etapy z życia triathlonisty
29 października 2016
odkrywam na nowo… albo po prostu słucham mądrzejszych
13 listopada 2016
Pokaż wszystkie

Od czasu do czasu jako pokłosie rozmów smentoringowych pojawia się temat, który według mnie zasługuje na szersze spojrzenie. Nie dlatego, że inne są nudne, standardowe, nieciekawe. Większość z nich albo już przerabiałem w felietonach albo są zbyt osobiste. Ten jednak był dla mnie bądź co bądź nowością. Pisze Paweł K (nazwisko znane redakcji ;)): nie lubię trenować roweru, chyba nie lubię też trenować pływania (prawdopodobnie jest to spowodowane, że jestem w tym słaby albo uważam że jestem słaby) lubię za to – uwielbiam trenować bieganie (oczywiście jak jestem w jakimś tam trybie treningowym bo teraz to aktualnie tylko biegam z Synkiem w wózku). Jednak jeśli chodzi o zawody to triathlon jest dla mnie milion razy lepszy – osiągam też na triathlonach lepsze centyle w wynikach. Więc teraz trzeba polubić trenowanie. Jak to zrobić? Zwłaszcza trenażer by się przydał żebym polubił.

Triathlon lubię ale nie lubię trenować pływania i rowerowania… Słabo to widzę 🙂 Ale pomijając kwestię, że zagadnienie jest bliskie: „Panie sMentorze – jak żyć?” to może warto zadać sobie pytanie jak się zmusić do rzeczy, z którymi chemia nie teges. Ja mam 3 sposoby.

  1. Pokazanie sobie wartości danej czynności – czyli czysty racjonalizm. Wiem, że muszę, bo przynosi to konkretne „owoce”. Mam tak z trenażerem, sokiem z buraków, robieniem treningów technicznych na basenie, rozciąganiem tuz po treningu, treningiem siłowym… wymieniać dalej? Skąd się to bierze? Niektóre z tych rzeczy są nudne, niektóre nie dają wyników (natychmiast), niektóre po prostu nie są fajne. Przykładem jest sok z buraków. Myślę, że jakby ktoś poczytał moje wpisy to miałby skojarzenie, że jestem jego ambasadorem. I dobrze. Ale czy mając do wyboru wypicia szklankę soku i szklankę coli wybrałbym sok? Pewnie nie. Piję, bo wiem, że pomaga (może i jako placebo, ale pomaga), piję, bo się zmuszam (nie przepadam za smakiem ziemi), piję, bo widzę w tym sens. I jest to tak zwana motywacja twarda. To trochę jak z przychodzeniem do roboty. Nie każdy chodzi z bananem na twarzy ale nie oznacza to, że źle robimy swoją robotę. Więc jak Paweł pisze – nie lubię trenowania roweru, to albo się z nim „polubi”, albo o dobrych wynikach w tri nie ma co marzyć.
  1. Innym sposobem na „nielubiane” czynności jest uatrakcyjnianie ich. „Trenażerowe treningi kaloryferowe” Michała Podsiadłowskiego są imponujące. Ale pewnie nie samą głową chłop je robi, ale jak widać po apelach – również tę głowę zajmuje niezłymi… filmami i serialami. Ja np. mam całą listę tytułów, które gromadzę w pliku na zimowe długie wieczory na rowerze. Polecam też prezentacje TED-owe jeśli ktoś woli coś dla rozumu, a nie tylko dla oczu. Nie oszukujmy się. Wyszukuję filmy, które mają wartką akcję albo są atrakcyjne wizualnie – wtedy czas leci jakość szybciej. Pewnie na Bergmanie nie miałbym tyle funu co na Rambo ale to kwestia gustu. Oczywiście wolałbym jeździć na zewnątrz ale łącząc pkt. 1 – widzę sens oraz punkt 2 – mam uatrakcyjniacz – nawet latem podczas ładnej pogody kowalski.coach rekomenduje przynajmniej jeden trening jakościowy w tygodniu na trenażerze. Więc szukamy sobie przyjemności i nagród. Przygotowując się do sezonu zimowego 2016/17 wymyśliłem patent z podstawką na kindla i mam zamiar czytać ile się da. Oczywiście nawet najlepszy film nie skupi twojej uwagi jak jest do zrobienia naprawdę potężny trening jakościowy. I to mój 3 patent.
  2. Nawet wtedy gdy nie trenowałem z trenerem, miałem poczucie, że czas na treningu leci szybciej jeśli jest jakieś zadanie do zrobienia. Jakiekolwiek. Nie mówię o zadaniu tak mocnym, że nie rozumiem co jest w napisach w filmie (zdarzało mi się tak). Mówię o elemencie treningu, który ma za cel lekko wyjąć mnie z tego chomikowego powtarzania w jednostajnym rytmie: prawa – lewa. Przykład: można biec wybieganie 12 km ale można biec to samo wybieganie w formie fartleka. Można jeździć 90’ na rowerze ciągiem a można po każdym 45’ zwiększać i zmniejszać kadencję i ją utrzymywać przez dany czas, można kręcić jedną nogą krótkie odcinki, a podczas pływania „umówić się ze sobą”, że na danej setce oddychamy tylko na jedną stronę albo kontrolujemy to co dzieje się z lewą ręką. Tych mikrozadań może być nieskończona ilość. Oczywiście najlepiej byłoby mieć jak największą ilość treningów jakościowych – wtedy nuda mniejsza i satysfakcja po wykonaniu większa ale tak się nie da. Kiedyś ten tlen trzeba zrobić…

Każdy z nas ma swoje patenty na nielubiane „obowiązki” czy to domowe czy treningowe. Specjalnie nie napisałem o kolegach i grupach treningowych, które są według mnie bardzo dużym motywatorem i „zmuszaczem”. Jednak ponieważ jestem zwolennikiem myślenia, że trening jest dopasowany do możliwości i predyspozycji zawodnika uparcie twierdzę, że tak jak tlenówkę można robić w grupie to treningi jakościowe robię w 99% procentach indywidualnie.

trenazer-razem

 

A niezależnie od patentów i tak przyjdzie taki czas, że dane działanie stanie się nawykiem i wtedy to już po kłopocie….

6 Komentarze

  1. wizz napisał(a):

    Przy długich i „nudnych” tlenowych treningach, czy biegowych, czy rowerowych, dobrze u mnie sprawdzają się audiobooki. Włączę sobie takiego i wyobraźnia pracuje w nadgodzinach. W głowie leci film. Jest to o tyle fajne, że da się w trakcie biegania i nie trzeba do tego telewizora czy laptopa, jak się siedzi na rowerze. Można również posłuchać ciekawych podcastów, etc.

  2. Janusz napisał(a):

    Właśnie zostałem obdarowany 2 terabajtami seriali. Uwielbiam sezon trenażerowy:)

  3. endutrition.pl napisał(a):

    Kindla w tym czasie nie ogarniesz ale audiobooka czemu nie ? 🙂 Trening mentalny natomiast zrobisz na pewno.
    Polecamy w temacie nasz wpisz: „Trenuj głowę pływaku”.

    http://endutrition.pl/sprzet-i-rady/trenuj-glowe-plywaku-joe-friel/

  4. Kuba M. napisał(a):

    seriale i filmy to coś co przytrzymuje przy życiu 🙂