MKON @ Forbes
30 stycznia 2018
bieganie na wahadle
5 lutego 2018
Pokaż wszystkie

Dzisiaj postawiłem sobie za cel zweryfikować dośc dobre samopoczucie, jakie miałem po ostatnim treningu 8 x 1 km w tempie 3:20/km. Poprzedni trening robiłem na bieżni mechanicznej ustawiając prędkość na 18km/h. Mimo, że tradycyjne MKON’owe charczenie zaczynało się i tak w okolicach 2’ każdego odcinka, to zszedłem z bieżni raczej w dobrym humorze. Dodatkowo mail od Tomka: „jeśli wszystko było prawidłowo to tętno i tempo dają dobry prognostyk”, wprawił mnie nie tyle w dobry humor ale raczej w perspektywiczne myślenie, że plan na Wiązowną – polecieć całość w okolicach 3:25/km jest realny. Powoli też oswajam się z myśleniem (MUSZĘ!), że dla ambicji biegania maratonu w sub 2:30 ja po prostu muszę komfortowo biegać tempo w okolicach 3:20/km. Inaczej się nie da.

Sprzyjające okoliczności przyrody (jednak nie pojechałem do Wwy) dawały możliwość zrobienia tego treningu na stadionie UWM ART w Olsztynie. Nie padało, dość mocny wiatr, psychicznie byłem nastawiony mega. Przygotowałem się jak do solidnego treningu tempowego i choć nie stresowałem się tak jak w zeszłym roku, to wiedziałem, że lekko nie będzie. Buty startowe, cała góra na lekko, czapka zamiast chustki a’la buff 😉 – naprawdę solidne przygotowanie. Poszło… średnio. To znaczy trening, w cyferkach, poszedł bardzo dobrze ale odczucia mam słabe. Wyraźnie widzę, że bieżnia mechaniczna jednak oszukuje. Odczuwalność tempa tam a tuta,j była nieporównanie trudniejsza na stadionie. Wprawdzie wiał w mordę wiatr ale na przeciwległej było z wiatrem. No excuses. Jednak ten trening uruchomił w mojej głowie kolejny trick motywacyjny, którym chciałbym się z Państwem podzielić. Dla przypomnienia poprzednich sposobów: (potęga pięciu albo ułamki) lub tutaj.

setup prawie jak startowy. W butelce po kefirze „breja” potreningowa 😉

W trakcie treningu wpadłem na pomysł REGLAMENTACJI BÓLU. A właściwie nie tyle reglamentacji samego bólu – bo on pojawiał się samoistnie, ale raczej przejmowania się tym bólem -który bądź co bądź, wpływa na gotowość do robienia następnego odcinka. Generalnie w treningu typu 10 x cośtam pierwsze dwa odcinki idą na luzie. Problem pojawia się przy kolejnych. A myślenie o tym, że przed Tobą jeszcze 600 metrów i 6 odcinków to jakaś masakra. Szczególnie jak naprawdę „ciśnie” (nogi, wątroba, płuca). To ciągle są dla mnie treningi przygotowawcze więc póki co unikam chemii – na to zadanie nie łyknąłem nospy. Wiedziałem, że będzie charczenie, wiedziałem, że będzie bolało, wiedziałem, że nogi świeże nie będą. Od jakiegoś czasu przed każdym tego typu zadaniem robię mocną siłę statyczną poprzedniego dnia wieczorem – to w końcu trening. Ale o co chodzi z tą reglamentacją bólu? Otóż, jak wiadomo zmęczenie się nawarstwia. U mnie na odcinkach wyglądało to tak, że pojawiało się tym szybciej im dalszy był to w treningu odcinek. Przy pierwszych dwóch odcinkachskutki tempa odczuwałem na ostatniej prostej, ale już na trzecim czułem, że trzeba się zbierać już na ostatnim kole. I tak dalej. Od 4 odcinka stosowałem wobec siebie taką oto metodę: pierwsze 400 metrów mam wmawiać sobie, że jest luz. Bo rzeczywiście było prawie luźno. Boleć może (daję sobie przyzwolenie na to, żeby poczuć i przyznać się do bólu i tego, że mi ciężko) dopiero na 600 m do końca odcinka. I tak działałem przez kolejne 5, przesuwając ten moment, w którym myślałem: „dobra, to od teraz jedziemy na MKON’a” I przesuwałem tę granicę za każdym odcinkiem o 100 m.  Oczywiście ostatni – 10 odcinek – oznaczał, że mniej więcęj 900 metrów będzie bolało, ale to był ostatni, wiec mogło. I niesamowite jest to, że działało. Wiem, że ten „luz” to ja miałem tylko w głowie, bo to tempo pierwszych 200 m nie różniło się nijak od kolejnych 800 m ale psychicznie był to mega handicup. Bo motywacyjnie nie leciałem na zmęczeniu 1000 m, ale najpierw 600 potem 700, 800.

stadion do remontu, ale ciągle jeszcze pocisnąć można

Po przeczytaniu tego felietonu – w celach edytorskich – dochodzę do wniosku, że sportowcy to muszą mieć jednak coś z głową. Kombinują, męczą się, płaczą w trakcie. Ale ja to lubię. A najbardziej lubię „oszukiwać” swoją głowę. Bo to właśnie w głowie są wszelkie granice Drodzy Państwo. Nie szukajmy wymówek, znajdźmy sposób. Reglamentacja to mój kolejny „patent”.

2 Komentarze

  1. Rafaelaschaf napisał(a):

    I Ty mi każesz „Miszcz” z małej ?!? 🤦🏻‍♀️