życiówka, życioweczka
27 marca 2017
dialogi (z fizjoterapeutą) na 4 nogi
6 kwietnia 2017
Pokaż wszystkie

Trenuj dzisiaj, jutra może nie być…***

Moja książka z felietonami  właśnie się  „łamie” w Artneo, więc kiedy  trafi ona do Waszych rąk to się zorientujecie, że pisałem dzisiaj na temat, jaki był poruszany przeze mnie już wielokrotnie. Ale uparcie jak osioł (bo tak uważam) i inspirowany ze wszech stron (bo rzeczy po prostu się dzieją) chciałbym napisać po raz kolejny: żyjmy na pełnej kurwie. Jakby jutra miało nie być. Dla każdego to ”życie” będzie czym innym i inny będzie miał cel. Dla jednego będą to Hawaje, dla innego blaszka, kolejny będzie chciał z kimś tam wygrać, jeszcze inny będzie chciał bić życiówkę. Ale cel trzeba mieć. Inaczej jesteśmy skapciałą miękką fają, która nie wiadomo po co żyje i na co czeka. Oczywiście nie chodzi mi tylko o cel sportowy, ale to wiadomo – nie trzeba nikomu tłumaczyć. Dlaczego tak istotne jest to co tu i teraz? I o co chodzi z tym brakiem jutra? Już tłumaczę.

Od kilku dni regularnie rozmawiam z kolega, który ma bardzo poważną kontuzję. Naprawdę poważną. Kontuzję, która teoretycznie powinna pozwolić mu wrócić do trenowania po 8 tygodniach ale nigdy nic nie wiadomo. Sam znam przynajmniej kilku zawodników, którzy niestety nie wrócili. Nie chcę dotykać sedna problemu – kolega nie dbał o siebie więc ma – ale raczej perspektywy w jakiej się teraz znajduje. Teksty typu: nie wyobrażam sobie jak mógłbym nie trenować, jak nie wrócę w tym roku to nie wrócę jutro, brzmią przerażająco dla mówiącego, ale jeszcze bardziej przerażająco dla słuchającego tych słów. Bo nigdy nie wiesz kiedy to Ciebie może trafić. Dlatego nie ma jutra – żyjmy na pełnej kurwie!

Podczas oglądania Mistrzostw Polski Afryki gadamy z kolegami Dziadkami (były dwa gówniarskie wyjątki wśród interlokutorów tej dyskusji) o trenowaniu, życiu i innych ważnych sprawach. Wątkiem zasadniczym były oczywiście zawody, które oglądaliśmy. A, że w wykonaniu Łukasza trwały one długo to i dyskusja była długa. I właśnie cierpienia Łukasz skłoniły nas do wymienienia się spostrzeżeniami „po co”? Po jaką cholerę my to robimy. Po co Łukasz ma „zajść” na metę a nie poddać się schodząc z trasy. A właśnie po to, żeby nie zgnuśnieć. Właśnie po to, żeby przełamywać swoje słabości. Żeby udowodnić sobie, że to nie temperatura albo głupie nogi będą decydowały za Ciebie. Bo to jest cel. Cel do którego dążymy, czasami go osiągamy i tworzymy sobie kolejny – czasami nie (tak jak moje mityczne 2:30). Jednakże powinniśmy mieć świadomość – jak nie teraz to kiedy? Nikt nie staje się młodszy. Więc niemaniemogę nie tylko w realizacji celu. Ale nie ma KURWA, że nie mogę w braku wymówek. Nie chce się? To przez nogę. Przecież wszyscy wiemy, ze jeśli przestaniemy trenować to mając do wyboru piwko przez TV i jakimś debilnym programem a wyjściem pobiegać gdy pada – wybierzemy piwko. I przed tym chciałbym też Państwa przestrzec. Potem będzie naprawdę trudno wrócić. Jasne – nie zawsze trzeba trenować na pełnej petardzie – tak jak teraz. Czasami nie ma czasu, czasami celu (jak już się wygrało z Profesorem) ale trenowanie dla trenowania TEŻ ma sens. Warunkiem jest posiadanie celu. Bo bez celu zawsze będą rzeczy ważniejsze. Prawda Dziadku Cichecki?

ktoś to jeszcze pamięta?

Chcecie dowodów? Proszę bardzo – dzisiaj Jacek Nowakowski wrzucił porównanie czasów zwycięzców z Afryki. M-40 8:48, M-45 9:24. Przepaść czasowa. A to jest tylko 5 lat różnicy (jeśli obaj byli z pierwszego rocznika). I myślicie, że im dalej w las tym będzie łatwiej? Gówno będzie łatwiej. Więc jeśli macie choć trochę marzeń to czas je spełniać TERAZ,  a nie czekać na sprzyjającą okazję, okoliczności przyrody albo więcej motywacji. Tego nigdy nie będzie pod dostatkiem.

Na koniec chwila otrzeźwienia, bo wydawać by się mogło, ze proces: marzenie – cel – realizacja to proces liniowy. Niestety nie. Mój przyjaciel wrócił z 70.3 i powiedział słowa, które NARESZCIE do niego przemówiły: „bez bieganie szybciej niż 1:20 w połówce nie mam co się zabierać za planowanie slota”. Piękna nauka. Szkoda tylko, ze sam musiał dostać w dupę, żeby o tym się przekonać. Inny znajomy wrócił z Afryki i pisze do mnie: dałem z siebie wszystko. Nie wyszło. Ale jestem bardzo pozytywnie nastawiony na przyszłość – wiem, ze to jest zupełnie możliwe.

Więc działamy czy czekamy? A może kończymy panie Cichecki?

P.S Pełna „kurwa” nie oznacza zatracenia się – nie zapominajcie o tym. Balans między trenowaniem, a życiem prywatnym to podstawa.

P.S II Może nie wynika to z tego tekstu ale uważam, że drugorzędną kwestią jest to jaki mamy cel. Ważne, żeby go mieć i do niego dążyć. Bo zabawa w gonienie króliczka jest często tak samo atrakcyjna (a nawet ciekawsza) niż samo jego złapanie…

P.S III *** niepotrzebne skreślić 😉

15 Komentarze

  1. dziadek napisał(a):

    Dosadnie rzekłbym! Tobie jest łatwiej, ścigasz się o najwyższe trofea! Satysfakcja niesie, uskrzydla… Cel celowi nierówny. Równorzędna walka o pudło na Hawajach a odhaczenie i samo zaliczenie to dwie opowieści. Twoja pisana złotymi zgłoskami… A czy ta druga jest warta tylu poświęceń? Każdy sam to może ocenić. Może po prostu istnieje jakaś alternatywa. Osobiście lubię rywalizację, to kwintesencja sportu ale gdy coś Ci szwankuje, nie dajesz z tym rady i widzisz, że wyżej bata nie przeskoczysz zaczynasz baniować… A może jednak inaczej? Tak bardziej prozdrowotnie? Cały czas obserwuję znajomych z lokalnej grupy biegowej. Nieraz im zazdroszczę. Luźne, wspólne wybiegania i przede wszystkim rozkoszowanie się ruchem.
    Zgodzę się tutaj co do jednego, z pewnością po odpuszczeniu powrót byłby bardzo trudny. Dlatego waham się, wewnętrznie walczę ze sobą… Szkoda byłoby porzucić ten świat sado-maso-tri-wariatów!

    • mkon napisał(a):

      Arek ale walka o najwyższe cele to ułuda. I nie o nią w niej chodzi. Jak trenuję teraz z Tomkiem to największą radochę mam z tego, ze uruchomił o we mnie prędkości o których już zapomniałem. Bo o ten bodziec wytwarzający radość chodzi… A czy nabiegam 2:30 czy nie to… ja to tak metapoziomowo – w dupie mam.

  2. dziadek napisał(a):

    I jeszcze jedno! Uwaga ,,. Balans między trenowaniem, a życiem prywatnym to podstawa” – bezcenna! Powiedziałbym zdanie klucz!

    • Arek napisał(a):

      Popatrz i znowu się zgadzam z Tobą! Uwielbiam czuć moc na treningu, lekkość pokonywania przestrzeni i wynikającą stąd radość! Radość!!! To są właściwe i potrzebne mi bodźce. Co wyjdę na jakąś prosta to kontuzja daje o sobie znak. Błędne koło zniechęca… ale przestaje już o tym pieprzyć bo zniechęcę innych! Niemniej bardzo sobie cenie Twoje motywujące teksty! Zresztą nie tylko Ty budujesz, jest wielu ludzi dobrej woli w tri-towarzystwie, którzy wzajemnie się wspierają i to jest super…

  3. Fabisz napisał(a):

    Pier de Coubertin byl by dumny… Citius Altius Fortius, niestuj w miejscu bez względu na dyscypline, zainteresowania, typ pracy… rozwijaj sie zawsze, bądź coraz lepszy, to bardzo wszechstronne stwierdzenie i doskonale w swej prostocie. Wlaścikwie to caly sens istnienia.

  4. Bogusław napisał(a):

    Ks. Jan Kaczkowski określał taka postawę jako „życie na pełnej petardzie”, a Steve Prefontaine mawiał: „dawać z siebie mniej niż to, co najlepsze to marnowanie talentu”.
    Owocnych rozważań :-).

  5. sonia napisał(a):

    i kto to mówi -balans między życiem prywatnym … hahaha- ktoś kto całe życie ucieka z domu…

  6. RafałR napisał(a):

    W tym szaleństwie jest metoda 😉

    Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą! 😉

  7. pawo napisał(a):

    balans powinno się zachować między wiekiem , spaniem pod namiotem tlenowym a masowaniem pośladów . Jeśli to jest na pierwszym miejscu no to liipaaa.

    No chyba ,że wciąż żyje się w przeświadczeniu – jest git – i jak to w tym kabarecie – ja się staram , żona stara – hahaha

  8. DawidR napisał(a):

    Tego mi było trzeba. Dzięki MKON !!

  9. kg napisał(a):

    Marcin, życzę realizacji planów. Twoje 2:30 jest jak moje 2:40. Często czytam Twojego bloga, choć rzadko komentuje. Trudno coś dodać. To tylko bicie piany, więc jak mam pisać to wolę iść pobiegać. Jedno jest pewne, że jesteśmy tylko starsi. Czy będziemy szybsi? Hm, może taki dzień nadejdzie. Jednak ja swojemu znajomemu z „podwórka” zawsze powtarzam: Jasiu, szybsi to my już nie będziemy, ale nie znaczy żeby nie próbować. My utrzymajmy swoje, a inni niech się zestarzeją. Pozdrawiam

    • mkon napisał(a):

      wychodzi na to, ze każdy ma swoje cyferki… 🙂 Bo jaki świat byłby nudny bez nich co?

  10. Kg napisał(a):

    Dokładnie tak. Do tego jedni mogą więcej inni mniej. Choć w swoich felietonów czasami piszesz ze „boisz” się mocnego treningu. Znam to uczucie ale z innego powodu. Był moment że robiłem dużo mocnych tr i skończyło się pół roczną przerwą. Od tej pory niestety nie pracuje nad szybkością. 🙁