Łyżwiarski #cukierdetox
mój cień…
Pokaż wszystkie

Kiedyś koleżanka, opisując jazdę z moim byłym szefem Darkiem Milczarkiem, użyła następującego sformułowania: „jak złapała nas policja, to, porównując to do tego jak jechaliśmy na początku, właściwie się wlekliśmy”. A jechał wtedy dobre 140km/h. Wlekli się przy 140. To ile musieli jechać na początku? Znacznie więcej zapewne. A organizm się przyzwyczaił, z angielskiego (jak to mawia Gapek) zakomodował 😉. Myślę, że w tym zjawisku nie tyle akomodacja jest warta zauważenia, ale przede wszystkim reakcja na to, co następuje w tej nowej rzeczywistości. Zdziwienie koleżanki (pierwsza reakcja) przy złapali nas jak się wlekliśmy pokazuje jak mocno przesuwają się nam granice/strefy, które roboczo w tym felietonie nazwę oczekiwaniami.

Piszę o tym, bo wczoraj spojrzałem w lustro i, czas to powiedzieć głośno, złapałem się na tym, że jadę 140km/h, a wydaje mi się, jakbym się wlókł. Jest to oczywiście metafora, a nie porównanie, ponieważ ani nie biegam jakoś specjalnie szybko, ani nikt mnie jeszcze na niczym nie złapał. Jednak czuję, że moje nastawienie jest już jednak w innej sferze/strefie. Za inną granicą. Posłużę się tutaj dwoma przykładami – wagi oraz prędkość(i).

Zeszły rok to biegowo najlepszy rok w mojej karierze. Jeśli miałbym oddać honory czynnikom, które były za to odpowiedzialne, to na pewno mądre prowadzenie przez trenera i jego plan skoncentrowany tylko na tej dyscyplinie (całkowite odpuszczenie roweru i pływania) oraz spadek wagi dzięki #cukierdetox. W okresie triathlonowym ważyłem średnio 73 kg. Dlatego też każde wejście na wagę i widok sub 72 był dla mnie gwiazdką z nieba. Zaczynając z takim nastawieniem 2019 rok, skakałem z radości do góry, widząc 70, i całowałem się po boczkach z zachwytu, jak regularnie na wadze pojawiało się 69. Dotrwałem tak do roztrenowania. Następnie trochę przybrałem, a później zaczął się sezon przygotowawczy do 2020 i nastąpiło podświadome przesunięcie granicy oczekiwań w mojej głowie. Pamiętam tę chwilę, kiedy po zajebiście mocnej robocie w Monte Gordo stanąłem na wadze i… rozczarowany zobaczyłem 70. Nawet nie 69. Jak byście mnie zapytali ostatniego dnia obozu na ile liczę, to śmiało zawistowałbym 67-68. Moje rozczarowanie było wielkie. Ale nie to jest najgorsze. Najgorsze jest to, że tak się zakotwiczyłem na tym 68/69, że (pod)świadomie robiłem wszystko, żeby tę wagę osiągnąć. Cieszyłem się z dni, kiedy mniej jadłem, niespecjalnie szykowałem sobie duże porcje (tak jak na obozie), po 18 tylko warzywa albo nic. Nie zauważyłem jednak jednej zasadniczej różnicy. W okresie, w którym tylko biegałem, w szczycie treningowym miałem 10h treningu w tygodniu. Obecnie, przy niskim/średnim obciążeniu, mam 13-14h.

Inny przykład? Proszę bardzo. Na ostatnim km wtorkowego treningu pomyślałem sobie, że z taką formą, nie ma sensu pchać się na zawody za 2 tygodnie. Pomijając to, czy zawody się w ogóle odbędą, cel mam jeden – życiówka w półmaratonie. Wycieczka do Lizbony mnie nie interesuje.*Skąd to poczucie (braku formy)? Otóż znowu przesunęły mi się strefy oczekiwań wobec siebie. Jeszcze 2 lata temu, widząc 3x4km po 3:20 srałem po gaciach i nie spałem w noc poprzedzającą ten trening. Nie jest to zadanie typu: 100% przyjemności. Po prostu orka. Skąd więc to poczucie? Czy biegałem za wolno? NIE. Czy zrobiłem cały treningu? TAK. Czy zrobiłbym czwarty? Kolejny odcinek? TAK. O co więc chodzi? Dlaczego pierwszą myślą po 3 odcinku – zadzwoń do Tomka – rezygnujemy z Lizbony, nie jestem przygotowany…

Analizując „na zimno” to rozczarowanie dochodzę do wniosku, że tak jak z wagą, spodziewałem się, że ten trening po prostu będzie ŁATWY. Pokażę Wam perspektywę: dwa lata temu – ten trening był postrzegany przeze mnie jako masakra, w ciągu zeszłego roku – był trudny, ale już możliwy do zrobienia. Dlatego teraz oczekuję od siebie, że będzie to trening łatwy. No, chyba coś z tobą MKON nie jest halo!

Jakie są z tego lessons learned? Jak dla mnie dwie.

Po pierwsze znowu zadziałała na mnie reguła wywierania wpływu, którą Cialdini nazywa regułą kontrastu. Rzeczy różniące się między sobą mają różną atrakcyjność. A ta, która jest bliżej twojej potrzeby, sprawia wrażenie znacznie bardziej atrakcyjnej. Tę różnicę widzę przede wszystkim w postrzeganiu moich kilogramów wagi startowej. Po drugie trzeba mieć cel i się go trzymać. Jeśli ustalamy, że tok 2020 będzie rokiem powrotu do tri, to bieganie jednak schodzi na II plan. A jak schodzi, to nie powinienem mieć do siebie pretensji o to, że nie idzie tak, jak w roku ubiegłym. Mam wystarczająco dużo bodźców stresujących, żeby samemu jeszcze sobie dokładać. Dlatego nie można mieć wobec siebie zbyt wygórowanych oczekiwań, bo poprowadzą nas nie w tym kierunku, co trzeba. I mimo, że Lizbonę odwołali (info sprzed chwili), to potrzebowałem takiego samo-otrzeźwienia. Nie oznacza to, że wracam do hurtowego jedzenia czekolad i lodów. Właśnie zameldowałem się we Wro i lekko głodny, zamiast pójść na tatara, poszedłem do Biedronki po 2 grejpfruty (choć maltanki patrzyły na mnie z półki tęsknie). Myślę, że #cukierdetox to już lifestyle, a nie tylko dieta. A, że w kontekście wagi triathlonowej kompromisowo umówiłem się z trenerem na 71, to po prostu będę trzymał wagę taką jaką mam.

Na koniec jeszcze jedna refleksja odnośnie wtorkowego biegania. Przed którymś tam startem biegowym Tomek powiedział mi: „jesteśmy przygotowani. Ale nie spodziewaj się,z e to będzie łatwy wyścig. To będzie raczej wyścig, na którym będziesz cierpiał od początku. Nie ma zbyt wiele zapasu”. Szkoda, że przypomniałem sobie to dopiero teraz, a nie na dzisiejszym treningu biegowym. Byłbym bardziej z siebie zadowolony. Bo ten trening taki właśnie jest. Ma być 8-9 w skali RPE. A to nigdy nie jest łatwo.

3 Comments

  1. Marek says:

    Czy to nie jest tak jak z ta żabą w podgrzewanej wodzie ??? powoli powoli wytrzyma wszystko i nie wyskoczy aż się ugotuję.
    Bardzo wartościowy teks i warto go sobie przypominać często 🙂 dzięki

    • mkon says:

      miło mi! dziękuję!

  2. Fuleren says:

    Cóż za proroczy tytuł.