szewc bez butów chodzi…
20 lutego 2016
zatracenie się
23 lutego 2016
Pokaż wszystkie

Mam do zrobienia 7 x 2km. Biegam jak zwykle na ul. Leśnej. Specyfiką tego odcinka jest to, ze TAM jest lekko z górki (nie cały czas) z powrotem jest oczywiście pod górkę. Kuszenie postępuje. Po każdym odcinku 3′ przerwy więc kusi aby bieg w odwrotnym kierunku niż kierunek biegu (biegnąc z górki) a biegnąc z powrotem, żeby przerwy biec w stronę końca. Dzięki temu wykorzystanie terenu lekko wspierać będzie „trudy” tego treningu. Kusi jak cholera. Tylko po co? To jest to, co nazywam chodzeniem „na skróty”.

 

leśna

 

A dzieje się tak(jak obserwuję) na każdym kroku. Począwszy od nawigacji samochodowej a skończywszy na przykładzie powyżej – czyli ułatwianiu sobie trenowania. Dobrze to widać np. na forach. Nowy forowicz zamiast wpisać odpowiednią frazę w search pisze: wiem, że temat prawdopodobnie wałkowany wielokrotnie, ale chciałbym zapytać o…  Jasne, zawsze znajdzie się jakiś życzliwy, który jednak podpowie. Ale generalnie rozleniwiamy się. Kupujemy tabletki, które mają dostarczyć nam optymalną ilość magnezu, albo wydajemy kasę na żywienie pudełkowe zamiast zrobić sobie samemu porządny zbilansowany posiłek. Potrzebujemy coacha, który nas zmobilizuje do wysiłku albo i nawet samego wyjścia na trening. Wiem, czasami jest to środek do celu. Ergo: nie mam czasu na gotowanie, a stać mnie – idę w dietę pudełkową. Nie chce mi się szukać na forach albo się nie znam – szukam kogoś, komu zapłacę i zrobi to za mnie. Tak działa outsourcing. A ja się czasami zastanawiam, czy ten mniejszy wysiłek podczas procesu przygotowawczego nie przekłada się potem na łatwiejszą rezygnację. W trakcie zawodów nie będzie coacha. Na 30 km maratonu nie powie: dajesz MKON. MKON będzie musiał sam się zmobilizować. Pojedziemy na zawody, daleko od diety pudełkowej, to brak umiejętności pewnych podstaw skończy się smutno, bo przecież nie umiejąc zrobić sobie zbilansowanego posiłku pójdę do restauracji. Na glutaminian sodu – wiadomo.

Ucząc ludzi zarządzania pracownikami często dyskutujemy, jakie są powody, dla których ludzie nie realizują zadań, które otrzymują. Ludzie nie realizują celów, bo nie umieją albo im się nie chce. Jest jeszcze kwestia zasobów – ale o tym na koniec.

Patrząc na kolegów sportowców, którzy idą na skróty,  zastanawiam się dlaczego nawet jeśli używamy czyjejś dostarczanej nam wiedzy (bo sami nie umiemy) sami na tym nie skorzystamy. Czasami ręce aż opadają jak dajemy się robić w balona (czasami niekoniecznie intencyjnie) a wyłączanie myślenia w kontekście: zapłaciłem za usługę – ufam – więc nie kontestuję – prowadzi na manowce. Przykład: dieta redukcyjna zakupioną przez kolegę. Patrzę na jadłospis i widzę porcję 50 gram płatków na śniadanie. I co robi kolega – płatki to płatki: wsypuje 50 gramów „chocapic”. No jaja jakieś. Nie mam wiedzy – nie kontestuję. Inny przykład: wierzę, że plan zaordynowany przez trenera jest super – zadziałał. A co jak skończy mi się kasa? Przestaję trenować? Czy nie warto poznać mechanizmu sugerowanego mi treningu? A co jeśli trener jest akurat na wyjeździe i nie podeśle planu na czas? Nie trenuję przez pierwsze dni tygodnia?

Czasami jest jeszcze gorzej. Idziemy w ślepą wiarę tego co działa u innych: MKON czy mógłbyś mi podesłać swój plan treningowy jaki miałeś w 2015? Jasne, ale chcesz go skopiować? Nie, chcę się zainspirować. Wtedy jest ok. Ale jak ktoś zrobi kopię 1:1, to raczej nie zaprowadzi go to w dobrą stronę. Ani ja nie jestem nim/nią ani ona/on mną.

Podsumowując. Mamy teraz w mediach społecznościowych wysyp obrazków porównujących tzw. prawdziwych mężczyzn z tymi drugimi. Ci pierwsi jak się złapie gumę zdejmują koło a ci drudzy dzwonią po pomoc drogową. Mnie bliżej jest mi do tych pierwszych bo chyba mniej im się zdarza iść na skróty. Bo bez pracy nie ma kołaczy. Tak to mi się wydaje. I to oddaje potem, gdy nadchodzi moment próby.

Z trzech poruszonych przeze mnie przeszkód w realizacji celu poruszyłem jedną – brak umiejętności. Przy braku motywacji – nie ma sensu nawet kupować sobie butów do biegania. Nikt za Ciebie nic nie zrobi – po prostu szkoda gadać. W przypadku braku zasobów – np. czasu outsourcing i priorytetyzacja jest jedynym wyjściem.

NOTE: felieton ukazał się dzisiaj na AT. Tutaj znajdziecie lekko zmienioną wersję 🙂

6 Komentarze

  1. Artur Pupka napisał(a):

    👍👏👏👏

  2. pt napisał(a):

    Faktycznie, czym latwiej na etapie przygotowan, tym latwiej sie pozniej odpuszcza. Przyklad z innej dziedziny, wspinaczki wysokogorskiej. Kiedys pojechalem w gory Pamiry – droga ladowa, dzien autobusem do Lwowa, w sumie lacznie ponad 100h jazdy sowieckimi pociagami do Biszkeku, i na koniec 2 dni samochodami po drogach Kirgistanu. Mozna bylo samolotami mocno sobie skrocic, ale nie bylo kasy. Na 7000m bylo ciezko, ale mysl o tych tysiacach km w podrozy i wszystkich innych wyrzeczeniach, dzialala mocno otrzezwiajaco i dosc szybko wypierala mysli zeby zawrocic. Wiely ‚westmanow’, jak ich wtedy nazywalismy, zawracala, z mysla, ze przyleca za rok jeszcze raz.

  3. Mfm napisał(a):

    To prawda. Nic za darmo i nie ma drogi gdzies boczkiem. Mnie tylko martwi, a moze czasem zadziwia inna kwestia, ktora moze poruszysz w innych tekstach. Zatracenie. Obserwuje sporo osob, ktore trafily do tri po 30stce i od tego czasu nic dla nich innego nie istnieje. Troche to rozumiem, bo sport jest piekny i tworczy. Cudownie rozwija zycie i upieksza kazda chwile. Ale gdzies wydaje mi sie ze sporo osob traci umiar w tym wszystkim i szuka samorealizacji kosztem prawdziwego zycia. Trudno im przyjac ze w tym wieku nie mozma mowic o wyczynie jesli nie bylo wczesniej takiej aktywnosci. Nic na skroty potrafia wtedy interpretowac. Cel kosztem zycia. To taka moja obserwacja pewnych socjologicznych zdarzen. Ze sportowym pozdrowieniem! 😉

    • mkon napisał(a):

      pisałem już o tym wielokrotnie ale napiszę jeszcze raz – zatracenie – to jest temat na felieton 🙂

  4. Mfm napisał(a):

    Chętnie przeczytam w takim razie jakie jest Twoje podejście do tego wątku.