sucess story!
6 marca 2016
a dla kogo ty to robisz misiu?
7 marca 2016
Pokaż wszystkie

HOS_Trenerzy__20160219__JLK5848

Ostatnio gadałem z Maćkiem D. On po zakładce skończonej o 3 nad ranem, ja po Wiązownej. On mówi: 3 dni już celebruję ten trening – taki jestem z siebie dumny – bo od początku mi nie szło. Ja mówię: jestem tak zadowolony z tego startu, że prawie frunę. Bo widzę, że noga się kręci o to co robię z Tomkiem i Piotrem ma sens.

Obaj cieszymy się jak dzieciaki z czegoś co jest tylko środkiem do celu. Ale właśnie czy nie ten środek jest kwintesencją tego całego pozytywnego zamieszania?

Pisałem już nie raz o tym, że warto się próbować po drodze. Nie tylko z powodu tego, ze nasz trening tego wymaga. Nie wystarczy sam talent. Półmaratonu, maratonu, ½ czy ironmana (btw. chyba nie ma czegoś takiego jak cały ironman – jest po prostu dystans ironman) nie da się zrobić (piszę o starcie wynikowym a nie na ukończenie) tak po prostu z marszu. Jak się chce złamać 3h w maratonie to nie można lecieć ani na pałę ani za wolno. Trzeba mieć handicup w startach pośrednich. Tam wiadomo gdzie się jest i czy można liczyć na realizację celu. Ale o tym już było. Dzisiaj ma być o wierze w siebie. Czyli o tym czego (poza sprawdzianem aktualnej formy) takie starty dostarczają. Wrócę jeszcze raz do obu Happy Puppy People czyli Maćka i mnie. Maciek mówi: ten trening pokazał mi, że trzeba walczyć, nie poddawać się i jak się mocno chce to naprawdę można dać radę. Zaczynałem po 11, wiedziałem o której się to skończy. Widziałem jaki to trening i jaki mam poziom energii na wejściu.

Ja z kolei mówię mu tak: na weekend mam zaplanowane bieganie tysiączków. Część z nich po 3:20/km. Jeszcze kilka tygodni temu ta prędkość dawałaby mi do myślenia. Teraz – mając świadomość, ze ostatnie 4km na półmaratonie poleciałem właśnie w takiej prędkości nie tylko nie boję się takiego treningu ale nawet nie kusi mnie, żeby tak sobie ustawić rozgrzewkę aby te szybsze odcinki biegać pod górkę a nie z górki (znowu trening na ul. Leśnej w Olsztynie). To jest ten handicup. To jest to co na szkoleniach z zarządzania ludżmi nazywamy potęgą wiary we własne możliwości. Ona – wraz z motywacją – mówi czy mamy „serca” do realizacji jakiegoś zadania czy nie. Czasami to właśnie ona a nie motywacja właśnie tak silnie wpływa na brak zaangażowania. I to tak, że po prostu nie chce się zaczynać bo… nie wierzy się w powodzenie. A jak wiem, ze nie uciągnę to po co zaczynać. I właśnie Maciek jak zaczynał ten trening to nie wierzył. Pod koniec wiem (wprawdzie na selfie tego nie widać :)), ze micha cieszyła mu się na 100%.

Wiara w siebie Panie i Panowie. A na pewno się uda!

 

Komentarze są wyłączone.