Pareto w treningu TRI
15 czerwca 2017
Z cyklu: #janusztriathlonu trenuje
24 czerwca 2017
Pokaż wszystkie

Dzisiaj trochę o pokręconej naturze, a właściwie rzecz biorąc o mojej naturze. Bardzo lubię trenować. Niektórzy nazywają to uzależnieniem – ja nazywam pasją. I właśnie o pewnym wymiarze tej pasji dzisiaj będzie. Stawiałem tę tezę już wielokrotnie: w sporcie wytrzymałościowym nie liczy się talent. Albo inaczej – talent to zdolność do uczciwej pracy. Czyli nie oszukiwanie siebie, trenera, ani innych dookoła. I realizacja planu stosownie do pomysłu jego autora. A, że w 2017 już kilka razy miałem do czynienia z TYM pomysłem, to właśnie teraz chciałem się z Wami NIM podzielić. Co to jest? Otóż jest to zwiększające się obciążenie podczas jednego treningu Tak skokowo. W treningu biegowym jest to np. BNP – czyli bieg z narastającą prędkością, w treningu pływackim są to pływane coraz szybciej odcinki. Na rowerze – podobnie. Najpierw walisz zamulający cię odcinek, a potem ciśniesz coś, co jest nieporównywalnie szybsze/mocniejsze, z wyższym tętnem. I nie o metodyce tego treningu dzisiaj będzie. O to oczywiście można spytać Tomka Kowalskiego. Raczej chciałbym podzielić się z Państwem tym, jak ja to odbieram i jakie z tego płyną korzyści dla startu (zawodów).

Za moich zawodniczych czasów nie biegało się biegów z narastającą prędkością, więc jest to dla mnie jednostka nieznana, a co nieznane to złe (z założenia). Trudno jest takiego „tradycjonalistę” jak ja przekonać do nowego sposobu trenowania ale jakoś na razie to wychodzi. Wyobraźmy sobie taką oto drabinkę (nie jest to trening Tomka): 3 h roweru, w tym akcent trwający 90’ gdzie co 15’ tętno ma skoczyć o 5-7 uderzeń. Albo robiony przeze mnie ostatnio pływacki: 30 x 50, z czego pierwsze 10 umiarkowanie, drugie mocno, a trzecie na maksa. Albo jeszcze inny – zakładkowy: 2 h roweru z mocnymi 30” przyspieszeniami, a potem na wyczucie BC2. Zwykle do tego kolejnego odcinka podchodzi się jak pies do jeża. Ja jednak odkryłem pewien sposób wizualizacji, który powoduje, że tą ostatnią (najmocniejszą) cześć akcentu traktuję jak… „zawody”. Czyli tutaj wszystkie ręce na podkład. Idziemy na maksa i nie martwimy się do będzie dalej. I może brzmi to idiotycznie, ale nawet jeśli przed (patrz trening pływacki – drugie 10 x 50) jest już ciężko, to tej trzeciej części po prostu nie mogę się doczekać. Mocniejszy odcinek przede mną – z czego się cieszyć. Ale ja się cieszę. Bo po raz kolejny jest co sobie udowadniać. Że mogę (i zmogę :))

pojeżdżone – teraz czas pobiegać 🙂

 

Oczywiście mój trener cwaniakuje wyznaczając zakresy tempa, bo wie, że moja ambitna i przekorna dusza „lubię-trenowacza” zawsze wyznaczy sobie albo górny zakres, albo po prostu zawiesi wysoko poprzeczkę. Przykład: na samopoczucie zawsze oznacza dla mnie tyle samo albo szybciej niż ostatnio. Zakres mocy na rowerze – zawsze wybieram ten wyższy. Dlaczego? Bo uważam, że po to się trenuje, aby zrobić górkę. Żeby na zawodach było lżej. I mimo, że preferuję stałe tempo (podczas startu), to coraz więcej przyjemności mam „ze schodów” wysiłku jaki zdarza się podczas treningu.

Jaki to ma wpływ na zawody? Już dawno na rowerze przestałem myśleć o biegu. Pływaniem to się właściwie kompletnie nie przejmuję. Obce jest mi poczucie – zajechać się na pływaniu. Jest przereklamowane, a ja nie jadę potem w grupie, więc jak będzie mi ciężko – po prostu złapię wolniejsze nogi. Jadę swoje i za każdym razem nie mogę doczekać się biegu. Nie dlatego, ze najłatwiej – dlatego, że zastanawiam się ile ubiegnę. Podczas tego weekendu namawiałem przyjaciela, który nie potrafi uwierzyć w swoje mocne bieganie, aby zaeksperymentował. Pojechał mocno (jak na niego rower) i mając do przebiegnięcia jeszcze 21 km przebiegł na maksa 15. A potem jak Bóg da. Nie udało się, bo już na rowerze było słabo ale uważam, że to jest metoda. Nie tylko żeby trochę siebie oszukać, ale również, żeby omamić konkurentów (jeśli biegniecie na miejsce). Pamiętam jak Darek Sidor motywował mnie przed pierwszym Karkonoszmanem: pamiętaj – jeśli będziecie biegli razem (z konkurentem) to pierwsze 300 m tego bardzo ostrego podbiegu  na Odrodzenie MUSISZ pobiec. Za zakrętem jest już łagodniej – ale ludzie tego nie wiedzą. Nie wytrzymają tych 300 i odpadną – potem odpoczniesz. I tak zrobiłem. Wprawdzie biegłem tam sam i wprawdzie podbiegłem całość 🙂 ale nauka w głowie została.

1 Komentarz

  1. Cichecki napisał(a):

    końbinuj dalej… już czekam na następną książkę! 😆

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *