Start w czasach pandemii
Pokaż wszystkie

Wraz z pojawieniem się historycznej edycji zawodów IRONMAN Polska zacząłem obserwować u swoich znajomych ciekawy trend ustalania sobie celów przy tej okazji. Pozostawiam (o gustach się nie dyskutuje) kwestię wyboru Federacji vs imprezy w Borównie/Bydgoszczy czy Malborku. Jeśli ktoś ma zamiar kiedyś machnąć Hawaje, to tylko federacyjne imprezy dają taką możliwość. Jednak – jak chcemy zadebiutować na „prawdziwym” ironmanie to Malbork i Borówno/Bydgoszcz też prawdziwymi ironmanami są. Tylko bez znaczka. Ale nie o tym ma być. Ma być o sposobie stawianie sobie celu. I to w debiucie.

Do tej pory funkcjonował w mojej głowie paradygmat, ze pierwszy start jest na zaliczenie. Na oswojenie się z dystansem. Ale zarówno start Sergiusza Sobczyka w Malborku, jak też kejs jednego z padawanów – Kamila, uświadamia mi, ze może nie do końca tak być powinno. Jeśli mamy bardzo solidną podstawę oraz przestrzeń czasową do treningu ironmanowego, to czemu nie. Ta solidna podstawa to według mnie sporo startów połówkowych. Sporo oznacza nie tylko ilość, ale i świadomość, że praca włożona nad poszczególnymi dyscyplinami przynosi progres, niezależnie, czy jest to poziom 4:30, sub 5 czy ciągle 6h. Do tego dochodzi odżywianie (jako 4 dyscyplina), sprzęt. W końcu zaczynamy przeformatowywać trening zmieniając akcenty. W IM (w odróżnieniu od ¼ np.) znacznie większą wagę odgrywać będzie trening rowerowy niż pływanie. Dodając do tego świadomość, że IM to nie 2×70.3 (również w kwestii treningu, nie tylko wyniku końcowego), możemy mieć realistyczne oczekiwania dotyczące czasu swojego debiutu.   

Gorzej, jeśli nie mając podstaw (albo świadomości) zaczynamy żyć mitem. A takich jest sporo. Po zaledwie dwóch startach w IM (10h08 w 2009 i 9h15) zacząłem marzyć o sub 9. I dopiero wtedy zdałem sobie sprawę jak wielką różnicą jest przygotowywanie się do urwania tych 15’. Innym takim mitem jest sub 10. Znam osoby, które podejmują tę próbę za każdym razem i za każdym razem się to nie udaje. To Marcin Waniewski pokazał mi jak trudna jest realizacja takiego celu. Człowiek, który całe swoje życie triathlonuje, złamał 10h w (jak to określił) w starcie na którym wszystko zagrało. Czyli nie ot tak. Łatwo jest więc zaplanować sobie wysoko. Ciężej będzie potem to zrealizować, nie tylko w dniu startu. Przecież wystarczy, że złapiemy dobre nogi, dobrze powieje na rowerze i na końcu zajdzie słońce na biegu. I wyjdzie. Tematu niedomierzonych tras ironmanowych nie poruszam.

Tak może być. Gorzej, jeśli zakładając sobie: celuję w sub 10h-12h, ale nie chcę temu poświęcić więcej niż 10h tygodniowo, będę miał nierealistyczne oczekiwania, że ta forma przyjdzie nie wiadomo skąd. Przecież kiedyś trzeba będzie zrobić 5h na rowerze albo 5h zakładkę. A to zaledwie 1 trening i…. połowa czasu przeznaczonego na trening w danym tygodniu. A słynne weekendy Kowalskiego w IM BPSie, to 8-10-12h tylko w sobotę i niedzielę 😉

No chyba, że jesteście Radkiem Buszanem, który machnie 2x nogą i robi 9h15 w debiucie w Barcelonie .

Apeluję o wstrzymanie oczekiwań wobec siebie, ale nie po to, aby je „killować”, ale po to aby je urealnić. Jeśli planujesz sub 10 to zrób krótki test: czas połówki x 2 i dodaj do tego 20-30’. Wychodzi grubo poniżej 10h – masz na to dużą szansę. Wychodzi w punkt, albo powyżej – trenuj dalej do sub 10*, ale miej świadomość że musisz zaplanować sobie znacznie mocniejszy trening niż do tej pory trenowałeś do ½ IM. Marzenia są piękne i powinniśmy robić wszystko, aby je realizować. Ale jeśli stają się one celem, to już nie tylko „powinniśmy”. Po prostu zróbmy wszystko, aby je zrealizować.

 

 

* w końcu sama przyjemność jest z „die or keep trying”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *