Dziesięciodniówki MKONa
1 listopada 2018
Buratlon 2018
24 listopada 2018
Pokaż wszystkie

fot. Jakub Romanowski

W trakcie trwania pierwszej 10dniówki MKONa aka “#cukierdetox” z dużym zaciekawieniem czytałem komentarze, jak też wiadomości, które do mnie dochodziły. Generalny przekaz tych informacji był taki: minie 10 dni, jakoś to przeboleję, ale po tych 10 dniach jak ja się nafutruję…

Trochę jak więzień, który nie może się doczekać wyjścia.

I chcę powiedzieć Państwu tak: na koniec tej pierwszej 10dniówki zaczynam kolejną. Gorszą. Bo ja chcę zrzucić 5 kilo. I to chcę zrzucić 5 kilo, eliminując z mojego codziennego jadłospisu składniki żywieniowo zbędne. A cukier taki właśnie jest. I nie jest to kwestia życia i śmierci. Jest to kwestia gustu i uzależnienia od przyjemności. Dopamina rządzi, prawda?! A ja nie chcę, aby cokolwiek mną rządziło – a już na pewno nie cukier.

Dochodzimy tutaj do sedna właściwie każdego wysiłku, czyli odpowiedzi na podstawowe pytanie po co to robimy. Zacząłeś 10 dniowy detox po to, aby potem do niego wrócić z większym przytupem? To po co zaczynać w ogóle. A może te 10 dni uświadomiły ci, że po prostu nie możesz/potrafisz żyć bez słodyczy. I tutaj jest pies pogrzebany.

Na jednym ze szkoleń, po wymianie zdań odnośnie nawyków żywieniowych usłyszałem: „Pan to musi mieć strasznie smutne życie”. Mój „smutek” miał dotyczyć niepicia przeze mnie alkoholu. Przyznam, że bardziej idiotycznego komentarza w życiu nie usłyszałem. Tak jakby alkohol był niezbędny do życia w szczęściu, a kieliszeczek koniaku codziennie po pracy ustawiał humor i dobre samopoczucie. Dla mnie to raczej miękki alkoholizm. Walę z grubej rury, ale jako dziecko alkoholika akurat ten temat dla mnie nie istnieje. Chociaż mechanizmy są te same. To, że wtranżolę torcik wedlowski nie uczyni mnie szczęśliwszym. Z psychologicznego punktu widzenia raczej spowoduje mega wyrzuty sumienia, które w następstwie skutkować będą brakiem sympatii do samego siebie oraz szeregiem innych efektów ubocznych. Choć to już chyba znamiona czegoś głębszego.

Podczas tej 10dniówki padały też komentarze: nie mam problemu ze słodyczami, bo po prostu ich nie lubię. Chciałbym tak. I wydaje mi się, że jest to tylko kwestia zwykłego odstawienia i odzwyczajenia się, a nie pewnych, jak chce mi się to wmówić, mód czy przymusu. Nie potrzebuję ciastka do kawy (chociaż ciasta uwielbiam). Nie lubię tortów, więc jak na imprezie są tylko takie, to po prostu nie jem. Może to w takim razie kwestia braku dostępności i konsekwencji. Ale przede wszystkim wytrwałości w „chceniu” tego, co chcemy za pomocą danej aktywności (w tym przypadku eliminacji słodyczy) osiągnąć.

Chcę wyeliminować słodycze, bo wierzę, że prowadzić mnie to będzie do celu nadrzędnego, czyli zrzucenia 5kg do kwietnia 2019. Jeśli uda się przy tej okazji doprowadzić mój organizm do zaakceptowania musu wtranżalania czekolady, lodów, ciast, to uznam, że osiągnąłem więcej niż zamierzam.

Z drugiej strony, nieustannie słyszę od żony: „wszystko jest dla ludzi”. I bardzo się z tym zgadzam. Wszystko. Wszystko w umiarkowanych ilościach. Tylko może na początku zdefiniujmy umiarkowaną ilość, bo, jak rozmawiając kiedyś z Krzysiem Dietrichem, usłyszałem: „10 pączków do kawy”, to pomyślałem sobie, że mój jeden przed zawodami to niezły wynik. Zatem może to wszystko jest także kwestią skali?

Hm.

Nie, chyba jednak pójdę w stronę ortodoksji. Chcę wyeliminować ze swojej diety słodycze albo przynajmniej spowodować, aby były one tylko dodatkiem. I do tego służyć mają 10dniówki. Zauważyliście liczbę mnogą? To dobrze 😉

12 Komentarze

  1. Gośka napisał(a):

    Dzięki Ci o Panie za tę dziesięciodniówkę! Pojawiła się w bardzo dobrym momencie, bo szczerze, znów obrzerałam się jak w czasach sprzed biegania. I nie wiedziałam jak przestać, więc dziesięciodniówka była dobrym bodźcem. Fakt – czekam z utęsknieniem na jej koniec, ale pozostanę przy zasadzie słodycze w weekend i nie na kilogramy. I po raz kolejny uświadomiłam sobie, że problem byłby mniejszy, gdyby to słodkie dziadostwo nie atakowało nas z każdej strony!

  2. crux napisał(a):

    MKON, nie ma problemu ze słodyczami, nie muszę ich jeść, mogły by nie istnieć. Nie ma tu jednak czego zazdrościć. Ja zazdroszczę innym, że bez wiekszych problemów biegają np. 10km w 45 minut nie wspominając o abstrakcji w postaci 40 minut. I to jest powód do zazdrości gdyż chyba nigdy to tego nie dojdę. Odstawienie słodyczy to silna wola jak sądzę, 10km w 40 minut to już nie tylko silna wola. U mnie to nie słodyczy nie mogę sobie odmówić, ale bardziej frytek z raz-dwa w miesiącu 🙂 Powodzenia.

  3. Michal napisał(a):

    Od 3 miesięcy nie dotykam cukrów (potrafilem zjesc 3czeko w wieczor)a poszedłem nawet dalej ograniczyłem ww do <50g dziennie i zwiekszylem tłuszcze. Widze ogrom plusów, lepsze samopoczucie, brak skokow/spadku energii, lepsze wyspanie no u waga idzie w dół.. Przed ciezszym treningiem zapodam miarke izo +Bhb i niga podaje lepiej niz na weglach.

  4. Dagna napisał(a):

    Dzięki MKON! Zmotywowałeś i mnie do tego wyzwania. Z mojego doświadczenia (a jest już całkiem bogate w odwykach od słodyczy) najgorsze są pierwsze 3 tygodnie, później przechodzi się obok słodkości jak koło kalafiora, ogórka czy innych mniej atrakcyjnych produktów a na wszelkie propozycje z automatu odpowiada się „dziękuję, nie jem słodyczy”. Chyba zapomina się smak i przestaje człowieka ciągnąć, więc im dalej w las tym będzie łatwiej!

  5. Marek NEGU napisał(a):

    no coż – dlatego czekam na dziesięciodniówkę ograniczającą tłuszcz z produktów przetworzonych, pracujęnad tym mocno, chociaż właśnie nie zawsze mi się udaje, i tak jak piszesz, wkurzajće jest późniejsze poczucie winy i wręcz wstudy przed samym sobą, że chwyciłem pętko tłustej kiełbasy i zjadłem mimo, że nie powinienem. Ale zmiany przyzwyczajeń i nawyków dośc długo trwają. Wierzę, że takie akcje nieco ortodoksyjnie zmuszające do „detoxu” pomogą…

  6. Lukasz napisał(a):

    Mkon, dzięki za odkrycie świata bez słodyczy !:) na poważnie: to takiego imperatywu właśnie potrzebowałem, dzięki !

  7. Tomy napisał(a):

    Właśnie… więzień – to jest słowo-klucz! Stajemy się więźniami: pracy, nałogów… i wszelkich uzależnień. W sumie to może nawet i… aktywności sportowych, co?? No bo, jak sobie wyobrazić tydzień (7 dni z rzędu) bez treningu? Hm….
    Tak, wiem – są dobre i złe uzależnienia. Ale są uzależnieniami. Wciąż. Lubie to moje uzależnienie (sportowe).
    A jeśli chodzi o 10-cio dniówki, łapię i trzymam. I chcę to rozciągać. Po co? A no właśnie po to aby stało się to „nowym nawykiem” (zwyczajem): #zyciebezcukru itp. itd.
    Dzięki!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *