ambicja vs. możliwości
19 lutego 2018
felietony z roku 2017
22 lutego 2018
Pokaż wszystkie

 

Kiblując na lotnisku w Genewie i czekając na opóźniony samolot zacząłem przeglądać pliki w komputerze i znalazłem całą masę „pamiątek” z okresu jak zaczynałem. I to co rzuciło mi się w oczy to: jak prymitywne było wtedy moje podejście. Zacząłem treningi w 2007, robiłem tylko treningi tlenowe i w 2008 byłem już na tyle „mądry” że nawet miałem rower szosowy (za 700zł) – stalowy. Ale porównując 2007 do 2008 to treningi z tego ostatniego to już była „wyższa” myśl treningowa ;). Plan na 2008 to start – debiut w Suszu na ½ oraz zamkniecie sezonu maratonem (w planie było sub3h). Po co maraton? Bo w 2009 Borówno a w 2010 – Ironman Klagenfurt.

I tak grzebiąc, grzebiąc chciałbym Wam pokazać dwie rzeczy. Jak wyglądały moje treningi przed startem A w 2008r (czerwiec) a dodatkowo, że „wszystko w głowie”. Uczciwie przepracowawszy zimę (600-750km miesięcznie) –wtedy tylko liczyłem km a nie czas treningowy pierwszy raz w życiu oddałem się weekendowi triathlonowemu wysyłając małżonkę na weekend majowy za granicę. Sam mając w planie rzucenie się w wir treningów. W planie było odwiezienie dzieci do teściów w czwartek rano (rower w bagażniku), zostawienie auta i dzieci tamże, powrót do Olsztyna rowerem, machnięcie 4-5 treningów w weekend i niedzielny powrót rowerem. To było na miesiąc przed Suszem więc okres największej intensywności. I jak to w tym powiedzeniu bywa: „chcesz rozśmieszyć Pana Boga – powiedz mu o swoich planach”. W drodze powrotnej do Olsztyna (jadąc bez kasku – bo tak wtedy jeździłem) zostałem potrącony przez samochód. Patrząc na to z perspektywy tych 10 lat pokazuje mi, ze byłem debilem. Przyjechała karetka, policja, klient uciekł. Rower cały (bo stalowy) ale już koła pocentrowane. Zgrywam chojraka więc odsyłam karetkę (no bo co zrobię z rowerem jak pojadę do szpitala?), odkręcam klocki, dojeżdżam do Olsztyna mimo, ze jakoś w płucach ciężko. Liczę, że do jutra minie. Nie minęło. Wieczorem znajomi odwożą mnie do szpitala i tam zostaję. Odma, operacja, rura wystajaca z klatki piersiowej. Zobaczycie to na zdjęciu w opisie (szpital). Ale nie to jest najważniejsze. Zobaczcie ile to trwało. I po wyjściu ze szpitala wcale nie jest od razu super. Z Suszem mentalnie się już żegnam ale po wizycie u jednego z lekarzy słyszę od niego: „panie Marcinie – wszystko jest w głowie” Do startu został miesiąc. Może nie będzie to start życia ale czemu od razu odpuszczać.

No i wystartowałem J wtedy kompletnie nie potrafiłem ocenic swojego startu bo nie miałem benchmarku. Dzisiaj widzę, że cisnąć z treningu tlenowego (tylko kilka akcentów biegowych) i dodatkowo prawie z miesięczną przerwą przed startem te 4:44 jest zupełnie przyzwoite 😉

Ale to prehistoria. Chociaż analiza kolejnych miesięcy jest jeszcze lepsza. Jak kiedyś najdzie mnie na następne wspominki to może wrzucę gdzieś te kolejne miesiące 😉

Komentarze są wyłączone.