koniec biegania to początek trajlonowania
28 kwietnia 2016
rodzic w kasku!
6 maja 2016
Pokaż wszystkie

Po 10 dniach od maratonu mogę stwierdzić jedno. UWIELBIAM jeździć na rowerze. Raczej solo niż
w grupie (tutaj kłaniają się umiejętności jazdy) i na pewno bardziej na zewnątrz niż wewnątrz. Jazda
na trenażerze kojarzy mi się z treningiem, jaki trzeba wykonać. Jazda na zewnątrz to jednak trening przez duże T. Szczególnie gdy ma się takie okolice do jazdy. Wprawdzie w niektórych miejscach, które odwiedziłem ostatnio asfalt jest wątpliwej jakości, ale koła nie urwałem. Mam za to przynajmniej kilkanaście dziesiątek kilometrów lokalnych dróg ze znikomym ruchem, z bardzo dobrym asfaltem.

No i na pewno nie jest płasko. Się dzieje. W planie treningowym zadania typu: rób co chcesz – więc nabijam kilometry, zanim wpadnę w kolejny kołowrotek, który ma mnie przygotować najpierw do startów pierwszej części sezonu, a potem do startu A.

 

I żeby było jasne. Jestem Januszem roweru jako sprzętu i jazdy na nim. Pierwszą swoją wiosenną wywrotkę zaliczyłem przejeżdżając przez rynienkę odprowadzającą wodę. Na każdym zakręcie modlę się o brak szlifowania a jadąc z górki hamuję na maksa. No i na rower ubieram się jak to powiedział kolega: „na mkon’a”. Ale kilka refleksji mam:20160503_102407

  1. Rower czasowy jest nieporównywalnie szybszy niż szosówka. Wielokrotnie już to pisałem, ale napiszę jeszcze raz. Jeśli jakkolwiek zastanawiacie się czy kupować wypasioną szosówkę
    i fitować ją do pozycji czasowej poprzez dostawkę lub/i J zamówić sobie nawet najtańszą aluminiową tri maszynę – idźcie w to drugie. Oczywiście jeśli Waszym priorytetem jest startowanie w zawodach triathlonowych. Aerodynamika tego drugiego modelu roweru jest NIEPORÓWNYWALNA. Na ostatnim rozjeździe z Prezesem K.S Niemaniemogę odjeżdżał mi jak chciał. Oczywiście najpierw dlatego, że jest taki mocny, a ja taki słaby, ale przede wszystkim też z powodu kompletnie innej pozycji na rowerze. Nawet jadąc w dolnym uchwycie na szosie jednak jest się wolniejszym. Tak więc Panie i Panowie – nie ma co się zastanawiać…
  2. Technika pedałowania. To co napiszę poniżej może być śmieszne dla większości ale dla mnie jest kolejnym objawieniem. Ale po kolei. Muszę nadrabiać rower, bo jak wiadomo do tej pory był w odstawce przez bieganie. Zaczynam więc wracać do stałych nawyków treningu rowerowego. Kręcenie jedną nogą, aktywne podjeżdżanie pod górki, łapanie dobrej pozycji zjazdowej. Natomiast to co odkryłem podczas ostatnich kilku treningów, to dość specyficzna technika pedałowania, która powoduje, że jednak jedzie się łatwiej. Szczególnie górki. Otóż staram się pracować obiema nogami tak, żeby nie było to tylko tłoczenie (naciskanie na pedały), ale żeby druga noga mniej więcej od 8 do 12 aktywnie ciągnęła pedał do góry. Wprawdzie wymaga
    to dość ścisłego zapięcia bloku w pedał (żeby nie latał jak Żyd po sklepie) i trzeba uważać
    na łydy – bo trochę dostają podczas takich ćwiczeń – ale zauważyłem po watach, że górki jakoś pokonuje się łatwiej. Zresztą Prezes specjalnie zwalniał i czekał na mnie na podjazdach.suchbike
  3. Jazda drogami lokalnymi oznacza mniejsze natężenie ruchu. Ale niestety oznacza również jazdę z mniej wyedukowanymi kierowcami. Czasami trafiają się takie pały, że naprawdę aż trudno wytrzymać i nie wdać się w utarczkę słowną. Moja rekomendacja – jedziecie we dwójkę – jeźdźcie obok siebie. Niech trąbią – ale przynajmniej MUSZĄ lekko zwolnić, żeby Was wyminąć i pomyślą chociaż przez chwilę, zanim wpakują się na trzeciego. Wiem, że my również mamy wiele za kołnierzem (np. na odcinkach dróg krajowych nigdy nie jeżdżę parami) ale kurcze – jakoś się musimy dogadać. Inaczej niestety zawsze (jako rowerzyści) będziemy bardziej poszkodowani. Mimo tego, że widzę zakapiorską gębę, która przez zamkniętą – a czasami otwartą szybę pasażera coś mi pokrzykuje – to zawsze odmachuję w geście przepraszającym (a co sobie powiem to moje). Jeśli by szukać w tym dobrych stron to nauczyłem się czytać z ruchu warg właściwie wszystkich przekleństw J
  4. Ta refleksja to refleksja czasowa – znaczy dotyczyć będzie czasu spędzonego na treningu. Policzyłem sobie, że najkrótszy trening jaki robiłem na rowerze w każdym okresie przygotowawczym do Ironmana to 90’. Półtorej godziny. Netto. Doliczając do tego ubieranie, rozbieranie, rolowanie, rozciąganie wychodzi 2h. To tylko jeden trening w ciągu dnia. Najkrótszy. Dochodzi do tego bieganie albo pływanie. To cholernie dużo czasu. Apeluję więc do waszego rozsądku młodzi tatusiowie. Nie zabierajcie się za ajronmana jak Wasze dzieci są mniejsze niż 10 lat. Szkoda ich, relacji z nimi, wkurwu żon itd. A tego już nie nadrobicie. A czy zrobicie sub 9/10/11, to po latach i tak nie będzie miało znaczenia.
  5. Ostatnio mniej przeglądam fejsbuka. Postanowiłem się lekko odłączyć, bo pochłaniał mnie
    za mocno. Ale ciągle widzę niezłą akcję ile to przejechałem, z jaką to prędkością. Ja nie jeżdżę na prędkość. Jeżdżę tylko na waty. I nie ma dla mnie znaczenia ile km/h było średnio, chwilowo na odcinku i inne. Oczywiście nie liczę odcinków testowych, zadań itd. Waty są super bezwzględnym sędzią treningu. Co bym nie robił i na co bym nie zwalił to zawsze pozycja średnia odcinka albo średnia z ostatnich 20 sekund mocno mnie mobilizuje, deprymuje lub jakieś inne ”uje”. Watomierz jest dla mnie, przypomnę – Janusza rowerowego, naprawdę super odkryciem i niezłą zabawką. A co do watomierza, to na jednym z ostatnich treningów po raz kolejny olśniło mnie jakimi parówami są koledzy drafterzy. Jechaliśmy z kolegą Danielem pod wiatr i ja chciałem popracować więc kolega miał jechał na kole. Bez zmian – taka była umowa. Uharatałem się niemożebnie trzymając „swoje waty”, a po wjechaniu do Olsztyna Daniel mnie wyprzeda i pyta: ciężko było? Bo mnie nie…. Pozdrawiam wszystkich i przypominam, że kto draftuje ten jest ***jem

Pozdrowienia dla wszystkich w Szklarskiej. Nawet nie wiecie jak Wam zazdraszczam tych górek!

4 Komentarze

  1. Marek NEGU napisał(a):

    Marcin jeszcze a propos techniki wjeżdżania pod górę i nie tylko samego pedałowania. Aby lepiej wykorzystać możliwość pracy nóg czyli bardziej pociągnięcia w górę (ale również pchnięcia stopą do przodu i w dół) usiądź na samym końcu siodła w sensie na jego tyle, złap mocno rękami kierownicę bardzo wąsko przy samej fajce i dzięki temu uzyskasz lepszą ergonomię i siłę ruchu pod górę. Działa do momentu, kiedy podjazd nie jest tak sztywny, że trzeba stanąć w pedałach…

    • Mysz napisał(a):

      Szanowny MKONie! Bardzo dziękuję Ci za ten wpis – jeśli taki kozak pisze, że jest Januszem roweru, to ja mogę być co najwyżej Bożenką z Klanu, ewentualnie Kożuchowską – Kartonowską tego pojazdu. To mój pierwszy sezon na rowerze i w ostatnim miesiącu co drugi dzień mam nastrój pt. „Chyba zrezygnuję z tej 1/2IM, bo i tak albo limitu nie wyrobię, albo się zabiję, albo mnie na YouTube wrzucą”. Ewentualnie wszystko jednocześnie. Nie radzę sobie nawet z wyjęciem bidonu, żel na trasie? Chyba będę musiała się zatrzymać – wiem, że wiocha, ale jeśli taki MKON to Janusz – mogę robić za Bożenkę… Pozdrawiam, Mysz

  2. Piotr napisał(a):

    I przy tej okazji Tobie podziękuję, bo mocno wahałem się przy podejmowaniu decyzji o zakupie szosy albo czasówki. Twoja opinia o wyborze czasówki przeważyła i nie żałuję, mimo że nieraz chciałoby się pokręcić w weekend z chłopakami z ustawek.

  3. Mały napisał(a):

    Pkt 4 troche podnosi na duchu. Ciągle się miotam sam ze sobą i brakiem czasu, który chciałbym sensownie i uczciwie rozdzielać na rodzinę, pracę i trening. I pomimo usilnych chęci i starań zawsze ktoś jest niezadowolony bo albo żona pisząc delikatnie jest niepocieszona, że kolejny wieczór spędza sama czy weekendowe śniadanie konsumuje z telewizorem, albo ternining rwany, na szybko byle tylko coś zrobić albo w pracy przysypiam ze zmęczenia bo nie było kiedy się sensownie zregenerować. A wszystko to powoduje wewnętrzną frustracje, która sprowadza się do tego, że coraz mniej rzeczy zaczyna cieszyć. Ambicja, chęć walki z własnymi słabościami czy udowodnianie sobie, że po ciężkiej chorobie jeszcze moge wszystko jest tak duża że ciężko się temu przeciwstawić. No ale chyba trzeba się troche zatrzymać i pomyśleć o przewartościowaniu pewnych kwestii. Bo jaki sens robić to wszystko kosztem wszystkich i wszystkiego….Dzięki sMenorze