Definiowanie obaw jako alternatywa do stawiania celów
21 czerwca 2019
Tri Made In Poland czyli podsumowanie Bydgoszczy
8 lipca 2019
Pokaż wszystkie

fot. sportografia

Cześć Mkon

Od dwóch lat trenuje z trenerem i oczywiście daje z siebie wszystko jestem bardzo ambitny i chce trenować jak najmocniej aby mieć coraz lepsze wyniki. Jak tylko zacząłem trenować to już chciałem stawać na podium oczywiście mocno się zdziwiłem jak silna jest konkurencja i teraz wiem, że to nie jest takie proste. Ale czym trudniej tym też lepiej. Regularnie wyniki mi się poprawiają i robię się coraz szybszy ale prawda jest taka, że jeszcze kilka ładnych lat przede mną aby mieć naprawdę zadowalające wyniki i nie ma co sie oszukiwać prosem nigdy nie będę i światowej sławy triathlonistom też nie będę a chciał bym być.  Do tej myśli od kilku miesięcy dochodzę, że konkurencja jest bardzo silna chłopaki trenują wiele lat i nie ma siły żebym w dwa czy cztery lata ich dogonił.

I jak tu nie tracić motywacji do trenowania jeśli wiem, że przez najbliższy czas nie stanę na podium?

Kolejna rzecz jest taka, że mam dziecko w drodze (termin na grudzień) jeszcze buduje dom. czuje ogromną presje, że muszę wszystko ogarnąć i tak połączyć kropi aby wszystko wyszło dobrze.  Dobrze wiem, że będę musiał ograniczyć starty i pewnie trochę treningi. Żona oczywiście wie, że muszę trenować, Ona czuje że trenowanie sprawia mi ogromna przyjemność. Ale moje ambicje nie pozwalają mi trenować z myślą, że i tak będę przeciętny. Jak to ogarnąć? Jak znaleźć inne cele, które będą mnie motywować do treningów?

 

Chciałbym tym felietonem opisać moją rozmowę z Adamem, bo do rozmowy doszło. Jadę ze szkolenia, nie mam ciekawego audiobooka, to lepiej pogadać niż pisać na Messengerze czy odpisywać na maila. Pokazując koniec „interwencji”, Adam powiedział: „nie wiedziałem, że to takie proste jest. Już wiem jak mam działać”. No to ja mówię: „sMentor QWA”!

Ale od początku. Adam pisze o dwóch zupełnie różnych sprawach. Zaczynając od pierwszej, poprosiłem go o dogłębne zidentyfikowanie tej potrzeby „wygrywania”. No, bo jeśli CHCĘ STANĄĆ NA PODIUM jest tak krytyczne, to przy takiej ilości zawodów najprostszą kwestią będzie poszukać takich, których stosunek wysiłku do wyniku będzie najbardziej korzystny. Z przykrością stwierdzam (chociaż nie potrafię zidentyfikować powodów tego żalu), że podium w kategorii wiekowej się deprecjonuje z uwagi na ilość osób startujących. Nie chcę podawać przykładów, ale jeśli na dystansie u organizatora A startuje zawodników XX (specjalnie podaję dwucyfrowy przykład), to szansa na zajęcie miejsca na podium w kategorii wiekowej wzrasta niemożebnie. Może, jeśli to rzeczywista potrzeba, należy zrobić taki program, który na podstawie danych historycznych i aktualnych zapisów wyliczać będzie prawdopodobieństwo zajęcia miejsca na podium. Taki „podiumomat”. W nim wpisujesz swój deklarowany wynik, wpisujesz datę zawodów i booom, – program mówi: szansa na podium wynosi 90% 😉

Ale jak pogrzebaliśmy palcem w ranie, to okazało się – na szczęście! – że nie o podium tu chodzi. Ja generalnie uważam, że przede wszystkim chodzi o ściganie się z samym sobą i czasem, a nie o medale i puchary. To trochę tak, jak z finansową motywacją. Jeśli jesteś nastawiony na pieniądze, to często ich nie ma. A jak traktujesz je jako owoc swojej pracy (rezultat), to są. Podobnie tutaj. Adam powinien myśleć o celu związanym z czasem/formą, bo to da mu (albo nie da) miejsce na podium. Ale jeśli miejsca na podium nie da, to przynajmniej zrealizuje swój cel podstawowy. Przykład: jakbym ja rozpisywał sobie cele na dany rok, to patrząc na swoje siły, wolałbym określić:  (a) łamię 2:30 w maratonie niż (b) jestem pierwszy w kategorii wiekowej na MP w maratonie. A jest dla mnie ważniejsze niż B. Poza tym istnieje duże prawdopodobieństwo, że realizacja A da również B. A jeśli zrealizuję A, a B mi nie wyjdzie, to z uwagi na wagę celów i tak chyba będę zadowolony, prawda? Nie za skomplikowanie? Logikę miałem dawno – na pierwszym roku studiów 😉

Teraz temat ważniejszy/trudniejszy. Jak to jest z tymi możliwościami. Adam pisze o żonie, ciąży, budowie domu. Na szczęście już po kilku zdaniach usłyszałem wyraźnie: to są sprawy ważniejsze niż moje trenowanie (uff). Gadaliśmy więc o alternatywie, a nie musiałem go przekonywać, że jednak oglądanie pierwszych kroków dzieciaka jest ważniejsze niż start w Ironmanie 😉

Tutaj piłka była krótka. Najpierw problem makro. Znowu, jak poanalizowaliśmy przyczynę tych „lęków”, to okazało się, ze Adam, jak większość Polaków (tak, uważam, że to kwestia bardzo charakterystyczna dla naszej kultury) patrzy na zagadnienie zero – jedynkowo. Czarne lub białe. Albo jestem w 100% zawodnikiem albo tatusiem, który obrasta tłuszczem i siedzi z browarem na kanapie, dając noworodkowi od czasu do czasu łyka, żeby spał spokojnie i nie przeszkadzał w netfliksowaniu (żaaart taki). Według mnie (#mkonway) zapominamy, że między nie trenuję a trenuję na maksa jest suwak, który możemy przesuwać po szarym polu.

I te ograniczniki mogą być różne. Sytuacja życiowa (przede wszystkim i najczęściej), zdrowie, pieniądze, możliwości. O każdej z nich poniżej.

Rodzi się dziecko, żona wymaga pomocy – oczywistą oczywistością (cytując klasyka) jest to, że kończy się czas na trenowanie po 20 godzin w tygodniu. Mamy tyle, ile dadzą nam okoliczności przyrody. Macie 7 godzin/tydzień. Co robicie? Jeśli tri (bo tak jesteście zakochani w tej dyscyplinie), wyboru za bardzo nie ma. Sprint, 1/8, ale na maksa. Jeśli nie tri? Pływanie? Bieganie – opcji jest masa. Jest jednak wspólny mianownik tych wyborów. Cel musi być ustawiony na maksa (o tym dalej).

Zdrowie szwankuje? Proszę bardzo: chyba najbardziej klasyczny przykład z zeszłego roku – zepsuła mi się noga do biegania – natychmiast włączyłem treningi rowerowe. Nie ma nogi do roweru – pewnie natychmiast przeformatowałbym sobie cele w taki sposób, aby polepszyć się na pływaniu na maksa – czyli przesuwamy suwaczek w polu możliwości.

Kolejny przykład: możliwości. Emil Wydarty jak jest na statku, to nie pływa (wiem, jak to brzmi). Ale co robią z trenerem Waniewskim. Nak#rwiają gumami tyle, że po powrocie, wystarczy, że wskoczy na kilka treningów na basen i voila – okolice 6’/400 zrobione. To naprawdę technicznie nie jest trudne. Wystarczy wyjść z tej zaklętej osi 0 – 100. A właściwie nie tyle wyjść, ale uświadomić sobie, zę między 0 a 100 jest cała masa stanów pośrednich. To jest ten suwak. A jeśli używamy metafory suwaka, to ustawiamy go zawsze na maksa. W tym szarym polu, czyli, jeśli: zdrowie, możliwości, okoliczności przyrody, obowiązki, nie pozwalają ci realizować celu marzenie, to go modyfikujesz do możliwości, ustawiając go na poziomie średnio trudnym. Z Adamem mówiliśmy o 7h. Być może oznaczać to będzie tylko sprint. Być może oznaczać to będzie tylko pływanie, może tylko bieganie. W każdym z powyższych przypadków cel powinien być mega ambitny. Bo zapewniam Was, że mając tyle czasu, można zrobić piękne rzeczy. Na przykład ja, mając takie możliwości trenowania, jakie czekają Adama, zdecydowałbym się na bieganie z celem docelowym – złamanie 16’/5km. Możliwości – są, cel ambitny – także. Albo walczyłbym o 5:30/400m w pływaniu. Nie ma co jednak gadać o cyferkach, bo tutaj każdy powinien wstawić swoje. Najważniejsze jest to, aby ten suwak nauczyć się przesuwać. A nie tylko przeskakiwać z jednej skrajności w drugą.

Komentarze są wyłączone.