czego nauczyło mnie 16 miesięcy biegania
4 listopada 2019
zając obserwujący
27 listopada 2019
Pokaż wszystkie

Właściwie nie czytam relacji z wyścigów, sam też nie uważam, żeby były one jakoś specjalnie zajmujące. Jednak z zawodów na zawody nabieram coraz większego doświadczenia taktycznego. I może kiedyś się nauczę. O tym doświadczeniu teraz.

Plan na 31 Bieg Niepodległości był taki, aby maksymalnie wykorzystać kompensację. Po 4 dniach pomaratońskiego „nicnierobienia” (poza jednym 45’ rowerem) zacząłem biegać i to od razu normalnie. Żadnego zwalniania, trzymania wolniejszego tempa czy coś w podobie. Zresztą mając w pamięci moje kwietniowe roztrenowanie nie za bardzo chcę (nawet tej zimy) schodzić z prędkości wybiegań. Przyzwyczaiłem się do biegania po 4:30/km i mam nadzieję, że tak zostanie. W końcu marcowy półmaraton staje się startem A I części sezonu. Choć już pierwszy i ostatni trening akcentowy (3/2/1 zamiast 2x3km po 3:10) przed tym startem okazał się zbyt wyczerpujący. Albo maraton jeszcze trzymał, albo wiara mojego trenera jednak zbyt wielka.

Dlatego do biegu przystąpiłem właściwie bez planu. Właściwie, bo na Instagramie zostałem zaczepiony i zaproszony przez Bartka do biegu w grupie na sub 33’.

Jak się okazało, „zaproszony” byłem też przez organizatorów, więc jak się pojawiłem w poniedziałek o 7 rano odebrać numer, to zdziwiony skonstatowałem, ze nie ma mnie na normalnej liście opłaconych „po bożemu”. Dostałem numer ze swoim rokiem urodzenia! Naprawdę szacun!

Wiele dobrego słyszałem o samej imprezie. Potwierdzam. Trasa banalna, szybka, sporo osób biegnących w zacnym tempie – jest szansa biec w grupie. Słabo wyglądało masowe przeskakiwanie przez barierki tuż przed startem. Jeśli jest opcja wejścia „z boku” zrobiłbym furtkę dla „elity i znajomych króliczka”. Inaczej to szkoda jajek, bo aż mnie moje bolały jak widziałem co wyprawiają niektórzy Panowie.

Start w masie. Biegło nas jednym tempem pewnie z 30 osób. Potem się ta grupa rozciągnęła i mając Bartka Olszewskiego za przewodnika biegliśmy spokojnie pierwsze 1,5km. Od początku przekręciłem zegarek na wewnętrzną stronę ręki. Nie chciałem śledzić, monitorować. Albo biegnę z grupą, albo na gps. Zresztą już tyle razy ten GPS mnie oszukiwał…. A biegnąć w dużej grupie on dodatkowo wariuje. Nie patrzyłem w każdym razie. Bartek, który mnie zaprosił wystrzelił z przodu, więc mając do wyboru czoło grupy czy drugiego Bartka (Olszewskiego) przebiłem się na przód. Trochę tłoczno, trochę szarpanym tempem, dobiegliśmy do wiaduktu przy dworcu. Z tymi podbiegami i zbiegami jakoś u mnie nie jest dobrze. Na podbiegu wszystkich wyprzedzam, na zbiegu wszyscy wyprzedzają mnie. Podobnie było tutaj. Ale wtedy byłem już w 2 rzędzie. I wtedy też podjąłem decyzję, że biegnę w trupa. Serio. Wynik w okolicach 33’ to taki wynik ni w kij ni w oko. Jeśli miałem się sprawdzić na koniec to trzeba było zaryzykować. Po drodze jeszcze usłyszałem kibicującego INNYM Krasusa, który nie rozpoznał mnie w grupie (mnie, swojego sMentora!). Mając przed sobą nawrót postanowiłem potraktować go triathlonowo. Czyli zamiast szerokiego, łagodnego dla nóg łuku, jak najbliżej wewnętrznej krawędzi i prawie z zatrzymania… Wyszedłem z niego mając 3-4 metry przewagi. I zacząłem cisnąć. I tutaj kolejna taktyczna nauczka. Wybór pomiędzy biegnięciem swojego (pod lekki wiatr) czy poczekania na grupę, której uciekłem. Wybrałem poczekanie. Akurat dobiegliśmy do Krasusa, który tym razem „zwyzywał mnie” od emerytów. 6-7 km to już mocne zmęczenie. I kolejny wiadukt, i kolejna zagwozdka. Jak go pobiec? Biegnie nas czterech. Jeśli pobiegnę swoje to znowu Panów wyprzedzę, a oni mi odbiegną na zbiegu. Jeśli pobiegnę z nimi to pewnie będzie luz na podbiegu, ale jeszcze dalej mi odbiegną na zbiegu. Wybrałem to drugie. I, wiem, że to nie do uwierzenia, ale  subiektywnie, na podbiegu odpoczywałem. Te 80 metrów wydały mi się truchtaniem. Ale nawet TP mówi, ze zaczynaliśmy go po 3:20 a kończyliśmy po 3:29. No spacer. I to był dobry wybór. Bo ostatnie 2km to już rzeźnia. Wprawdzie złapałem Panów na rondzie ONZ, ale nie było już biegu w grupie. Boczny wiatr, lekko zasłaniające nas przed nim wieżowce, potem ostatnie 800 z górki. Każdy bieg swoje. Mocna praca rąk, tradycyjne odliczanie od 40 (na treningach po każdych 40 oddechach patrzę na średnie tempo odcinka). Ktoś tam krzyczy i dopinguje, ja słabo słyszę, ale za to świadomie żałuję tego dodatkowego „roztrenowaniowanego” kilograma na dupie. W końcu wpadam na metę i naprawdę mam fulla. Myślę, ze ostatnie 2km to 10/10 wyścigu. Za to taktycznie 5/5. Wiem, ze jest dobrze, ale ile nabiegałem patrzę dopiero na 2km rozbiegania. 16.11 na 5km to moja życiówka ;). Tak jak 32.34 (netto) jest moim najlepszym czasem na 10km.

Nie wiem ile miałem „za młodego” bo nie mogę dobić się do orgów z Grudziądza, żeby sprawdzili wyniki z 94 albo 95 roku. Na pewno nie było szybciej niż 32. Myślę sobie, że kompensacja kompensacją, ale nareszcie wróciłem do biegania „bez głowy”. Bez kombinowania, bez stresu (też specyfika wyścigu), z wiarą, że można pobiec szybko. Właściwie jedynym lękiem jaki mam/miałem to, żeby nie zbyt mocno bolało na powrocie. Ale przecież lubię to J, a 10km to krótki wyścig.

A ja teraz wycinam sobie ostatnie 4km i wrzucam jako swój wynik do Triathlonu Korespondencyjnego za listopad 😉

8 Komentarze

  1. janina porazińska pisze:

    w myśl staropolskiego, kolarskiego porzekadła „Kogo noga w jesień swędzi, ten o „czwartym” tylko ględzi”
    komu żyłka w wieku średnim z tyłka z wysiłku wychodzi ,
    tego czwarte nic a nic nie obchodzi,
    jak go całymi dniami nie ma ni ciałem ni duchem,
    cieszy się żona że nie pierdzi jej nad uchem,
    Tak to niestety jest w okolicach pięćdziesiątki,
    Kiedy sieczka w mózgu ma swoje początki,
    Starcze swe na siłę przed innymi pręży ciało,
    Babciu daj mi lajka bo ciągle mi mało!

    • Migel pisze:

      W myśl starego japońskiego porzekadła: Sieczkę w mózgu to mają stare zawistne baby, które nie powinny się wypowiadać na tematy których nie rozumieją (mózgu nie mają wiec nie dziwota). Ukłony.

      • Fefe pisze:

        Skąd tyle hejtu w nas?

        • Migel pisze:

          Raczej skąd w Nas tyle niezrozumienia. Jak ktoś się spełnia w sporcie po 40stce to od razu trzeba przykleić mu łatkę próżności, egoizmu i nie wiem co jeszcze. Mierzymy innych swoją miarą i pewnych rzeczy których nie rozumiemy, nie czujemy zaczynamy krytykować i wyszydzać. Może i mnie trochę poniosło ale niech ta sfrustrowana „poetka” zajmie się naprawianiem swojego życia. Wchodzisz na bloga faceta który robi naprawdę świetne rzeczy, inspiruje innych i natykasz się na takie coś (i jak mnie pamięć nie myli było już kilka w podobnym tonie komentarzy). Naprawianiem świata zacznijmy od siebie. Pozdrawiam pełen ciepła i miłości do bliźniego.

        • mkon pisze:

          relax i pax 😉

        • mkon pisze:

          z lustra? taki pasywny komentarzyk strzelam 😉 bo naprawdę nie kumam twojego poprzedniego.

  2. Mateusz pisze:

    Doskonały czas! Serdeczne gratulacje!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *