spotkanie w PZTri
7 września 2018
po spotkaniu w PZTRi albo orgu weź się do roboty
13 września 2018
Pokaż wszystkie

Dzisiaj po raz kolejny przekonałem się, że to co na papierze wygląda łatwo, ładnie i spokojnie, w rzeczywistości potrafi dać w kość. Ale nie ukrywam, piszę ten felieton nabuzowany. Nabuzowany, bo przeżyłem dzisiaj coś, co pozwala mi wrócić do dawnych dobrych czasów. Nie tylko motywacja wróciła, ale wróciła również walka. Walka o wynik.

Trening, który (jeśli spojrzeć tylko na kilometraż total) to w ogóle miał być jakimś ogórkiem. 11 km total. Oczywiście znam Tomka i wiem, ze jeśli objętościowo w TP jest mało, to jak się wejdzie w bebechy zadania, to na pewno czekają tam jakieś kwiatki. Dzisiaj ten kwiatek to 12×400 po 1:10. Ale pierwsze wrażenie się kotwiczy. 11km i do domu. Poza tym myślałem sobie tak: jeśli trening 10×200 biegam średnio po 32” i jakoś strasznie się nie męczę, to 2×32” daje 1:04 i mam jeszcze 6” zapasu. Prawie rok świetlny! Spoko – dam radę.

Stadion w Lozannie wyczaiłem już dawno. Wiedziałem gdzie będę biegał, trasę TAM opanowałem już wczoraj, poleciałem. I żeby nie było – wiedziałem, że będzie wymagająco. Zwykle 400 biegam w tempie 3:20/km (1:20/odcinek). Ale jak pisałem wyżej – planowałem zapas. Niestety już po 2 odcinku uświadomiłem sobie, że przerwa 1’ pomiędzy 400tkami bieganymi po 70” to nie przerwa 2 minutowa między 200tkami bieganymi nawet po 32-33”. Na trzeciej uświadomiłem sobie, że ta minuta to właściwie nic nie pomaga. Oddech uspakajał mi się mniej więcej w 55” i zaraz trzeba było odpalać kolejny odcinek. Na czwartym próbowałem włączyć „ułamki MKONa” (4 czyli mamy już 1/3 całości), ale gówno to dawało. Na piątej chciałem złazić. Jak debil spojrzałem na tętno i zobaczyłem, ze na odcinku mam 164 a pod koniec przerwy mam 161. Czyli jakbym dalej biegł. Postanowiłem zrobić połowę – czyli 6. Ale włączyło się niemaniemogę. Postanowiłem siódmą polecieć ze śródstopia – czyli trzymać technikę. Starczyło mi jej tak do 130 metra. Mniej więcej od 4 usztywnienie (zwane za młodego „Bułgar Stojanow”) przesuwało się niebezpiecznie coraz bliżej trzysetki. Na początku zadania stawiało mnie na kratach, a po 7 poczułem usztywnienie  już po 250m. Lekko przestraszony, postanowiłem zrobić 10. I ostatnie 2 odpuścić. Ale to i tak wtedy były jeszcze 3 do zrobienia. Na ósmej zatrzymałem się z wylatującym sercem z klaty i… popuściłem w gacie z wysiłku. Literalnie. Nie wiem, czy czas zakupić pieluchy dla mężczyzn, ale ta wstydliwa bądź co bądź i na dodatek niekontrolowana czynność popchnęła mnie dalej. Po 9 obaliłem się na tartan, żeby przeleżeć te 60” ale nic to nie dawało. Było tak samo ciężko. Po 10 powiedziałem sobie KONIEC. Nareszcie. Tym bardziej, że 9 i 10 przeleciałem wolniej. Odpowiednio w 1:11 i 1:12. Więc jest uzasadnienie dla przerwania treningu. Nie idzie wytrzymać – zajechany jestem. Jednak w 59” pomyślałem – a może jednak? Tym bardziej, że ułatwiłem sobie zdejmując okulary (miało być lżej). Zobaczmy tę ostatnią pomyślałem i wystartowałem. Bach 1:10. No to jak została ostatnia to ch&j tam. Przeciez to lubię 😉 i poleciałem w 1:09. Potem padłem na amen.

Podbiegła wtedy do mnie para, która truchtała na II torze i cos tam „sawa, sawa”?  Popatrzyłem na nich i odpowiedziełem: „komsikomiskomsi komsa” 😉 Popatrzyli na mnie jak na debila, ale wyjaśniłem im, że tak sobie chwilkę jeszcze poleżę i potem się roztuchtam. Drogę do metra pokonałem emeryckim tempem, ludzie biegnący pewnie myśleli „więcej sprzętu niż talenu”. Cały w New Balance a powłóczy nogami po 6:30/km. Potem jeszcze w metrze zastanawiałem się o co kaman i dopiero pod prysznicem uświadomiłem sobie, ze byłem cały pooblepiany tartanowymi kulkami.

Ale ubiegłem. Na pewno w treningu nie pomagało to, ze pierwszą zamiast 1:10 poleciałem w 1:06. Na pewno przerwy 90” a nie 60” zrobiłyby ten trening bardziej znośnym. Jednak DAŁEM RADĘ i jestem z siebie cholernie dumny. Niemaniemoge is back!

Dwie refleksje na koniec:

  1. Stadion miejski w Lozannie. Kiedy biegałem odbywały się zajęcia dla dzieci. Duża grupa (myślę, ze koło 20 dzieci). Trenerzy (3 osoby) rozstawiają dla nich wszystko co się da i te dzieci – trochę tak jak na stacyjkach ćwiczą w grupach wszystko – przechodząc od skoku w dal do skoku w zwyż, przez sprinty (ze startem z bloków) na kulę. Oszczepu nie widziałem. Myślę, ze to fajny sposób na podejrzenie gdzie jaki dzieciak ma potencjał. Ale najfajniejsza rzecz odbywała się na trybunach. Otóż czekających rodziców „obsługiwał) czwarty trener. Tłumacząc rodzicom co robią ich dzieciaki i robił normalną prezentację o sposobach treningu (i jak się domyślam) roli rodziców w nim. Ciekawe!
  2. To czego możecie mi zazdrościć w takiej robocie jak moja to fakt, ze po takim mózgobitnym treningu kąpię się, idę do restauracji, zamawiam jedzenie, wracam do pokoju i… idę w kimę. W domu (a jest 20.15) pewnie też bym poszedł spać koło 21 ale ile byłoby przy tym gadania 😉

2 Komentarze

  1. Adam Gąbka napisał(a):

    SZACUN!!! i tyle w temacie.

  2. Michał napisał(a):

    hihihi tego zawsze zazdraszczam, zjadasz, prysznic i na kojo!!!!!

    zdrowia Marcin życzę,