jestę mistrzę
12 października 2018
Dziesięciodniówki MKONa
1 listopada 2018
Pokaż wszystkie

kolega Żywek strasznie skoncentrowany był…

Wczoraj zostałem zaproszony przez Maćka Żywka z TRIPOWER Podcast do omówienia na gorąco mojego startu we Frankfurcie. I po raz kolejny zdałem sobie sprawę, jak wiele można przenieść ze świata biznesu i szkoleń, które prowadzę, do świata sportu (a może nawet odwrotnie). Zacznijmy od szkolenia, bo na szkoleniu (tego samego dnia) wywiązała się między uczestnikami ciekawa dyskusja, czy liczy się tylko wynik, czy należy doceniać także effort. Najlepszym słowem, które będzie tłumaczyło tu ten „effort” jest chyba „staranie się”, a w szerokim rozumieniu „wysiłek, jaki włożyłem w osiągnięcie wyniku”.

Zaobserwowałem bowiem w tym temacie dwie ścierające się szkoły. Pierwsza, w której liczą się dwie skrajne wariacje dotyczące wyniku końcowego, tj. świetnie, kiedy go osiągniemy; słabo, jeżeli nam do niego zabrakło. I druga, w której przy nieosiągnięciu wyniku warto docenić wysiłek, co w konsekwencji może zmobilizować pracownika do poszukiwania motywacji przy kolejnym wyzwaniu. Będąc jednak osobą „zimnego chowu”, realizacja celu jest dla mnie czymś podstawowym. Naturalnym zatem było, że zająłem stanowisko związane z postawą głoszoną przez szkołę pierwszą. Broniąc go zaciekle, korzystałem z koronnego argumentu: „na koniec dnia udziałowcy rozliczają cię z excela, a nie z ‘effortu’”…

pierwszy maraton, gdzie pożarłem 2 żele. I nie którzy twierdzą, ze za mało

Niemniej, jakże przewrotnie, omawiając niedzielny start, reprezentowałem tę druga szkołę ☺. Przyznam szczerze, był to mój najlepszy start maratoński ever. W całości kontrolowany pod względem taktyki, pierwszy raz w takim gronie biegaczy (de facto w grupie), świetnie przygotowany pod względem rozgrzewki, spraw przedstartowych etc. Ale tym razem nie pykło. Skąd więc to zadowolenie? Podczas nagrywania podcastu uświadomiłem sobie, że są 3 przyczyny mojego zadowolenia z niezadowalającego wyniku.

  1. Zeszło ze mnie powietrze, czyli dystans do wyniku. Przypominam sobie wymianę zdań z Grześkiem Pilarzem po nieudanym meczu Polska – Argentyna podczas ostatnich MŚ. Grzesiek w wiadomości na FB napisał: „Marcin ja tyle razy przegrałem, że po prostu wiem, że nie zawsze się wygrywa”. Podobnie miałem przed tym maratonem. Nie, że się nie mobilizowałem albo nie chciałem zrealizować wyniku. Chciałem. Dzień przed nie mogłem się doczekać startu. Ale jednocześnie wiedziałem też, że jeśli nie wyjdzie, to świat się nie zawali. Po prostu będę cisnął dalej. Żadnej załamki. Daje to niesamowity komfort psychiczny. Porównując do startu sprzed 2 lat, kiedy to miałem nerwobóle ze zdenerwowania, w niedzielę miała miejsce zupełnie inna sytuacja. Ten luz mógł wynikać też trochę z przeświadczenia, że może jednak 2:30 jest lekko ponad moje siły, ale 2:32 już nie. Oczywiście czułem się lekko niedotrenowany i brakowało mi kilku treningów specjalistycznych, jakie zrobiłem choćby w przygotowaniu wiosennym.
  2. To z kolei prowadzi nas do drugiego wniosku: wiemy, co nie pykło i wiemy, jak to naprawić. Dużym zaskoczeniem podczas wczorajszego podcastu była obecność Tomka Kowalskiego. Miałem pogadać z nim osobno, a tutaj proszę, Żywson z zaskoczenia, przed mikrofonem doprowadza do sytuacji, w której na gorąco pierwsze refleksje na linii trener – zawodnik odbywają się właściwie na forum publicznym. Niemniej warto tu podkreślić, że moja relacja z Tomkiem, a właściwie zaufanie do jego metod treningowych jest tak wielkie, jak moja gotowość do dawania mu feedbacku. Poleciały więc w eter informacje o tym, czego mi zabrakło, a co było super na etapie przygotowań. Generalnie, będąc jedynym tak sfocusowanym maratończykiem w grupie triathlonowej Trinergy (teraz dochodzi jeszcze Piotr Maj), Tomek może mieć ze mną wyzwanie, które łączy się z koniecznością szukania spersonalizowanych metod treningowych. Jakby nie było mamy już za sobą 2 próby (2016 to jednak przede wszystkim trening Piotrka Rostkowskiego), a ja mam poczucie, że do 3 razy sztuka. Ewidentnie zabrakło mi w tym roku treningów typu 2x10km po 35’, a także większej ilości podbiegów. No, i biegów w tempie maratońskim dłuższych niż 12-14km. Poznając zamysł trenera (tłumaczył mi dlaczego biegamy 200tki po 31’ a 400 po 1:08), kumałem „czaczę”. Ale tym razem nie pykło. Rozliczać gościa? Przyjmując szkołę „liczy się tylko wynik”, jak najbardziej tak. Tylko, jakby nie złapał mnie skurcz na 36 km i nie musiałbym się zatrzymać, to pewnie nabiegałbym te 2:32. A to już jest zupełnie inny obraz wydarzenia. Zatem nie mam zamiaru nikogo rozliczać. Bardziej zależy mi na podsunięciu kilka wskazówek, które według mnie zadziałają. Bo (i tutaj powód #3) liczy się zarówno perspektywa, jak też i… fun.
  3. Chcę zostać mistrzem świata w 2022r. To jest cel „uber alles”. Chcę też złamać 2:30 w maratonie. To jest cel drugi w hierarchii ważności. Ale zdaję sobie doskonale sprawę, że, aby to osiągnąć, nie mogę robić ciągle tego samego. Już Darek Sidor w roku 2012 pokazał mi, że jeśli chcę być szybszym na ½ (był to przeskok z życiówki na poziomie 4:19 na 4:08), to muszę odpuścić tłuczenie dystansu IM na rzecz ¼ oraz trochę innego rodzaju treningu. I mam poczucie, że w tym roku trochę tego spróbowaliśmy z Tomkiem. Zgadzam się z jego stwierdzeniem, że organizm przyzwyczaja się do bodźców i one nie zawsze działają tak, jak mają działać. Zatem skoro nie kijem, to pałką. Mając w perspektywie wrzesień 2019, kiedy to trzeba będzie pobiec 21km w tempie sub 1:20, mając też w pamięci (nie tylko mięśniowej), to co robiłem w tym roku nie wydaje mi się to szczególnie trudne. Biegając trening typu 3x4km po sub 4:20km, nagle otwiera mi się w głowie myśl: „pobiegnę tak całe 10km, a może i półmaraton” Czemu nie? Trening do Frankfurtu wiele mi zmienił w głowie. A właściwie nieźle mi ją rozciągnął. Pokazał mi też deficyty. Wiem, że nie mogę liczyć wyłącznie na ocieplenie klimatu, jeśli chcę solidnie przygotować się do maratonu wiosennego. Trzeba będzie wobec tego wybrać się w ciepłe rejony. Wiem też, że muszą pojawić się te treningi, których trochę mi zabrakło w letniej rozpisce. Wiem również, jakim debilem byłem, nie wykorzystując do tej pory dużych imprez, aby nabiegać satysfakcjonujący mnie wynik. No, i najważniejsze, nikt poza mną nie wie ile pozytywnego motywacyjnie zrobiła mi „przegrana” we Frankfurcie.

Wnioski i podsumowanie.

Cel nie został osiągnięty i nie ma żadnego ALE. Jest za to dużo wniosków i lekcji, które chcę wykorzystać w kolejnej próbie. Przede mną dylemat, czy 2019 to rok biegania czy triathlonowania. Motywacyjnie jestem w sztosie, co do formy – się wypracuje. Oby tylko była słaba zima i zdrowie 😉

Posłowie: Ania, koleżanka, która pewnego dnia napisała do mnie: MKON piszesz tak przeuroczo beznadziejnie, że zgłaszam się jako wolontariusz do edycji każdego twojego felietonu. Edytując ten napisała: 

Wiesz, ja Ci bardzo gratuluję tego wyniku i w ogóle udziału w tym właśnie maratonie. Zgodnie z Twoimi zapisami o szkołach, ja chyba reprezentuję szkołę trzecią, umiarkowaną. Taką, która poza suchym wynikiem i surowym wkładem bierze również pod uwagę okoliczności związane z otoczeniem. W końcu nie żyjemy w próżni i zawsze wpływ mają na nas czynniki, które bezpośrednio nie zależą od naszej siły woli czy nawet siły mięśni. Coś zawsze jest czegoś pochodną. A Ty w niedzielę tak naprawdę wygrałeś nie tyle co ze sobą, ale okolicznościami przyrody i pobiegłeś najlepiej, najszybciej, najzwinniej i najmądrzej. Gratulacje!”

Bardzo miło mi się zrobiło. Ale najbardziej przerażające wydaje mi się to, że można w to uwierzyć. W to, ze warunki tak wpłynęły na performance, że to ich wina. Pewnie trochę tak (było wietrzno i zimno), ale ci, którzy byli przede mną mieli takie same warunki. A z ręką na sercu ani przez chwilę nie było mi zimno ani nie czułem aby ten wiatr przeszkadzał.

2 Komentarze

  1. MaSta napisał(a):

    Przeczytałem. Słucham podcastu. Dużo mam czasu, to słucham i czytam. Pytanie czy chwalimy za wynik czy za effort to mój „zawodowy konik”. Zawodowo więc powiem, że wszystko zależy bo i chwalenie za wynik i za zaangażowanie może być motywujące do osiągania ponadstandardowych rezultatów, gdy dobrze i indywidualnie dobrane i dopasowane do, często nieuświadomionych, preferencji osobowościowych i całkowicie destruktywne i przeciwproduktywne gdy dobrane źle. Chcesz o tym pogadać z kolegą po fachu – zapraszam na kawę, możesz przywieźć swoją kolę – kawę tą najlepszą, mam. To po pierwsze primo, po drugie secundo jak ważny jest sam rezultat tu i teraz? Zwykłem sądzić, że zwycięstwo jest starszą siostrą porażki. Sam o tym mówisz gdy opowiadasz o kryzysie motywacyjnym po wygranej w Konie :). Trzymam kciuki za te 2:30, cieszę się przy tym że doceniasz ja dużo już zrobiłeś, fajnie że widzisz obszary do poprawy ale jeszcze fajniejsze jest, że wiesz co działa i co chcesz powtórzyć.

    Z córką zawsze podsumowujemy zawody tylko w jeden sposób, ona ma wiedzieć co chce powtórzyć na następnych zawodach, co jej szczególnie wyszło, czego się nauczyła. Co ma poprawić to ma wiedzieć trener. Jaki z niej byłem dumny, gdy po ostatnich zawodach powiedziała: 1. Super mi wyszło to, że gdy bardzo nisko spadłam na pierwszej drodze i wiedziałam, że z finałem będzie trudno, to się uspokoiłam i na drugą drogę wyszłam z czystą głową (metod relaksacji uczyłem ją ja – jestem zwycięzcą, jestem częścią jej głosu wewnętrznego – jakie to szczęście dla rodzica nie muszę ci tłumaczyć) 2. Gdy byłam na drugiej drodze to w cruxie na przewieszeniu czułam, że nie dam rady, ale przypomniałam sobie co mówi Trener, jeszcze jeden ruch, z całych sił i zrobiłam tak jeszcze 10 (super, w jej głowie rządzi trener) 3. Bety, podpowiedzi, dawałyśmy sobie z dziewczynami w zespole (super, nie ma sportów indywidualnych, są tylko indywidualne straty). Rezultat zawodów był adekwatny, do aktualnego poziomu, ale wiadomo obstawialiśmy wyżej. Ale effort włożony w budowanie głowy zawodnika ogromny. Spytaj Igę, jakie są dwa najważniejsze mięśnie – powie: najważniejsze jest serce, drugim mięśniem jest głowa. Niech więc głowa decyduje czy ważniejszy jest tym razem rezultat czy może zaangażowanie.

  2. raf napisał(a):

    Marcinie!
    Po Twoim maratonie przejrzałem międzyczasy. Widziałem, że coś się stało na 36 kilometrze, tylko nie wiedziałem co. Teraz wiem. Choć Ty na to w ogóle nie zwracasz uwagi, to ja podziwiam, że mimo takiej przypadkowej sytuacji dobiegłeś do mety. A 8 miejsce w kategorii wiekowej w tak prestiżowej imprezie, to cały czas powód do dumy!
    Oczywiście Cię rozumiem – Mistrz Świata przyzwyczajony jest do wygrywania, albo tym wygrywaniem już rozpieszczony. 😉 Ale nie tylko! Droga prowadząca do zwyciężania też jest ważna! Nie koniecznie dla Ciebie, który jesteś teraz dalej… Przynajmniej dla mnie, jesteś ciągłym źródłem inspiracji i motywacji!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *