M. Gladwell “Jak rozmawiać z nieznajomymi” – recenzja
przesuwanie oczekiwań
Pokaż wszystkie

Pierwszy raz w historii na niemaniemoge.pl wpuszczam obcego 😉 . Ale też pierwszy raz historii miałem okazję pracować w sMentoringu z zawodowym sportowcem. Podobnie jak pierwszy raz w historii (tym razem Polski) ten zawodowy sportowiec zdobywa medal w sprincie drużynowym 😉 (jeśli czegoś nie popieprzyłem). Oddaję głos Natalii. Miłego czytania!

Na początku serdecznie się Państwu przedstawię. Natalia Czerwonka – lat 31, od 21 lat trenuję łyżwiarstwo szybkie. Śmiało mogę powiedzieć, że spełniłam dziecięce marzenie o medalu olimpijskim 🙂

Pierwszy raz piszę felieton. Mam zatem nadzieję, że spodobają się Wam moje wypociny 🙂 Postaram się napisać ten tekst luźno – jak MKON! – I choć do Mistrza jeszcze daleka droga, to nóż widelec spodobają się Wam moje słowa i myśli.

              Po tym krótkim wstępie przejdźmy do tematu nas wszystkich najbardziej interesującego, a mianowicie odżywiania. Jak odżywia się zawodowy sportowiec? Myślę, że polscy sportowcy mają naprawdę bardzo wysoki poziom wiedzy na temat zdrowego odżywiania. Mamy świadomość, że jesteśmy zbudowani z tego co zjemy, a to z kolei ma ogromny wpływ na nasze wyniki sportowe. Oczywiście jest to poparte wiedzą, którą większość z nas zdobyła w trakcie studiów na kierunku wychowanie fizyczne. Ja miałam jeszcze to szczęście, że kiedy powstała kadra kobiet, na porządku dziennym były spotkania edukacyjne z panią dietetyk, Martą Chmurą (Pozdrawiam!).

I mimo że osobiście najbardziej lubię zgrupowania, w trakcie których sama sobie gotuję, to  w wielu krajach jest to rozwiązanie nie do pomyślenia. No bo, jak można pomiędzy dwoma treningami jeszcze gotować?! Niestety tylko wtedy właśnie ja sama mogę zadecydować o jakości wykorzystywanych produktów. A co równie ważne, mogę przyrządzić taki posiłek, który po danym treningu będzie optymalny dla moich mięśni i całego mojego ciała. Niestety w większości przypadków, my sportowcy, jemy w stołówkach hotelowych, gdzie, co tu dużo mówić, jedzenie jest kiepskie. Chcąc zobrazować moje doświadczenia, posłużę się niedalekim przykładem. Otóż na październikowym obozie nawet nie schodziłam na kolacje wykupione w hotelu (tam kusił cukier), tylko zapychałam się słodką i niemożliwie przepyszną papryką w pokoju.

            Skąd więc pomysł na to, że to akurat cukier należy wyeliminować z diety? Nie będę kłamać, kocham jeść. I nie mówię tutaj tylko o cukrze. Trener Wiesław Kmiecik (szkoleniowiec naszego Mistrza Zbigniewa Bródki) do dziś opowiada historyjkę, kiedy jechałam na moje pierwsze mistrzostwa świata juniorów i na postoju zamówiłam flaki i kotleta schabowego. Były też takie momenty (i tu na pewno moje koleżanki z SMS Zakopane potwierdzą), kiedy nie jadłam słodyczy, bo się akurat uparłam, to nie tknęłam nic, ani jednego małego niewinnego cukiereczka. Już na samym początku mojej kariery sportowej było widać, że blisko mi do „wszystko albo nic”. Nie mogło być stanu pośredniego – niestety! Były jednak takie chwile w moim życiu, w których umyślnie brałam się za siebie. Ale zazwyczaj waga, którą miałam osiągnąć, najczęściej pojawiała się w nieodpowiednich momentach, np. na początek sierpnia, kiedy do lutego jeszcze 6 miesięcy. Na pewno bardzo zmobilizowały mnie słowa trenera, który zauważył, że w moją wagę, którą mu obiecuję każdego roku, to nawet on już nie wierzy. I jakoś tak na szczęście dla mnie dowiedziałam się kim jest Pan MKON i jaką ma filozofię. #cukierdetoks. Wchodzę w to! – pomyślałam. Oczywiście na początku wymieniłam się z Marcinem kilkoma mailami na temat tego, co mogę, a czego nie. I wydaję mi się, że naprawdę szybko złapałam bakcyla. Teraz ktoś mógłby mi zadać następujące pytanie: dlaczego medalistka olimpijska zaufała i chciała spróbować sposobu amatora? I dlaczego nie inny rodzaj diety? Odpowiedź jest prosta. Po pierwsze, jestem osobą otwartą na świat i ludzi, i uważam, że od każdego mogę się czegoś nauczyć. Po drugie, po moim wypadku rowerowym w sierpniu 2014 roku byłam na diecie bezglutenowej przez blisko 4 lata. Kiedy trzymałam się i trenowałam z odpowiednią ekipą (ci, o których pisze wiedzą o kim mowa), naszym postanowieniem było pozwolenie sobie na #cukier tylko w niedzielę. Wtedy wszystko było ok. Waga niezmiennie leciała w dół. Niestety, kiedy zaczynał się okres startowy, a ja z grupą się rozstałam, było tylko gorzej. Myślę, że potrzebowałam zmiany bodźca. I wiecie co?! Mimo tego, żę z Marcinem nie piszę za często (raczej jestem osobą, która nie lubi truć d@py), to był ze mną każdego dnia! Kiedy przychodziłam do mamy, w miejscu, w którym leży miseczka czekoladowych draży widziałam MKONa. Kiedy ktoś obok przy mnie jadł ciastka, będące na wyciągnięcie ręki, widziałam MKONa. I tu raczej nie chodzi o to, że, gdybym się skusiła, to oszukałabym siebie, ale że oszukałabym i zawiodła właśnie jego. Dla wielu osób zabrzmi to dziwnie, ale tak właśnie było.

            A teraz od początku. Latem miałam duży trening objętościowy i w głowie jedną myśl „przecież tyle godzin na rowerze, rolkach, siłowni to można w trakcie treningu lub między treningami zjeść ciastko do kawy”. Spalę to na pewno, prawda?! Zimą było jeszcze gorzej. Objętość spadła na rzecz startów w zawodach, co wiązało się z większą ilością czasu wolnego. Godziny spędzone w podróży, do tego siedzenie na lotniskach. Wszystko sprzyja i kusi – kawą i cukrem w przeróżnej postaci. Do tego dramat z dniami wolnymi od treningu. Co robić? Najlepiej wyjść na kawkę i ciastko, posiedzieć dłużej po posiłkach, sięgnąć po kuszące deserki, co by nie siedzieć tak bez niczego o suchej mordce. I tak ciastko za ciastkiem, bo dobre, bo jeszcze takiego nie jadłam, a tego to muszę spróbować. Przecież zjedzenie tego ciastka, wypicie tej kawy i towarzyszące im pogawędki, to jedyna forma relaksu, spędzenia wolnych chwil przed zbliżającymi się ciężkimi trzema dniami startów. Mało który sportowiec przebywający ponad 200 dni na treningu odmówi sobie takiej słodkiej radości. Mnie takie wyzwanie czekało od 15 marca do Mistrzostw Świata w lutym.

            We wrześniu luty wydawał mi się tak odległy, że odliczałam każdy dzień. Pierwsze dwa tygodnie były najgorsze! Dotychczas po obiedzie zawsze robiłam sobie krótką lub dłuższą drzemkę, w zależności jak ciężki był trening. Po niej szukałam czegoś słodkiego i kawy. W nowej rzeczywistości bez cukru musiałam się przypilnować i zwalczyć ten nawyk. A babskie dni? – to jeszcze gorsze momenty, które musiałam przetrzymać. Oczywiście łatwiej było mi z Trenerem u boku, który po miesiącu mojej walki do mnie dołączył.

            W trakcie październikowego wyjazdu do Inzell na obóz moja koleżanka Olga zrobiła bezcukrowe, fit muffiny na moje urodziny. Nie dotknęłam wtedy ani jednego. Miałam od tamtego czasu wiele propozycji fit-zdrowych słodyczy, nawet lodów, ale ciężko mi było wytłumaczyć filozofię MKONa – nie dla FIT batonów, nie dla zdrowego chlebka bananowego z samych bananów, nie dla muffinów, nie dla lodów z avocado itd. Filozofia jest prosta, a w jej rozumieniu nawet pewne produkty są wykluczane z diety.

W grudniu, kiedy moje koleżanki z reprezentacji zajadały się tymi ciastkami po obiedzie, doszłam do momentu, w którym myślałam o nich źle…. Myślałam, że są po prostu słabe.

Pierwszy raz spotkałam Marcina w Szklarskiej Porębie. Umówiłam się na kawę z Agnieszką Jerzyk, później dołączył do nas MKON i Krzysztof Augustyniak. Marcin może kawy? Nie. Marcin może herbaty? Nie. A ciastko? Nie. Wtedy właśnie pierwszy raz zobaczyłam jak można spotkać się i rozmawiać z ludźmi bez kawy i, co najważniejsze, bez ciastka do małej czarnej.

            We wrześniu na FB zobaczyłam informację o naborze do programu Smentoringu. W połowie miesiąca, tj. 14 września, wracając z obozu w Font Romeu, złożyłam aplikację mailem. Napisałam w niej, że największym wyzwaniem jest mój problem z wagą. 15 marca rozpoczęłam #cukierdetoks, który kończy się w najbliższą niedzielę o 14:35 po biegu na 1500 metrów podczas finału pucharu świata.

            Teraz najważniejsze pytanie: Czy bez #cukierdetox osiągnęłabym tegoroczne rezultaty? I czy było warto? Kiedy na Pucharze Świata przejechałam 3 km o jedyne 0,45 setnych gorzej niż Rekord Polski, byłam wdzięczna i szczęśliwa, że wytrzymałam. Uwierzyłam wtedy, że mogę i napisałam Marcinowi, że nie zaprzestanę nawet po sezonie, i że szczerze żałuje, że #cukierdetoks nie trwał latem, kiedy objętość jest duża. O wzmocnieniu mojej psychiki i głowy w walce ze słodyczami mogłabym napisać kolejny felieton. Ale już teraz jedno jest pewne, jestem z siebie niesamowicie dumna. I co prawda czuje, że już od niedzieli muszę pozwolić sobie na odpoczynek i nieco więcej luzu, aby od 1 kwietnia (tak postanowiłam) wrócić do naszej grupy MOGŁAM ZJEŚĆ, A NIE ZJADŁAM. Do czego również Ciebie zachęcam!

  1. Jedyne czego nie zrobiłam z powodu braku czasu i chyba teraz bardzo tego żałuję, to to, że nie zmierzyłam różnicy w poziomie tkanki tłuszczowej przed i po. Chociaż rezultaty były widoczne gołym okiem. No, i skoro mój Trener powiedział, żę wyglądam dobrze, koledzy z reprezentacji także (Sebku:)), to więcej do szczęścia nie było mi trzeba.

 

 

 

 

           

1 Comment

  1. Natalia says:

    dziękuje za oddanie głosu:)

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *