dialogi (z fizjoterapeutą) na 4 nogi
6 kwietnia 2017
MKONa 2017 z marca
15 kwietnia 2017
Pokaż wszystkie

W zeszłym roku popełniłem kilka felietonów o patentach motywacyjnych. Było o potędze pięciu, o kotwicy, o pozytywnym wzmacnianiu. Dzisiaj chciałbym podzielić się z Wami banalną historią motywatora, który „przymusił mnie” do zrobienia treningu. Ale najpierw wstęp do historii. Do maratonu 10 dni każdy trening ma znaczenie. Nie tylko trening ale również to jaki to trening i w jakich okolicznościach przyrody.

Szkolę w Łebie. Wieje i strasznie pada. W ostatnim dniu szkolenia (środa) Kowalski.coach zaplanował 24km w tempie średnim (dla mnie obecnie jest to 4:30/km) czyli trening nie będący akcentem ale już przez swoją objętość dość zacny. Dzień szkoleniowy zaczynam o 8.30 więc zrobienie tego treningu przed szkoleniem nie wchodzi w grę. Dodatkowym aspektem demotywującym jest fakt, ze następnego dnia (czwartek) nie pracuję a w planie treningowym WOLNE. Nosz kurcze – dlaczego by tych dni nie zamienić. Jaki jest sens robienia w kiepskiej pogodzie 24km kiedy to na dzień drugi – w super okolicznościach przyrody oraz przeogromnych możliwości regeneracji można zrobić ten sam trening. Zarzucam wędkę ale słyszę uzasadnienie: zobacz co się dzieje w piątek. W piątek mamy szybkie bieganie a w niedzielę ostatni akcent do maratonu. Jak tłumaczy Tomek istotniejsze jest mieć dzień wolny przed treningiem szybkościowym. Nawet kosztem biegania w wietrznej pogodzie, w deszczu oraz wracania autem tuż po treningu. Ale ciągle mnie to nie przekonuje. W ciągu całej wtorkowej dyskusji słyszę, że Tomek zaczyna się łamać. Padają teksty typu: „Jest sens w moim pomyśle ale ponieważ widzę twój wielki opór to najwyżej zmienimy trening piątkowy”. Jest dobrze myślę sobie. Ustalenie ostateczne – w drugim dniu szkolenia (środa) w ciągu dnia mamy zdecydować. Znaczy ja mam zadecydować.

Niestety dla samego siebie jak każdego wieczora po pierwszym dniu szkolenia odwiedzam sklep spożywczy chcąc przygotować sobie żarełko na drogę powrotną. Mój przepis jest prosty. Do pojemnika ładuję: owsiankę provena, maślankę lub kefir oraz truskawki mrożone (zdążą się rozmrozić przez noc czekając na mnie w aucie). To daje mi smaczny, wartościowy posiłek na drogę powrotną (niezależnie czy z treningiem czy nie). I na swoje nieszczęście zauważam na półce MALTANKI. Oczywiście kupuję. I te maltanki są dla mnie powodem dla którego już wiem, że niezależnie od warunków pogodowych zrobię ten cholerny trening właśnie tego dnia. Bo nie miałbym sumienia ani nie zjeść ich w drodze powrotnej. A zjeść bez treningu – to przecież obciach. Wiem, ze najważniejszą z motywacji jest ta wewnętrza ale jak ta nie pomaga czas udać się po pomoc do motywatorów zewnętrznych.

Więc plan jest taki: szkolenie, szybka przebierka na sali szkoleniowej, 24km biegania, powrót do hotelu, przebierka w kibelku, 2 gripexy (bo pogoda się nie poprawiła), owsianka i… cała paczka MALTANEK. A co!

 

4 Komentarze

  1. Maciek napisał(a):

    Gripex „profilaktycznie” zapodałeś czy jak? 🙂

    • mkon napisał(a):

      nie. po biegu i przebierce już w aucie łyknąłem dwa tak dla spokojnego sumienia

  2. estrada napisał(a):

    My jedliśmy kiedyś kotleciki na obiad po szkoleniu a prowadzący jakąś breję z pojemniczka plastikowego.
    Co gorsze miało to kolor g…..
    I to wszystko po to żeby zająć setne miejsce i wygrać kategorię M50 i 1/4 …..☹