sMentoring 2020/2021
bomba nie wybiera
Pokaż wszystkie

 

Plan na zawody był taki, żeby nie pobeczeć się na mecie. Na szczęście mój organizm sam o tym zdecydował. Naprawdę, nawet jakbym chciał dać upust tym wszystkim emocjom, które gromadziły się we mnie warstwami od 8 maja, kiedy wychodziłem ze szpitala, to nie dałbym rady. To był naprawdę wyścig typu „all out”.

Mam z niego kilka przebłysków, o których chcę napisać. Bo przebieg i zakończenie – cóż, warto (jeśli nie widzieliście Państwo) porzucić na chwilę swoje ideały nieposiadania konta na portalach społecznościowych i niech ktoś Wam podeśle linka. To co zrobił ze mną Sergiusz Sobczyk na dywanie warte jest uwiecznienia w pamięci. Bo jest to piękno sportu. I dowód na to, ze nawet jeśli wewnętrznie beczałem jak bóbr, to na zewnątrz nie dało rady nic.

Tak, po 4 miesiącach od złamania obojczyka, 5 żeber, urwania barku (więzozrost), stanąłem na linii startu i skończyłem dystans ironmana w 8h53’, co jest 3 w historii moich startów czasem. Tak jestem tym zachwycony. Tym, że wróciłem, że ten czas różni się wprawdzie od poprzednich (8h48 z 2014r i 8h52 z 2016), ale byłem wtedy młodziakiem 😉

Ale miałem pisać o przebłyskach.

Pierwszy jaki miałem to zaraz po wejściu do wody po starcie. Ta myśl: „kurwa mam w tej zimnej wodzie taplać się jeszcze przynajmniej godzinę?” Było to przerażające. Strasznie długo. I w zasięgu żadnych nóg. Właściwie cały etap pływacki solo. Jedyne na co zwracałem uwagę, to zalecenie Tomka, aby na 3 pętli, nie wejść w tryb zombie – czyli z ręki na rękę. Tylko właśnie wtedy dbać o technikę, częstotliwość, pociągnięcie w ostatniej fazie. Ale jak tu dbać o technikę jak prawy bark słabo sprawny a skręca się za każdym razem w lewo – Labosport, specjalnie to zrobiliście 😉. 1h05 nie jest może czasem petarda, ale jak na 1,5 ręki to czas zadowalający. Przyznam, że nie spodziewałem się, bo nie udało mi się na basenie przepłynąć 400m szybciej niż 6:20

Kolejne przebłyski dotyczyły trasy rowerowej. Te teoretycznie 4-5h już nie były wyzwaniem. Mając w pamięci 225km rajdu rowerowego (szosa, solo) sprzed miesiąca było to tylko patrzenie na licznik, regularne podjadanie batonów, tabletek i picie. I regularne prostowanie barku. Osoby jadące za mną pewni myślały, że mam zamiar jakoś wystartować (bo wyglądało to trochę jakbym udawał samolot z jednym skrzydłem). Całość wyścigu miała być przejechana na 265/270 wat (ok 3,9 w/kg). Liczyłem, że da mi to ok 4h35. Niestety ostatnie 20’ przejechałem bez tylnej opony. Nie 30km jak krążą legendy 😊. To kolejny przebłysk. Jadę mając Kubę Kimmera w zasięgu i czuję, jak pod tyłkiem nic nie ma. Twardo. I szybka kalkulacja, ile czasu zostało, czy opłaca się zatrzymywać i zmieniać. Bo przecież będąc Januszem zmiana nie gwarantuje sukcesu hehehehehe. A może dojadę? Koło ma aluminiowy rant, więc raczej nie zepsuję klubowego zippa. Ryzykuję. Przesuwam ciężar ciała na przód, aby odciążyć tył. Licznik pokazuje 300wat, jadę pewnie z 25km/h. Większość czasu w półprzysiadzie. Ale jadę. Tuż przed Malborkiem widzę Działacza Godlewskiego na ścieżce rowerowej, który jedzie swoim rowerkiem. Krzyczę: daj koło Godleś, bo złapałem gumę. Zdałem sobie wtedy sprawę, że wzrok może zastąpić zdanie niekulturalną, pogardliwą, quasi motywacyjną, podwójnie złożoną wypowiedź. Pojechałem, dojechałem i wprawdzie sędzia śmiał się, ze zszedłem z roweru ze 100m przed belką, ale na tych śpiących policjantach naprawdę bałem się, że ta opona się zsunie.

Błąd z części rowerowej – nie ubrałem nic ciepłego. Myślę, że na pierwsze 2 pętle idealnym rozwiązaniem byłaby kamizelka, którą potem można by wyrzucić w strefie odżywiania. A tak plecy  na pierwszej pętli biegu miałem spięte (tak moje proste pleców reagują na niską temperaturę). Leasson learned! Tylko kamizelkę muszę nabyć 😉

Przebłysk #3. Strój biegowy. Od 3 IM przebieram się w strój biegowy. Komfort, wygoda, zero obtarć, przewiewność. Co tu dużo mówić. Jest to GENIALNE rozwiązanie. Kosztuje mnie 30” ekstra (dobieg do namiotu), bo przecież ćwiczę to w domu przed każdymi zawodami. W spodenkach miałem 6 żeli typu „one hand”, na punkcie odżywczym 6 butelek z colą i żelami. Niestety na 3 pętli poczułem w czwórkach to ratowanie tylnego koła. Dawno nie biegłem z takimi kamieniami. Na ostatniej pętli to właściwie nie biegłem a posuwałem się do przodu. Czy popełniłem błąd na biegu? Myślę, że tak. Mając takie możliwości współpracy z osobami wspierającymi po pierwsze należałoby część ekipy postawić po drugiej stronie pętli. Po drugie nalewać do buteleczek mniej coli. Bo na ostatnich 15km trochę ich mi TAM brakowało. Na początku Run Eat czyli Łukasz Remisiewicz swoim przebłyskiem geniuszu, sam zaproponował, że podejdzie na drugą stronę parku . Ale potem zniknął. Kogo wyprzedziłem, kto mnie wyprzedził – nie pamiętam. Pamiętam tę myśl – dobiec na „tych kamieniach”, nawet jeśli na ostatniej pętli co 200 sekund musiałem przystawać na 10. Serdecznie dziękuję każdemu z towarzyszy biegania, którzy mnie wtedy mobilizowali. I dziękuję za meeeeeega kibicing na całej trasie!!!!!!Dobiegłem, padłem, przeżyłem.

Na koniec dwa słowa refleksji ogólnej, bo rozstaję się z triathlonem do jesieni 2021 (wtedy walczę o kwalifikację na Hawaje). Ironman to epicki dystans. EPICKI. Tak jak epicki był mój niedzielny start. Każdy kto się z nim zmierzył naprawdę zasługuje na jakże niestety sprane miano „człowieka z żelaza”. I właśnie w kontekście tego „sprania”. Mam apel do moich młodszych kolegów triathlonistów. Porozmawiajcie ze swoimi rodzicami. Spytajcie się jak to było jak człowiek mając zenita, albo inny nawet kompaktowy aparat na kliszę, musiał ważyć chwile, które chciał uwiecznić. W końcu nie tylko limitowana była ilość potencjalnych zdjęć (24 lub 36), ale i błony też ciężko było dostać. Wiec człowiek kilka razy się zastanowił zanim coś pstryknął. Teraz, w sferze aparatów cyfrowych, gdzie robienie zdjęć jest jak oddychanie, nie zastanawiamy się. I tak było z deklaracjami przed tym startem. Ważcie słowa, bo jak przychodzi Was z tego rozliczać, to owszem Klub wyśle windykatorów z nakazem zapłaty na ten jednostronny mój z Wami zakład, ale może lepiej po prostu czasami nie powiedzieć nic, niż powiedzieć za dużo, a potem narazić się na śmieszność czytając teraz przedstartowe wywiady z Waszymi deklaracjami. Boli? Ma boleć! sMentor QWA w końcu 😉

Dla mnie bohaterami tego wyścigu są (kolejność zamierzona):

  1. Serek, za przebiegnięcie CAŁEGO maratonu na bombie i zachowanie na mecie
  2. Miłosz – za formę i regenerację po ostatnim IM
  3. Sebastian za cierpliwość i egzekucję tego wyścigu
  4. Krzysiek za to, że zakończył karierę PRO z klasą
  5. I wszyscy, którzy ukończyli. A ci, którzy nie ukończyli z powody głowy – niech wam to zostanie jako motywator do końca życia.

Wracam do biegania, z Sernikiem w tle oczywiście :*

  

4 Komentarze

  1. Piotr pisze:

    Brawo! Szacunek! Z grubsza zgadzam się odnośnie bohaterów, ale mimo wszystko ustępujący mistrz i wicemistrz, Kalach i Ławka również zasługują na uznanie. Mimo że to nie był ich dzień. Marcin zaryzykował i poszedł rower z koniem Miłoszem, jakby pobiegł poniżej 3h (jak w 2019 roku) miałby medal lub tasowałby się z Sebastianem na ostatnich metrach, Kalach poprawił się o 10minut, zaryzykował na biegu, też szedł na bombie momentami, z tego co widziałem i słyszałem. Inna sprawa, że akurat on ma jeszcze pewne rezerwy (myślę o rowerze) i ma szanse zejść poniżej 8h10m w kolejnym sezonie.

    • mkon pisze:

      pełna zgoda!

  2. Marcin R pisze:

    Przede wszystkim Gratulacje! Muszę za to przyznać że największym szokiem w całym wyniku jest Twój czas T2. Nie potrafię sobie wyobrazić jak można się tak szybko przebrać (tym bardziej z barkiem po operacji), nawet ćwicząc to w domu. Mi, bez przebierania, T2 zajęło 2:30, a u Ciebie z tego co widziałam w wynikach zajęło tylko 2. Naprawdę szacun za dogranie najmniejszych szczegółów.

    • mkon pisze:

      dodam, ze buty miałem wiązane normalnie – bez gumek i jeszcze poleciałem do namiotu z całym „czemodanem” a potem do wieszaka 😉
      Ale przyznaję – dużo to ćwiczyłem
      mk