SHRUG moda czy darmowy doping na rowerze
9 lipca 2017
time kombining :)
21 lipca 2017
Pokaż wszystkie

Dzisiaj mogę powiedzieć to z całą pewnością. Na każdym swoim starcie na dystansie ironman ŹLE się odżywiałem. Nie dlatego, że miałem złe odżywki. Ale po prostu dlatego, że jedzenie tylko odżywek, to zdecydowanie za mało. Pokazała to również Barcelona. Nawet jeśli miałbym tam tego więcej to i tak bym nic już nie wcisnął. Na części biegowej czułem odruch wymiotny na myśl, że powinienem wziąć kolejnego żela. Start w Lidzbarku (chyba również brak odpowiedniego nawadniania na biegu) oraz 6 godzinne rowery jakie teraz robię, dają wiele do myślenia.

Ale od początku. Trafiły do mnie ostatnio dwa głosy mówiące o przygotowywaniu organizmu do spalania tłuszczów podczas wysiłku. Pierwszy to Marcin Nagórek, który mówił o tym podczas jednego z najlepszych podcastów, jakiego wysłuchałem w życiu (podcast swimbikerun). Drugi to tekst, który przeczytałem w gazetce dawanej w pakiecie podczas Triathlon Energy. Tam z kolei wypowiadał się Tomek Spaleniak. Obaj mówią to co stosuję od początku swojej kariery zawodniczej – na treningach – nie jakościowych (to już moja interpretacja) nie warto faszerować się odżywkami, bo trzeba przygotowywać organizm do długu energetycznego i ciągnięcia energii z tłuszczy. Marcin, Tomek – poprawiajcie mnie jeśli się mylę. Teoria jest super, ALE według mnie dotyczy treningów trwających określoną ilość czasu. Jak dla mnie, tak mniej więcej 3 h maks. W praktyce, gdy idę na trening 60-90’ (a już 100 % jeśli jest to trening biegowy) nie zabieram niczego. Na rowerowym, powyżej 2 h zabieram zwykle tylko wodę. Żadnych żeli, żadnych iso, batonów itd. Ale jeśli jest to wysiłek powyżej 3 h albo jeśli jest naprawdę skwar, to szczególnie na rowerze brak „energii” z zewnątrz w pewnym momencie jednak mnie dość mocno odcina. I w tym roku postanowiłem (trochę wbrew swojej filozofii) jednak się „szprycować”.

Na rowerze zawsze mam tabletki Enervit do ssania oraz baton. Nie skorzystam – trudno – ale zawsze są. Na treningi 2 h+ zawsze zabieram butlę wody i butlę ISO – nie skorzystam z tej drugiej – trudno. Na treningi biegowe 20 km +, zawsze zabieram żelik – nie skorzystam – jak wyżej. Ale staram się wyrabiać odruch regularnego „konsumowania”. Tomek w swoim artykule uzmysłowił mi jak duży jednak mamy wysiłek energetyczny. Ile trzeba dostarczyć energii, aby jej ubytek zrekompensować. Wychodziło – 1 żel na 20’! Oczywiście żel zawierający odpowiednią ilość węglowodanów. Nie wiem czy podczas IM na Hawajach dałbym radę wcisnąć w siebie 15 żeli na rowerze. Sposób Michała Podsiadłowskiego (też teraz ćwiczę), aby wcisnąć je do bidonu i popijać co jakiś czas działa ale ciągle  to są jednak żele. Na długich treningach rowerowych staram się pójść za radą Maćka Żywka – na rowerze posiłki „stałe”, a dopiero na biegu żele. Zabieram więc zarówno kanapki jak i batony. Z tymi ostatnimi oswajam się odpakowując je od razu w domu z opakowania i wkładam do saszetki luzem. Podobnie zresztą z tabletkami z solą. Te też luzem wędrują do saszetki na ramie. Na ostatnim treningu (6 h) testowałem parówki. W kolejce jeszcze saszetki foliowe z ugotowaną kaszą z jakąś „omastą”. Zobaczymy. W sumie parówki weszły dobrze i pełniąc głównie funkcję „łamacza smaku” pomiędzy batonami swoją rolę spełniły.

W kwestii picia też eksperymentuję. Poza nowym produktem jaki zapodał mi Tomek z Enervitu czyli G Sport (isotonic) na rower zabieram ZAWSZE kawę z colą. Generalnie na starcie w Barcelonie bardzo przekonałem się do coli. Na maratonie piłem tam tylko colę. Podczas przerwy na uzupełnienie płynów, na stacji kupuję litrową wodę i półlitrową colę. Mieszam i dojeżdżam te ostatnie 2 – 2,5 h nie dość, że we względnym komforcie energetycznym to jest i…. smacznie. J A, że pić trzeba, to przekonał mnie do tego dzisiejszy eksperyment. Przed wyjściem na rower waga 71,3 kg, po zakończeniu treningu (5:50’, 204 km) – 69,5 kg. Temperatura ok. 22 stopni. Wypiłem w trakcie: 2 litry iso, 1 litr wody i 0,5 l coli. Do tego zjadłem 2 batony, jedną CAŁĄ bułkę  żółtym serem, 2 parówki oraz wyssałem 3 tabletki. Dodam tylko, że baaaaardzo duże śniadanie skończyłem na 20’ przed rozpoczęciem roweru.

Tak więc, jak widać, bez paliwa nie ma jazdy… a co mówić potem jeszcze o biegu.

8 Komentarze

  1. Cichecki napisał(a):

    Panie jak Pan coś napiszę to aż miło..

  2. Rafał napisał(a):

    Parówki?! Serio?!
    Ty jesteś jednak fenomenem 😉 Ja tam jak zjem na śniadanie (2-3h przed) to mi się później odbijają na treningu, to co dopiero by się działo jakbym wciągnął w trakcie.
    To już chyba bym wolał jajka na twardo 😀 Testowałeś? 😉

  3. Jacek napisał(a):

    Podczas pełnego dystansu w Malborku 2015 widziałem jak jeden z zawodników zatrzymał się po jednej z pętli rowerowych i zapodał hotdoga z Orlenu i popił kawą 🙂

  4. Maciek napisał(a):

    Czemu akurat parówki a nie np. makrela wędzona? 😀 Pozdro, jesteś wariat 😀

  5. Michał napisał(a):

    Nawet nie wiesz jak nam jest potrzebna twoja pomoc płynąca z tych felietonów. Dziękuje

    • mkon napisał(a):

      Dziekuję Michał. Ciągle jest to dla wielkim zaskoczeniem, ze ktoś to w ogóle czyta 😉 Ale bardzo miło czyta mi się takie komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *