nowyMKON?
Korzeń – MKON czelendż
Pokaż wszystkie

Po raz kolejny wybrałem się na trening rowerowy „zatankowany” pod korek. Co to oznacza? Otóż, jak już wielokrotnie pisałem, ostatnie 3-4 lata to kompletnie zmieniona strategia, ale też podejście do odżywiania podczas treningów. Jeśli miałbym dokonać analizy tego, co wyczyniałem do tej pory, to mógłbym zawrzeć to w dwóch następujących strategiach.

Strategia 1 – trenuję, więc się odchudzam

Polegała ona na tym, że traktowałem wysiłek treningowy (mówimy o treningu jakościowym), jako mocniejszy proces spalania. Mocniej trenuję, ergo spalam więcej kalorii, ergo chudnę. Nie zawsze tak się działo, a kończyło się albo bombą w II części treningu, albo gwałtownym uzupełnianiem kalorii (najczęściej pustych) w przydrożnym sklepie/stacji benzynowej. Świetnie, kiedy trening na to pozwalał (długie wyjeżdżenie). Gorzej, jeśli akcenty następowały szybko po sobie, a potencjalny postój przy sklepie nie trafiał akurat w przerwę między nimi. Nie wiem skąd taka strategia i „pomyślunek”. Uznaję to za błąd, bowiem nie da się budować formy poprzez intensywny wysiłek, jadąc jednocześnie na deficycie kalorycznym. Jasne, w trakcie treningu ten deficyt i tak jest, jednak chodzi przecież o to, żeby organizm miał energii pod korek. Żeby bomba przyszła jak najpóźniej.

Daleki jestem od wierzenia w „cudowne specyfiki treningowe” i nigdy nie wyliczam liczby kalorii, które spalę, po to żeby tyle samo wziąć na trening/zawody. Natomiast łapałem się na tym, że brałem coś „gorszego” niż miałem, bo szkoda mi było. Przyda się bardziej na zawodach. Miałem fazę na bio/eko i zdrowo, dlatego zamiast żeli (przypomnę mówimy o treningach akcentowych) brałem „kulki mocy”, banany, daktyle, orzechy, kanapki. I byłem zdrowy, owszem, ale kompletnie bez energii. Ta druga strategia, nazwijmy ją – szkoda mi, znajdę substytut, także była błędem. Mniejszym niż ta pierwsza, ale nadal. Oczywiście – super sprawdza się podczas treningów długich, kiedy kanapka z kiełbą, miodem, serem, czymkolwiek łamie smak. Jednak podczas treningów akcentowych (po raz trzeci przypominam – piszę WYŁĄCZNIE o tychże) chyba to wszystko zbyt długo się trawi się.

Jak to wygląda obecnie?

Strategicznie patrzę na odżywianie podczas treningów (czy muszę dodawać, że akcentowych?) zarówno przed ich rozpoczęciem, jak też w ich trakcie.

Na początku chwilę przypomnienia o tym co przed. Nie uznaję robienia TYCH treningów na czczo. Jeśli mówimy o treningu ciężkim, to organizm MUSI mieć energię inną niż tylko z tłuszczu. No, bo przecież trenowanie na czczo to przede wszystkim bieganie z tego, co zmagazynowane w organizmie z wczoraj. Mam w swojej historii przegraną (niestety) walkę z zawodniczką, która mimo bycia talentem nie dała się namówić na eksperyment robienia akcentów po południu. Wszystkie robiła na połowie banana i/lub dwóch łyżkach owsianki. Trudno to nazwać naładowaniem organizmu. Co robię, jak treningu jednak nie da rady zrobić po południu? Na rowerze jem podczas części rozgrzewkowej, na bieganiu wstaję odpowiednio wcześnie. Zdarza mi się wstawać, aby zjeść porządnie i wsiąść potem na trenażer tak po 30’. Nie stanowi to wyzwania dla procesu trawiennego (choć wiem, że jest to bardzo osobnicze). Tak wygląda kwestia przed. A w trakcie? W trakcie biorę wszystko+, czyli przestałem się szczypać w oszczędności czy eko/bio. Piję regularnie, zapycham się odżywkami regularnie (nawet jak mi się nie chce). Przykładem niech będzie dzisiejszy trening. Zadanie główne to 3×30’ w strefie TEMPO (co u mnie akurat teraz, przy tej wadze, to ok. 4,7 w/kg). Przerwa między odcinkami 15’. Po każdym odcinku pół bidona, tabletka GT Enervita (jedna ma tyle energii co bidon iso). Po 10’ kolejny „wodopój” i kolejna tabletka. I tutaj chcę pokazać clue tej strategii. Dzisiaj było raptem 19 stopni. Czy myślicie, że byłem spragniony? Albo, że potrzebowałem tej tabletki? Nie. Na szczęście nie przekraczałem tej nieokreślonej (choć dotkliwej) granicy, kiedy o ten jeden łyk jest za dużo. I tak, mówimy raczej o ciężkim żołądku, który nie idzie w parze z wysiłkiem progowym. Wiem, co mi smakuje, co mogę, a czego nie. Dlatego też w tego typu treningach batony raczej odpadają. Je jadam w wysiłkach mniej intensywnych. W tlenie – kanapki, o których pisałem wyżej

FB przypomniał mi wczoraj (20.07.2020) akcję moich przyjaciół zatytułowaną #wszyscyjesteśmyMKONami, albo #SUB9, czyli moją walkę o wynik poniżej 9h podczas IM w Roth w 2014. Zawody, które skończyły się szczęśliwie, ale spektakularną bombą. Bombą, która miała jedno źródło główne i jedno pośrednie. Efektem tego pierwszego było nieodpowiednie żywienie na części rowerowej (2 żele i kanapka). Drugiego, zbyt szybki bieg (bo bez zegarka) na pierwszych 4 km. Dużo mnie to nauczyło. Ale jeszcze więcej nauczyło mnie testowanie różnych rzeczy na sobie. Dzisiaj na treningu mogłem po prostu mieć „swój dzień”. Ale miałem go także dlatego, że nie zaniedbałem „futrowania”.

Komentarze są wyłączone.