ile to kosztuje, ale tym bardziej to doceniam. Nie powinnam tego pisać, ale jak mrugnę oczkiem to jest na każde moje zawołanie. Widzę, że jest szczęśliwy (nie tylko jak wygrywa), a jak wygrywa to nie tylko kipi szczęściem ale i ja chodzę dumna.

Wydaje mi się, że pomimo tego wszystkiego co napisałam jesteśmy szczęśliwym związkiem. Czasami wkurzamy się na siebie, denerwujemy, ale po zastanowieniu okazuje się, że się chyba kochamy, bo się szanujemy, wspieramy i rozumiemy. Oczywiście ja jako kobieta jestem bardziej wyrozumiała i cierpliwa:)  i częściej idę na kompromis ale taka chyba nasza natura. Po prostu „matkujemy”. Już wiem przez co przeszła mama. 🙂

Twoja córcia

 

Jeśli nie wiecie skąd ten list to kilka słów wyjaśnienia. Otóż na początku 2018r. poprosiłem osoby żyjące z triathlonistami o wypełnienie krótkiej ankiety pod roboczym tytułem: ‚jak nie znieść jaja”. Ankieta zawierała 6 pytań (pogrubione stwierdzenia w liście powyżej) a odpowiedzi „córci” są prawie dosłownymi cytatami z 85 ankiet jakie do mnie spłynęły. Pisały przede wszystkim kobiety ale pisali też mężczyźni. Pisały pary mieszane ale i tej samej płci. Pisały osoby mające i nie mające dzieci, z dłuższym i krótszym stażem w związku. Czytanie tych ankiet było genialnym doświadczeniem. Otwierającym oczy, skłaniającym do przemyśleń a przede wszystkim dającym przestrzeń do dyskusji nad tym tematem. I wiem, ze w wielu z tych 85 domów tak właśnie było. Bardzo dziękuję za to doświadczenie. Ciekawe, czy któryś z triathlonistów odważy się napisać ad vocem 😉

7 Komentarze

  1. pandaniel napisał(a):

    Może moja rodzina jest poje…na, ale moją ukochaną dobija tylko fakt, że w czasie zawodów nie jest w stanie zapanować nad żywiołowym psem i naszą szalejącą pociechą. Nic o treningach, trenażerach, marudzeniach typu „nigdy więcej”, historiach o kupie przed startem, nic o czepkach z napisem irontraithlon piaseczno na basenie, o tym że on bardziej kocha rower niż mnie, i że ważniejszy jest rozmiar obręczy koła niż pierścionek z okazji rocznicy i że on nigdy nie ma czasu.
    To że 10% triatlonistów ma problemy jak wyżej naprawdę nie przekłada się na 90% pozostałych normalnych ludzi lubiących nachlać się co tydzień lub dwa, zjeść 3x w tygodniu parówki na śniadanie i bułkę z serem i majonezem na kolację o 23.
    Jeżeli rodzina cierpi tzn. że albo jesteś zawodowcem albo się do tego nie nadajesz.

  2. Krzysztof napisał(a):

    Uhh… Mocne. Jak to dobrze, że nie mam czasu i roweru aby zostać triatlonistą.

  3. pawel napisał(a):

    Pokazałem to mojej dziewczynie i się zaśmiała, bo tak wyglądały nasze początki z przygodą z triathlonem. A nawet nie wyglądały, ale ona je tak widziała. Wystarczyło kilka kompromisów, nie jestem beneficjentem naszego związku, który ma darmową „pomoc treningową”. Największym problemem był czas, który ja poświęcałem na trening, regenerację, inne okołotreningowe, a ona wtedy nie miała co ze sobą zrobić. We dwójkę jednak pracowaliśmy nad tą zmianą, okazało się że otworzyło to pole do realizowania pasji również przez drugą osobę. Efektywniej wykorzystujemy czas który spędzamy razem, dzielimy się radością z naszych hobby.

    Każdy ma swoje za uszami, ale skupiajmy się na tym co dobre w triathlonach i innych hobby/zajęciach/pasjach, zamiast na rozpamiętywaniu że kiedyś było inaczej (lepiej?). Po prostu bronimy się przed zmianą, a może trzeba ją trochę inaczej ukierunkować i każda strona będzie szczęśliwa 🙂

  4. Kubuś napisał(a):

    Dajesz Bolek dajesz bo Ci pierdykal ramę zabierze!

  5. Tomeczek napisał(a):

    Dużo prawdy w napisanej historii.
    Wszystko idzie ogarnąć ale prawdziwy cyrk zaczyna się jak Twoje dziecko zaczyna dorównywać Tobie.
    Moja córka Daria idzie na basen, ja też idę na basen bo przecież muszę zrobić trening pod triathlon ( zresztą ona ma już za sobą kilka zawodów triathlonowych). Idę biegać, Daria też idzie biegać bo musi przygotować się do zawodów biegowych. I tak się nakręcamy. Nie ma między nami rywalizacji, jest wymiana zdobytych doświadczeń, wspólne zawody, wspólny sprzęt. Żonka nam kibicuje ponieważ wakacje to też często gęsto zawody.
    Już nie ma jednej suszarki w domu, są już dwie. Pralka prawie chodzi na okrągło.
    I tak dzień za dniem wszystko się kręci.
    I nagle……. na świat przychodzi Nasza druga córka Pola.
    Po kilku miesiącach okazuje się, że jest chora na bardzo rzadką nieuleczalną chorobę genetyczna Hiperglicynemię Nieketotyczną.
    Wszystko się pomieszało: dzień z nocą, dobro ze złem, piekło z niebem.
    Pola żyje i dla niej wszystko jesteśmy wstanie zrobić.
    Mnie i Darię nadal kręci triathlon i ultramaraton, żonka zaczęła chodzić do klubu fitness.
    Codzienny Grafik zajęć jest teraz bardzo napięty.
    Oprócz czasu na treningi musimy znaleźć czas dla siebie, dla Poli.
    Doba podobno ma 24 godziny ale w Naszej rodzinie to chyba jest jakoś inaczej. Umiemy dogadać się między sobą co do treningów, umiemy dogadać się co do sprawowania opieki nad Polą ponieważ nie może ona zostawać sama w domu.
    To wszystko jakoś funkcjonuje ale chyba dlatego, że rozumiemy swoje potrzeby i jesteśmy dla siebie wyrozumiali.
    Wszystko można przetrwać tylko tak jak podczas zawodów sportowych trzeba wiedzieć kiedy odpuścić a kiedy zaatakować.
    Pozdrawiam Tomeczek.

    • mkon napisał(a):

      Tomek SZACUN. Dopiero po przeczytaniu TAKIEGO maila człowiek uświadamia sobie jak ma łatwo. Wrzuciłem też jego kopię (bez twojego maila) na MKON’a na FB. Podaj mi swój adres korespondencyjny (domowy) – prześlij na mkon@cso.pl – wyślę coś Darii 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *