Jacek Nowakowski superSTAR
15 października 2017
4 tygodnie laby? A nie poczekaj – masakry
22 października 2017
Pokaż wszystkie

Chciałbym krótko podsumować imprezę o nazwie Mistrzostwa Świata IRONMAN. Nie tylko dlatego, że właśnie wyjeżdżamy z Hawajów, ale przede wszystkim, aby spróbować skończyć ten miły ale i męczący potok gratulacji i pseudouwielbienia (bo auto to już dawno jest).

Tych kilka refleksji może pokażą miniony start w trochę innym świetle, a może rozczarują – nie wiem.

w 2012 miałem pasek z Borówna 2009, w tym roku ten, w którym wygrałem tytuł w Malborku

Impreza jakich mało.

Mistrzostwa Świata to impreza klasy światowej. Z wierzchu. Będąc tutaj już drugi raz miałem poczucie dwóch światów. Jednego – czyli naprawdę super organizacyjnie przygotowanego eventu KOMERCYJNEGO i drugiego – czyli normalnego ludzkiego paprania niektórych spraw. Z rzeczy zachwycających:

  1. marketing i komercja. Logo ironman na każdym kroku i na każdym przedmiocie, który oczywiście możesz kupić. Rzecz bez logo – 100 usd, rzecz z logo 180 J. Za ten marketing ich podziwiam. Spotkałem Prezesa Ironmana i powiedziałem mu to ale chyba aluzju nie poniał 🙂
  2. organizacja strefy, logistyka zawodów. Naprawdę wszystko szybko i sprawnie. Wolontariusze mega pomocni i bardzo ich dużo. Kosmo – prawie jak w Polsce
  3. bufety – na wypasie – i tak jak pisałem wszystko zimne.

Z rzeczy słabych: samochody na trasie. W tym jeden prawie zabity ajronmen. Jadąc do Hawi ścigaliśmy się z normalnie jeżdżącymi autami. Nie wiem czy były to samochody z ludźmi typu VIP, ale nie wyglądali. Słabe.

Generalnie polecam bardzo 🙂 ale mam już zdecydowanie chłodniejsza głowę niż w 2012 r.

w sumie to za tymi amerykańskimi truckami łatwo draftować, gorzej jak wyjedzie ci na zawodach z bocznej uliczki

Trzeba robić swoje, czyli to co działa w Polsce powinno zadziałać tutaj.

Tak jak już wielokrotnie pisałem wszystko sprawdziłem. Naprawdę wszystko. Wiedziałem jak zadziałają na mnie batony a jak żele, jak mam się ubrać i czy nic nie obciera. Sprawdziłem również rutyny przedstartowe – poszedłem na tydzień przed zawodami do lokalnego fryzjera, znalazłem jedyny sklep z prawiepolskimi pączkami – wszystko przećwiczone. I nie ma co zmieniać nawyków przed. Zresztą teraz, po zawodach, myślę sobie – teraz to już mam jeden jedyny benchmark na te rutyny, bo bardziej chyba już nie zadziałają 😉

Czasami z czegoś się rezygnuje.

Ten punkt może być najbardziej rozczarowujący dla niektórych, bo wiedząc, że nie będę miał szans na ładowanie burakami świadomie z nich zrezygnowałem w całym procesie przygotowawczym do ironmana. Po prostu postawiłem na „chemię” z Enervitu. I zadziałało. Ale zadziałało, bo wreszcie miałem nie tylko dostęp do dobrych produktów ale i świadomość ich dawkowania – jeszcze raz dzięki Tomek Kałużny.

Jak jechać to na całego.

W 2012 roku, mimo że przyjechaliśmy finansowo przygotowani to i tak włączył mi się scroodge. W tym więc roku przyjechaliśmy z podobnym budżetem ale na maksa nastawieni – nie oszczędzamy. Bo rzeczywiście nie ma sensu przyjechać i ściubić. Nie wiem jak 5 lat temu poruszaliśmy się tutaj bez auta. I to całe 11 dni. 3 tysiące w tę czy w tamtą stronę naprawdę nie zrobi różnicy. Po prostu trzeba więcej zaoszczędzić przed urlopem. Ale dzięki temu moja żona przekonała się do stejków.

Na koniec – głowa, głowa i jeszcze raz głowa.

Myślę, że do końca życia pamiętać będę uczucie, kiedy na 3 czy 4 km  minął mnie Belg spychając z miejsca 3 na 4. I tę myśl, która pojawiła mi się na mikrosekundę: poczekamy, zobaczymy na 30 km. I rzeczywiście poczekaliśmy i mimo, że nie było tam walki takiej cios za cios, a raczej ja umieram mniej, a ty bardziej, to jednak ten margines „umierania” to nie tylko odpowiednio wyższy poziom glikogenu ale trochę mniej „niemaniemogę” u kolegi.

Czego Wszystkim Państwu życzę! Aloha, Mahalo i wszystkie inne Kamahamehi.

jak to powiedział Andrew: Marcin good for Polish triathlon!

 

4 Komentarze

  1. Jula napisał(a):

    Endrju, jak widać, zna się na rzeczy. Brawo jemu!
    P.S. A już poważnie, uświadomił mi mistrz jedną, ale to zajebiście ważną rzecz. Jeb@ć LOGO!
    P.S.2. Maloha, Kamahamehi…czy ty nas czasem nie obrażasz? ;]

  2. Marek Ziółkowski napisał(a):

    Szczerze mówiąc po zajawce na fejsie oczekiwałem czegoś mocniejszego, bardziej szczegółowego (coś jak po Wolsztynie:)).
    A poważniej, uważam, że wszystkie te uwagi sprowadzają się do jednego wniosku. Opłata jest niewspółmierna do usługi. W szczególności uważam, że angażowanie wolontariuszy, którzy zazwyczaj są najbardziej zaangażowani, jest największą nieuczciwością wszystkich organizatorów imprez, a w szczególności tego spod znaku M.
    Np. Chorwaci z Puli muszą się jeszcze dużo uczyć, najlepiej od naszej Gdyni, a wolontariusze są tacy jak wszędzie, bardzo pomocni.
    Z drugiej strony zastanawiam się czy my Polacy nie zostaliśmy przypadkiem zbyt rozpieszczeni, nie wiem zbyt dużo zagranicy nie widziałem.
    Akapit o enervicie niestety bardzo czytelny, zobowiązania to zobowiązania. Ja jeśli miałbym wybór, wolałbym dostać sraczki po burakach niż po jakimś kleju z tubki. Ale rozumiem, logistycznie tak było łatwiej. To było by coś, buraki w walizce z rowerem:).
    Tak czy siak, zrobiłeś wielką rzecz i jakby nie patrzeć czuję się poniekąd trochę zainspirowany. Pozdrawiam

    • mkon napisał(a):

      Marek posłuchaj podcastu swim bike run to zobaczysz całość obrazu z odżywianiem. Co do wolontariuszy – to pełna zgoda. Czasami na ich barkach lecą zawody. IM na Hawajach nie ma zbyt wielu niedociągnięć. Ale drugi mój start to po prostu start gdzie więcej widziałem i nie wywoływało to takiego efektu jak start pierwszy

  3. Andrzej Kozlowski napisał(a):

    Pirs(przed i po) na ktorym usytuowana jest strefa zmian to wlasnie kwintesencja tych dwoch swiatow, w moim odczuciu .
    Czy ten wspomniany prawiepolski paczek to Apple Fritter ? :-))))

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *