Przychodzi MKON do dietetyka
testowane na MKONie
Pokaż wszystkie

Pompa z przeciwbólowym ciągle pompuje, sytuacja zmusza mnie (więcej niżej) do rozpoczęcia użytkowania ręki po stronie operowanego barku), perspektyw na wyjście nie widać. To może coś napiszę 😉

Wydaje mi się, że w czasie koronakryzysu najczęściej googlowanym modelem jest ten, o którym już pisałem – model radzenia sobie ze zmianą/żałobą. Pisałem o nim w jednym z ostatnich tekstów, więc odnajdziecie. Ostatnie 10 dni w moim wydaniu, trochę ten model uzupełniają. I o tym chciałbym napisać.

Od czwartku, kiedy trafiłem na SOR, a potem po południu na oddział Chirurgii Polikliniki miałem oczywiście kilka stanów emocjonalnych opisywanych przez model. Od żalu przez wkurw, szukanie winnych etc. Zakotwiczyłem się natomiast w myśleniu o tej sytuacji w dwóch obszarach.

Pierwszy to wykasowanie żalu i patrzenie wyłącznie w przyszłość. Walnąłem, nie cofnę czasu, nie koncentruję się na przeszłości. Patrzę wyłącznie w przyszłość. Dzielę ją sobie na tą najbliższą (jak się ogarnąć w tej sytuacji) i tą dalszą (jak przeformatować cele na 2020). To co mi cholernie wtedy pomagało to długofalowy cel. On bardzo porządkuje i ustawia. Do Hawajów 2022 naprawdę sporo czasu. Nawet przez chwilę nie pomyślałem o tym, że coś mi przepadło, albo, że nie będę się mógł ścigać. Koronakryzys to wbrew pozorom dobry czas na kontuzje sportowe 😊. Nie mam spadków motywacji, nie myślę co by było gdyby, po prostu zmienia mi się perspektywa realizacji celów. Jedye motywacyjne przemyślenie jakie mam jest mocno humanistyczne. Ale i przerażające. Obserwując większość pacjentów leżących na oddziale ze mną (starsze osoby), dochodzę do wniosku, że trzeba wykorzystać zdrowie jakie mamy na maksa. Bo potem to już i tak i tak tylko syf, pampers, ból i niemoc.

 

Drugim, jest uruchomienie trybu zadaniowego. Zadania/działania krótko terminowe (piszę w teraźniejszym bo to ciągle w grze) powodują, (że poza sytuacjami ekstremalnymi jak kilkugodzinne leżenie bez możliwości ruchu*) uruchamiały moją nutę sportową. Przykład? Proszę bardzo wyobraźcie sobie, że do lewego ramienia macie podłączoną pompę z przeciwbólówką, do prawego boku rurę, która idzie do kasety (25/25cm) wiszącej z boku łóżka, prawą rękę macie niesprawną bo trafiony jest obojczyk i bark. Do tego bolesność wynikająca z 7 połamanych żeber (mimo przeciwbólówki). A piguła stawia wam kaczkę po prawej stronie łóżka. Jest wyzwanie? Jest zabawa. Czasami dochodziły sytuacje, kiedy do tego zestawu dołączony był jeszcze monitor mierzący ciśnienie i pomiar saturacji na palcu wskazującym. Nie chcę robić z siebie bohatera. W dużej mierze bez pomocy Pań pielęgniarek bym sytuacji nie ogarnął. Ale postawiłem sobie za cel, że poza fachowym odłączaniem mnie od tych urządzeń na czas wyjścia na grubszą sprawę o toalety, musze radzić sobie sam. Podobnie walka z odmą. Dostałem powerbreath by MKON, bo tylko on przyspieszy schodzenie odmy. Zaczynałem od 15” wydychania powietrza i 5’ umierania po tym. Teraz jestem w fazie odliczenia do 80 i zrobienia takich 10 serii. Otwieranie szafy nogami czy mycie się jedną ręką, z druga trzymaną za plecami na maksa (bo na tyle starcza długość rurki od kroplówki) to standard. To jest też jeden z powodów, ze musiałem/muszę jak najszybciej uruchomić prawą rękę. Dzisiaj mogę powiedzieć, ze do wysokości pasa (na razie nie chcę podnosić wyżej) jest ona  w 80% sprawna. Przy odpowiednim ustawieniu krzesła przy łóżku, okręceniu się trzy razy, (żeby kable z prawej i z lewej się dobrze ułożyły) mogę już w miarę swobodnie korzystać z laptopa i telefonu. Jeśli miałbym znaleźć handicup tej „całej walki” to zapewniam Was – znalazłem taką perspektywę, że żaden kryzys na zawodach czy treningach nie jest mi straszny. Motywacja level master. Bo jeśli cudowną nagrodą była dla mnie chwila między jedną operacją a drugą, kiedy mogłem umyć sobie głowę, to jaką będzie możliwość pójścia na trening. Czy czegoś trzeba więcej? Według mnie nie. Wystarczy na chwilę stać się bezwładną, brudną szmatą od podłogi a wszystko co więcej staje się cudnym światem pełnym słońca.

*nie potrafię sobie wyobrazić co przeżywała Monika, o której pisze Łukasz Grass w swojej książce „nie wiem kiedy wyjdę. Kiedyś wyjdę. A wtedy zacznie się prawdziwe #niemaniemogeSzlag mnie trafił”. 6 mscy leżenia, bez możliwości poruszenia palcem. Z normalnie funkcjonującą głową! SZOK!

3 Comments

  1. Tomek says:

    Dobry tekst! Miałem dwa dzwony – w tym jeden poważny… Podszedłem bardzo podobnie, ale miałem czas pomiędzy “tryb standby na przemyślenie i planowanie, które przeszło w tryb zadaniowy mimowolnie… Czasem warto się zatrzymać, to też jest wartość

  2. MaSta says:

    Odnaleźć przyjemność i radość z prostych rzeczy to jeden z nielicznych przywilejów sytuacji powypadkowej. Warto zachować. Jako empiryk operuje w tej materii pewnym doświadczeniem. Także takim, że nie wszystko z tego się traci, choć do lepszego człowiek się niezwykle szybko przyzwyczaja. Także fleshbacki, które w głowie będą wracać wraz z ciarkami i zimnym potem na tą mikrosekundę gdy znów będzie się w tym miejscu w tym czasie warto wykorzystać by za moment poczuć wdzięczności za te proste tu i teraz. Pozdrawiam. Jestem z Tobą.

  3. Maciej z NT says:

    Q*rwa szkoda a tak było pięknie. Forma średniaka z ćwiartki a Mistrza age’ów z Kony to kosmos ale przemyślenia podobne i tak samo boli. Swój wypadek opisałem parę lat temu na xtri.pl – dałem ciała za wcześnie zacząłem trenować, wyrwałem blachę z obojczyka i miałem kolejne 3 miesiące out. Potem dochodzi wyciąganie blachy i sezon przeleciał. Bark cały czas napierda*a. Pamiętam historie bo leżałem w szpitalu jak było Giro że kolarze ze złamanym obojczykiem etap kończyli lub złamał obojczyk czeka go 3 tygodniowo przerwa od startów.. W chacie byłem jak były de France a do roboty szedłem po Vuelcie. Zdrówka życzę Maciej z NT

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *