Janusz trenuje bieganie…
28 sierpnia 2016
mity part II – czyli mamy pełne 10
1 września 2016
Pokaż wszystkie

 

 

Mit nr 1: Żonie podoba się, że trenujesz.

Przez te 10 lat trenowania mieliśmy z małżonką Ewą lepsze i gorsze chwile. Oczywiście ta sinusoida była związana z ilością godzin spędzonych na treningach oraz na pewnej postawie, którą u siebie zauważyłem tj. ponieważ trenuję to ja i moje potrzeby są najważniejsze. Na szczęście mi minęło. Wielokrotnie pisałem już o tym, że trzeba utrzymywać balans (polecam wpis na blogu oraz rozdział w książce „Smentor QWA” Patryka Temskiego) ale mimo tych 10 lat ciągle moje wyjście na 6h roweru jest utożsamiane z jakąś stratą (w relacji of kors). I wiem, że żona dumna ze mnie, że wyjazdy na zawody sprawiają jej frajdę, że koleżanki tak nie mają, ale jakby nasze żony miały wybrać: 3h Waszego roweru albo 3h bycia razem (nawet w domu) to jak myślicie co by wybrały? Kurtyna.

Mit nr 2: Trenujesz więc chudniesz.

IMG_3790

2010 czyli po 3 latach trenowania. Gęba jak księżyc 😉

Oj tutaj to mam wiele do powiedzenia. Jasne – wszystko zależy od tzw. wagi startowej. Patrząc np. na takiego redaktora pączka Dowbora sprzed pierwszego Herbalife w Suszu, a teraz albo na Marka „byłem orką” Pałysę, to widać różnicę od razu. Ale już u mnie niekoniecznie aż tak dużą. Gdy patrzę na siebie na zdjęciach z 2012 roku, to widzę jakim byłem pączkiem w porównaniu do dnia dzisiejszego. Pączkiem może nie takim mega ale oponka nad biodrami na pewno dawała znać – jest jeszcze przestrzeń do zrzutu kilku kg. Z czego to się bierze? Po pierwsze z tego, że nie umiemy liczyć. Ostatnio kolega Mikusek pisze do mnie po przebiegnięciu swojej 3 w życiu piątki. Dumny z siebie jestem, trenuję coraz więcej. Teraz tylko powiedz mi co ja powinienem jeść po tych treningach. Moja odpowiedź brzmiała: ty? NIC najlepiej! No więc wyrzućmy wszystkie endomondowskie albo garminowo-polarskie liczniki kalorii, bo one są w zmowie z producentami łakoci. I zacznijmy podchodzić do tego z głową. Co z tego, że przejechałeś 30km na rowerze jeśli zjadłeś na nim 3 batony energetyczne, popiłeś 2 bidonami iso, a na koniec (przecież dziura węglowodanowa) uzupełniłeś to wszystko odżywką białkową i jeszcze dużą michą – bo sportowiec to musi dużo jeść. Tak więc nie oszukujmy się, jeśli bilans kaloryczny nie jest na minusie, to waga raczej nie spadnie. I wielokrotnie bardzo się o tym przekonałem. Inną sprawą jest ile powinniśmy ważyć i co to jest waga startowa oraz jak ją osiągnąć. Ale to na inny wpis.

Mit nr 3: Noga się liczy nie sprzęt.

Mit ale i nie mit, bo właściwie powinienem napisać, sprzęt nie załatwi za ciebie wszystkiego ale bez niego pewnej granicy nie przekroczysz. Przypominam, piszę o swoich rozczarowaniach, a właściwie mitach, jakie obaliłem w swojej „karierze”. Na początku startowałem na żelaznym rowerze szosowym marki no name za 700 zł. Ponieważ kompletnie się nie znałem na osprzęcie zdziwiłem się jak przyszedł do mnie rower i miał przerzutki na ramie, a nie w klamkach tak jak pokazywali na wyścigach szosowych na Eurosporcie. Pierwszy Susz (4:44) poleciałem na takim właśnie zestawie. Czas roweru w okolicach 2h31. Każdy kolejny start to kolejny nowy sprzęt i pamiętam sam gdy startując rok do roku w Suszu dokładałem nowe wyposażenie i liczyłem, że załatwi ono za mnie kwestię wyniku. I nie zawsze tak było. Owszem, jeżdżę teraz na najbardziej dopasowanym i superaero rowerze jakim miałem (argon 119 TT) i mogę poszczycić się, że w tym roku w Wolsztynie poleciałem 90km podczas połówki w 2h08’. Wiem, że na tym żelaznym rumaku z początku mojej kariery nie osiągnąłbym takiego wyniku. Ale nie osiągnąłbym takiego wyniku na tym rowerze, który mam, jeśli nie miałbym takiej nogi jaką mam obecnie. Jest w podejściu triathlonisty amatora do sprzętu pewna granica, a właściwie granice. Dla mnie były to: zakup roweru czasowego, fitting oraz rozpoczęcie trenowania (z głową) z pomiarem mocy. Wszystko inne to dodatki. Fajnie mi to kiedyś wytłumaczył Marcin Waniewski. Co z tego, że kupisz sobie dysk, jeśli nie masz siły rozpędzić tego dysku do takiej prędkości, żeby zysk czasowy wynikający z aerodynamiki równoważył jego wagę i inne uciążliwości z tym związane. Sprzęt sam nie pojedzie to prawda, ale od pewnej granicy liczą się detale, co najlepiej udowadnia Michał „żelazna noga” Podsiadłowski.

Mit nr 4: Ludzi interesują twoje cyferki i to, że trenujesz.

90% moich znajomych na FB się rusza (triathlonuje, biega, pływa). 90% ludzi dookoła mnie nie robi nic i mają w pompie to czy triathlon czymś różni się od biathlonu. Trzeba to zaakceptować. Nie dlatego, że przeżywałem wieeelkie rozczarowania za każdym razem jak mówiłem na szkoleniach: złamałem 9 w ironmanie i nikt na to nie zwracał uwagi. Ale dlatego, że każdy ma swoją agendę. Dlatego mitem dla mnie jest to, że trzeba informować wszystkich i wszędzie ile to dzisiaj przejechałem, z jaką prędkością itd. Kiedyś miałem nawet takiego bloga, gdzie wrzucałem swoje codzienne treningi. Teraz nie dość, że się tego wstydzę, to uświadamiam sobie, jaką bekę mogli mieć np. średni pływacy, którzy widzieli mój superhiper szybki trening pływacki, który oni robią w podobnych prędkościach pływając „nogi”. Nomem omen ostatnio na mini obozie w Szklarskiej płynąłem na torze obok Sylwka Kustera i uświadomiłem sobie jaka jest różnica między moim zadaniem 10*200m na 80% a jego pływaniem nóg z deską. Otóż niestety żadna. Oczywiście nie płynął tyle ile ja. Wystarczyło, że popłynął 100m nóg i już mi się odechciało :). Specjalnie nie pokazuję żadnych cyferek, żeby nikogo nie deprecjonować. Każdy ma swoją agendę ale przyznam się szczerzę, że coraz częściej mam odruch wyłączania powiadomień od znajomych, którzy zaczynają post od informacji ile, w jakim tempie oraz przy jakim poziomie zakwaszenia zrobili dany trening. Ale nikomu nie zabraniam. Ja nie pokazuję i pokazywać chyba nie będę.

Mit nr 5: Każdy start to życiówka.

To mit nad mity. Nie dlatego, że robię się coraz starszy a moje rekordy są bardziej wyśrubowane. Dlatego, że wychodząc z dyscypliny gdzie większość startów to była bieżnia (warunki baaaaaardzo podobne) teraz trenuję dyscyplinę tak zróżnicowaną pod względem pogody i warunków startu, że naprawdę trudno jest mówić o życiówkach. Ale w tym micie raczej chodzi o psychiczne nastawienie i tą odwieczną drabinkę, że co start to trzeba być szczebel wyżej. Nie da rady. Właśnie ze względu na warunki, a w moim przypadku również ze względu na fizjologię. Naprawdę z rozrzewnieniem wspominam czasy kiedy zaczynałem. Kiedy to ze startu na start poprawiałem się nie o sekundy ale o dziesiątki minut. Dystans długi Borówno 2009 – 10 h 08, Klagenfurt 9 h 15’. Ale potem gardło robi się coraz węższe. Z życiówką na połówce walczę już 3 lata. Z maratonem cztery. I wprawdzie walczyć będę ciągle ale szanse na wygraną coraz mniejsze 🙂

Mit 6. Liczy się TYLKO ironman.

Przez te 10 lat dojrzałem jako zawodnik ale również jako osoba trenująca. Dojrzałem, czyli mam większy dystans. Nie wszystko jest już dla mnie tylko czarne albo białe. Tak było jednak na początku mojej przygody. Wtedy, jako że przygotowywałem się do Ironmana w 2010 r. liczył się tylko ten dystans. TYLKO. Wszystko inne to nawet nie był triathlon. Powiem więcej: WTC zrobił mi takie kuku w głowie, że tylko brand IRONMAN miał znaczenie. Wszystko inne to były popłuczyny. Wiem, że parę osób jeszcze przebywa w takim stanie świadomości. O brendzie nie chcę dyskutować. Każdy ma swoją agendę chociaż dziękuję anonimowemu forumowiczowi, który swoim komentarzem uchronił mnie od zrobienia sobie dziary w kształcie Mdot’a. Ale już mogę stawać w szranki ze wszystkimi, którzy tak jak ja kiedyś uważali, żę liczy się tylko ironman. Jasne. Tak jak maraton w bieganiu. Król wszystkich dystansów triathlonowych. Ale za każdym razem gdy biegnę trening progowy, to dziękuję Bogu, że na ironmanie to będzie latanie raczej w II zakresie, a nie na pełnej k*rwie tak jak np. na sprincie albo na 1/8. I zwracam honor wszystkim, którzy startują na krótszych dystansach. Bo taką mają agendę i pomysł na siebie. I jednocześnie informuję myślących perspektywicznie: nie ma przymusu zakończyć swojej przygody na dystansie długim. Nie ma, chociaż jest to mega przygoda 🙂

IMG_7989

Borówno 2009 – mój pierwszy IRONMAN…

15 Komentarze

  1. Tomek Socha napisał(a):

    Fajny wpis. Mam mniejszy staż, zupełnie niesportową przeszłość sportową, wyniki nieporównywalne, a podobne przemyślenia. Przypadek ? 🙂

  2. ŁW napisał(a):

    Super napisane. Ja jestem na poczatku swojej przygody z TRI i z jednej strony chcialbym miec juz takie doswiadczenia jak Ty, z drugiej jednak ten dreszczyk emocji nowicjusza i ogromne pole do poprawy w kolejnych startach sa nie do przecenienia 🙂

  3. Bogusław napisał(a):

    Pierwsze 5 mitów – 100% zgoda. 6-tki jeszcze (z rozmysłem) nie doświadczyłem. Ale najlepsze jest górne zdjęcie – wyglądasz jak Arnold Szwarceneger :-). Różnisz się tylko bródką 😉

  4. Mikołaj Miko napisał(a):

    Dziękuję Marcin za ten tekst..napisałem Ci na priv czym to dla mnie jest i jak bardzo osobiste..Mikołaj

  5. Bart napisał(a):

    I to mi się podoba !!
    I dlatego (między innymi) startuję w sprintach, dlatego pływam żabką (ale będzie kraul), dlatego staruję na składaku z 20′ calowymi kołami.
    Bo robię to dla zdrowia i for fun :))

  6. Irek Tarasiewicz napisał(a):

    Fajne, refleksyjne, chyba z lekką nutką nostalgii (?). Ciekawe będzie przeczytanie podobnych podsumowań za następne 10 lat (spędzonych oczywiście w dobrym zdrowiu na uprawianiu triathlonu).

    • mkon napisał(a):

      oczywiście, że z nostalgią. Ale najbardziej nostalgiczny felieton jeszcze się pisze 😉

  7. Baniak napisał(a):

    Hej. Fajny wpis i w sumie z większością się zgadzam. A powiedz mi, pamiętasz jakie miałeś czasy na tej szosie za 700zł (na 90km)jak stwierdziłeś że pora na zmianę sprzętu na tt? Teoretycznie ja zbliżam się do takiego progu jednak mam jeszcze wątpliwości spore że jednak napycham swoje ego twierdząc że już na swojej szosie wiele szybciej nie pojadę. Faktem jest że podczas ostatniego startu jak było pod górkę to łykałem wiele czasówek które potem mijały mnie bez problemu jak było płasko lub z górki… ale tak jak pisałem,czuje ze mogę sobie coś wmawiać bo te moje czasy to dupy nie urywają.

    • mkon napisał(a):

      najszybciej pojechałem 2h31. I więcej naprawdę się nie dało choć próbowałem 😉 ale nie o czas tutaj idzie a raczej o komfort jazdy i to co zostaje potem na bieg

  8. Artur Pupka napisał(a):

    Dobry tekst i fajnie wypunktowane. Ad. 6. Racja. Ale po roku przerwy bez pelnego dystansu zaczalem odczuwac jego brak… Dlatego juz sie zapisalem na 2017:) Na tym dystansie mam TEN dreszcz emocji, przezywam cos magicznego, czuje, ze jest to niepowtarzalne, za kazdym razem inne… :)))

  9. kajet napisał(a):

    Primo, ciekawie i jak zwykle zabawnie. Secundo – czy gdy wygrywałeś Borówno w 2009, też byłeś pączuś, czy po prostu się zapuściłeś lekko przed rokiem 2010? Tertio: kiedy radziłbyś leszczowi zabrać się za dystans 1/2? A za pełny? (Kiedy – np. po osiągnięciu jakiego wyniku na krótszym dystansie, albo po ilu sezonach/latach itp.)

    • mkon napisał(a):

      Krzychu. W 2009 wydawało mi się, że mam wagę startową. Tj. miałem wagę odpowiednią do tamtego poziomu wytrenowania. patrząc na mnie dzisiaj i wtedy była różnica ;). Nawet nie tyle, ze w kg (wtedy 74-5, dzisiaj 70-71) ale w składzie ciała raczej. Za dystans 1/2 można zabierać się kiedy chcesz. Według mnie trening na poziomie 7-10h da ci szansą na zrobienie przyzwoitego wyniku (5.00-5.30). ja na zrobienie pełnego dałem sobei 3 lata trenowania. Wiem, ze są osoby które robią to szybciej. Wszystko determinuje cel. Jeśli np. masz doświadczenia ultramaratońskie a czas debiutu nie ma dla ciebie znaczenia to ironmana ukończysz w limicie bez problemu. Jeśli zależy ci na czasie (np. sub 11h) to zacząłbym trenować pod to dopiero mając odpowiednią bazę z 1/2 (5h). Jednak głowną determinantą w treningu do IM jest rodzina jak dla mnie. Dzieci do 10 poczekaj. Dzieci nie ma – spiesz się z treningiem 😉

      • kajet napisał(a):

        Dzięki! To się nazywa konkret. Te 7-10 to nie tak dużo, teraz tyle trenuję do ćwiartki (celując w czas sub-2:40 przy fatalnym pływaniu rzędu 23 minut), więc na pewno mnie zachęciłeś – bo liczba godzin treningu jest istotnym zniechęcaczem (córki mają 2 i 4 lata). Kolega sugerował, żeby nie zabierać się za połówkę mając życiówkę na 1/4 powyżej 2:30, ale może postawię sobie cele ok. 2:30 na ćwiartce i <5:30 na połówce na przyszły sezon i tyle.