trenerzy pływania robicie to źle…
7 stycznia 2017
MKON na bieżni – piekło zamarza :)
21 stycznia 2017
Pokaż wszystkie
img_1861

na rozgrzewkę w krótkich gaciach. Można? Można…

Kiedyś obiecałem sobie, że nie będę pisał ani relacji ze wszystkich startów ani recenzji zawodów. To pierwsze, bo to pewnie nikogo nie interesuje, a to drugie – bo mamy www.lepszytriathlon.pl

Wczoraj startowałem w Chomiczówce, a jak kowalski.coach pisze: „to było dobre bieganie – jeśli do tej pory nie wspomniałem” – to chyba warto coś skrobnąć. Ale nie będzie o biegu. O głowie będzie.

Z powodów logistycznych (wylot do roboty) nie udało mi się wystartować w zawodach, które zawsze kończą mój okres roztrenowania, czyli Żoliborskim Biegu Mikołajkowym. Zamiast tego, tydzień później chciałem zrobić sprawdzian na 10km – żeby zobaczyć jak jest. Załamałem się (nie tylko ja – pogoda równieżJ), bo nie potrafiłem w tempie przebiec 10km. Biegałem na kultowej trasie „do oczyszczalni”. W tamtą stronę (4km) jest lekko z górki, a z powrotem dopiero zaczyna się bal więc dodatkowo psycha siadła na maksa. Nie wyobrażałem sobie, że utrzymam tempo pierwszych km i po naprawdę słabych negocjacjach z sobą, po prostu się zatrzymałem. Mój wynik na 5km (bo tyle pozwoliła mi przebiec przyzwoitość) wyniósł 17’06. Wprawdzie noga uciekała, bo śnieżyło na maksa, ale nie było dla mnie żadnych excuse. Załamka była na całego. Jak truchtałem do samochodu, to byłem bardziej przerażony „odpuszczeniem” niż brakiem formy. Wiadomo, że drugiej piątki tak bym nie pobiegł, ale strach jaki mnie ogarnął przed wysiłkiem z tą piątka był przerażający. I mimo tego, że po 4’ roztruchtania powiedziałem sobie: „MKON niemaniemogę!” i poleciałem drugą piątkę – tym razem w 17’41, to niesmak pozostał. Ja, uważający się za dobrego biegacza, nie mam ODWAGI podjąć wysiłku przebiegnięcia 10km ciągiem. Bo pod górkę i bo boli. Jakoś dziwnie nie interesowało mnie po ile to było, bo nad formą można popracować. Nad głową gorzej…

mkon

rękawiczki foliowe – najlepsze na starty zimą! fot. Piotr Maj

Fascynująca była moja rozmowa z Tomkiem, kiedy to powiedziałem wprost – biorę tego byka za rogi. Nie odpuszczamy, ale jedziemy dużo trudnych treningów – takich, przed którymi będę „srał po gaciach”, bo muszę się oswoić z wysiłkiem i przygotować mentalnie… Chciałem – dostałem. Najciekawszym treningiem jaki dostałem był 10, a potem 12 km BC2 na „samopoczucie”. Widziałem, że mogę pobiec wolniej, ale przecież MUSZĘ coś sobie udowodnić więc biegałem tak jak bym chciał. Bolało, było ciężko, ale dawałem radę. A satysfakcja po takim treningu OGROMNA. Potem pojawił się mentalnie najważniejszy trening tego okresu – 5x2km w tempie w jakim nie biegałem przez ostatnie 1,5 roku. Strasznie się stresowałem przed, ale podszedłem do tego treningu jak do zawodów i … jakoś poszło. Kolejny stres level osiągnięty i ogarnięty.

Tomek dodatkowo KAZAŁ mi zapisać się na Chomiczówkę. Nie miałem jakoś specjalnie ochoty, ale podchodziłem do tego, jako do kolejnego sprawdzianu. Cytuję: „do ogorka tez mozna podejsc ambitnie i z 110% zaangazowaniem”. No to się zapisałem z zamiarem powalczenia z… No właśnie – największym rywalem dla mnie (już od dłuższego czasu) w startach biegowych jest Pan Garmin. To z nim się ścigam i to on jest bezwzględnym towarzyszem mojego wysiłku. Bezwzględnym, bo mniej więcej co kilometr wystawia mi świadectwo mojej kompetencji i przygotowania lub jej braku. Powiedzieć, że nie mam w głowie tych 2×5 zamiast 10km z grudnia, to jakby nie powiedzieć nic. Tomek oczywiście nie wyznaczał żadnych celów poza powiedzeniem: „tylko wiesz: mocno ma być”. Ja jak w przypadku BC2 na samopoczucie niby zawsze mogłem powiedzieć: „dyspozycja dnia”, ale ten MKON w środku Koniecznego doskonale wiedziałby jak jest naprawdę. Ustaliłem sobie więc (do czego wszystkich zachęcam) cel minimum i maksimum. Minimum oznaczał przebiegnięcie całości w 3:35/km, a maksimum w zeszłorocznej prędkości maratońskiej – czyli po 3:30. Strzał startera i … tradycyjnie zaczynamy negocjacje. Pierwsze kilometry zdecydowanie za szybko (ok.3:20/25), ale w swojej skali określam je jako: „średnio-ciężko, ale stabilnie”. Następne już kontroluję, ale myślę sobie tak: mam nowy zegarek na pewno pokaże mi nowy rekord na 5km. Lecę więc tak jak lecę – zobaczymy co będzie, potem – najwyżej zwolnię. Jak udaje mi się utrzymywać tempo, pojawia się kolejny mikrocel – zróbmy rewanż za „grudniową ściemę” i w takim tempie (5-tka poszła w 17:12). Zobaczmy czy ubiegnę te 10km. No to cisnę. Nie jest łatwiej, ale ta myśl: przebiegniesz 10 i potem zwalniasz – ba na pewno nie będzie więcej siły – jakoś daje motywację. Wiem, że jeśli osiągnę wynik poniżej 35’/10km będę bardzo zadowolony. I ta druga pętla jakoś mija. Zegarek pokazuje 34:40 i już wiem, że to oszukiwanie siebie w stylu „a teraz możesz zwolnić”, to ściema na maksa. Widzę, że jest szansa, utrzymując podobne tempo zrealizować cel maksimum, czyli pobiec w okolicach 3:30. Włączam więc MKON’a, wyrzucam dziewczynom pas HR i sapiąc cisnę do mety. Wiem, że wygrałem z głową. I będzie to naprawdę zacne zwycięstwo. Wprawdzie to dopiero bitwa, a nie wojna, ale wszystko jest na dobrej drodze.

Co mi pomaga? Na pewno bardzo wymagające treningi. One oswajają mnie z wysiłkiem, zmuszają do odpowiedniego przygotowania się do treningu i mocno mobilizują. Bieganie na sucho jest bieganiem znacznie szybszym niż w tri, więc mam tutaj do czynienia z innym bólem. Eksperymentuję z no-spa (dzięki Bartek aka Warszawski Biegacz za inspirację), futruję się galaretkami PRE Enervita przed ważnym treningiem, no i w końcu zacząłem pracować nad mentalnym rozluźnieniem przed. Bolało, boli i będzie boleć jak chce się coś osiągnąć. Ale można to oswoić.

W następnym odcinku o treningu mentalnym jaki zaczynam po to, żeby już nigdy nie spać raptem 20’ netto przed ważnymi zawodami. Stay tuned!

10 Komentarze

  1. Dziadek Arek napisał(a):

    110% w tym okresie to cholernie mocno… ciekawe jakie efekty to da w sezonie. Teoretycznie i zgodnie ze statystykami jesteś już w tym okresie, że można się spodziewać 0.7% utraty wydolności… Czego oczywiście Ci nie życzę a wręcz odwrotnie… Ty nasz Ewenemencie… :-)))

    • mkon napisał(a):

      Arek ale ja czuję te 0,7%. I to bardzo. Szczególnie na regeneracji. W sumie to dobrze, że dałem się namówić Jackowi N. na podjęcie rękawicy w M-45 bo nie wiem czy do M-50 dotrzymam… 🙂 tak czasami mi się nie chce

  2. kajet napisał(a):

    Nie żebym się porównywał, ale też wyznaczyłem sobie cel maksimum i minimum, też pierwszą piątkę pobiegłem mocno (tzn. moje „mocno”) i też mówiłem sobie, że „fajnie się biegnie, najwyżej zwolnię, tym bardziej, że zawsze przyspieszam, to zobaczmy, jak jest w drugą stronę”. No i zwolniłem… ale TP i tak pokazał mi wzrost progu anaerobowego o 3 uderzenia. Chyba łatwiej się zmobilizować do trzymania jakiegoś tempa niż do przyspieszania.

    • mkon napisał(a):

      ja wielokrotnie łapię się na tym, ze jak pierwszy dajmy na to kilometr mam lekko szybszy niż plan to natychmiast staje się on celem do utrzymania… oczywiście jeśli nie jest zbyt szybki 🙂

  3. SidorKa napisał(a):

    Dzieki Marcinie za tekst. Racja z tym pokonywaniem wlasnej niemocy. Bez wzgledu na poziom sportowy kiedys wkraczamy w kolejna strefe komfortu i ciezko sie mentalnie zebrac by znow podjac wyzwanie. Ja mam podobnie jak sie upodle to sie przelamie i wtedy znow wszystko wskakuje na swoje miejsce. W innym wypadku trenujemy, staramy sie a jednak! Jednak jest stagnacja wynikajaca czasem z nudy, monotonii bodzcow, powtarzalności, wlasnej wygody i kilku innych skladowych. Kazdy z nas sie albo z tym zmierzyl, albo sie zmierzy i wtedy warto znalezc swoje „kolo ratunkowe” czego wszystkim zycze!

  4. marsjanin napisał(a):

    on i jego galaretki…hahaha….

  5. sopelwawa napisał(a):

    o to ,że ci kiedyś te gówna bokiem wyjdą jak ci wywali wątrobę…

    • mkon napisał(a):

      myślę, ze w piersi kurczaka hodowlanego jest więcej gówna niż w takiej galaretce 🙂

  6. warszawskypendrive napisał(a):

    szczerze mówiąc to nie wiem czego bardziej gratulować. Czy wyniku czy motywacji do startu w biegu w którym w kategoriach przyznano jakieś chińskie statuety za 15 PLN. Doceniono tylko pierwsze trójki w generalce.Może to i dobrze ,że chociaż ich – bo ich wyniki były faktycznie kosmiczne.