relacje z trenerem cd… ale przyjemnie nie będzie
15 września 2016
słoik
8 października 2016
Pokaż wszystkie

Ironman to długi dystans, więc  i tekst będzie taki – ostrzegam.

Ponieważ sztuka mówi, żeby zaczynać z wizją końca, to zacznę od końca. Im dalej od startu, tym bardziej jestem rozczarowany swoim biegiem. Wiem, że nie można było szybciej i mocniej. Trzymałem tempo startowe naprawdę do takiego momentu, kiedy organizm dwa razy powiedział: „czas zwolnić MKON, bo jak nie to zaraz przejdziemy do marszu”. Ale naprawdę trzeba będzie nad tym popracować, bo sub 3 w maratonie ironmanowym jest w zasięgu. Poza tym dumny jestem z walki – ale o tym za chwilę.

 

 

14468770_1106341169442594_8789049854760686318_o

ciekawe czy mają wygodne miejsca bagażowe?

O samych zawodach pisałem tutaj: Akademia Triathlonu. Zanim jednak o moim starcie, to są sprawy ważniejsze, bo był to WYJAZD KLUBOWY. A jak wyjazd klubowy, to sms jaki dostałem od Prezesa: „MKON, zorganizuj sobie polówkę albo materac bo przyjeżdżam” nie powinien nikogo zdziwić. Mnie nie zdziwił. Tak jak nie zdziwiła mnie faktura, która przyszła na adres klubowy w dniu startu z datą poprzedzającą start. Prezes daje kolejny dowód swojej bezgranicznej wiary w zawodników i strategicznego myślenia perspektywicznego. Więcej – kiedy naprawdę zesr@ny, w wieczór poprzedzający start szukałem pocieszenia, usłyszałem kojące słowa Naszego Głównego Klubowego: MKON, co ty się martwisz startem. Ty się lepiej martw skąd my weźmiemy te 900 dolków na slota, bo ja już cały sprzęt na hawaje sobie kupiłem (włącznie z deską do surfowania), więc w kasie pustki.

14599907_699448700206460_358498819_o

orzeł wylądował!

Prezes zadbał więc o opiekę psychiczną oraz przygotowanie fizyczne. W ramach rozruchu przedstartowego zaordynował odebranie go z dworca (podobno samolot IBERIA odmówił lądowania na plaży – mimo zgody Prezesa) i zaprowadzenie do lokalnych atrakcji turystycznych. Znaczy On szedł – ja truchtałem. Potem zaordynował posiłek, czyli tradycyjnie on zamówił margaritę, a potem się dzieliliśmy  tym co my zamówiliśmy. Na koniec dnia udzielił mi kilku kluczowych wskazówek startowych (w tym słynne – pod górki to się nie poddawaj misiu) i poszliśmy spać. Znaczy poszedł Prezes, a ja zasnąć nie mogłem. Najpierw – tak do 2 w nocy – denerwowałem się falami. Pływanie w ogólności, a pływanie w falującym morzu w szczególności, nie należy do moich ulubionych części startu triathlonowego. Treningi poprzedzające  start pokazały, że może być niezła zabawa. Więc był nerw. Potem denerwowałem się, że nie mogę zasnąć i tak koło 4.50 zrezygnowałem ze zmuszania się w ogóle. Koszmarnie niewyspany ale i wkurzony na maksa zjadłem tradycyjne przedstartowe śniadanie a’la Rafał Herman i poszliśmy z Radkiem Buszanem oraz Prezesem do strefy. Zupełnie przypadkowo Janusz Triatlonu i podróży służbowych zarezerwował miejscówkę 300m od startu więc po oporządzeniu roweru wróciliśmy do hotelu na lekki odpoczynek. Atmosfera się zagęszczała a ja przypomniałem sobie, że wprawdzie rower przygotowany ale nie wrzuciłem do saszetki tabletek z solą. Więc poleciałem z powrotem. Tam okazało się, że na rowerze czeka mnie jeszcze jedna niespodzianka. W końcu bycie „Januszem” zobowiązuje. Szara taśma, którą przyklejałem żele wisiała sobie na moim aerobarze. Na szczęście mnie wpuścili, na szczęście ją zauważyłem, zdjąłem i ponownie oddałem „white bag”.

14600682_699448463539817_1826647518_oSam wyścig jak to wyścig. Pływanie przyzwoite, smart start ogranicza pralkę ale nie do zera. Popłynąłem z lekką górką ale nie tragicznie. Garmin pokazał 4000m więc lekkie meandrowanie było (szczególnie w drodze powrotnej – czyli pod fale). Czy moje obawy były uzasadnione? No cóż – niestety tak. Opiłem się słonej wody (dzięki Professore za podpowiedzi co robić potem), ciągle gubiłem nogi, bo kołysało ale nie było tragicznie. Na rowerze starałem się jechać swoje waty (pojechałem mniej – sub 260) ale korelowałem to z prędkością oraz  czasem trwania odcinków. I wychodziło, że plan zrobienia tych 177km poniżej 4:40 się uda. No i udał się. Jadłem dużo żeli (w końcu się przejadłem), piłem dużo iso i wody i jadąc pod naprawdę duży wiatr (na każdej pętli każde ostatnie 30km) nie żałowałem, że mam bardzo dobry kask czasowy. To też mnie lekko stresowało przed zawodami. Mimo października było bardzo ciepło, więc mając w pamięci Susz, zastanawiałem się do ostatniej chwili – czasowy czy szosowy. Widziałem wielu zawodników w szosowych i pewnie też nie żałowali. Taktyka biegu to realizacja marzenia – sub 3 w maratonie i/lub miejsce w piątce dające awans na Hawaje. Kluczem więc było zejść dobrze z roweru i nie dać się wyprzedzić nikomu na biegu, a wyprzedzać tych co przede mną. Wiedziałem, że łatwo nie będzie zrealizować cel, bo bycie ostatnim rocznikiem w kategorii wiekowej, to mniej więcej tak jak w przedszkolu dzieciak z grudnia i ze stycznia. Ale żonka krzyknęła, ze po rowerze jestem 3, więc dawało to dobry prognostyk. W T-2 spędziłem trochę więcej czasu, bo przebrałem się ze stroju kolarskiego HUUB DS. w spodenki biegowe i górę tri. Miało mi to dać znacznie większy komfort na biegu – no i dało.

 Na pierwszym nawrocie zauważyłem nawet kogo gonię (2 zawodników) ale wyglądali tak świeżo ( startowali z 6’ przewagą na bieg), że postanowiłem skoncentrować się na robieniu planu i nie patrzeniu na nich. A plan to 4-15/20 na km i ostatnie 5km w pałę. Trasa była… ciekawa. Nie ze względu na ukształtowanie (płaska) ale na okoliczności przyrody. W dniu startu pogoda była łaskawa (nie paliło słońce – mimo, ze było gorąco) wiał mocny wiatr. Jak się biegło pod wiatr to było super. Ale jak się biegło z wiatrem… była masakra. Kilometry leciały. Do 21 było super. Mimo lekkiego zatrzymywania się na punktach na półmetku maratonu zegarek pokazywał 1:28:50 niestety potem mnie postawiło. Najpierw mniej więcej na 27km poczułem coś takiego jak w Roth na 15 km. Jakby ktoś przełączył przycisk Energy on/off na off. Trwało to dosłownie kilka sekund ale wtedy pomyślałem sobie, że trzeba wybierać. Sub 3 z ryzykiem albo dobiegnięcie. Zwolniłem do 4:25 i jechałem dalej. Na przedostatniej pętli dziewczyny krzyczą, że do pierwszego mam już tylko 2’. Ale ja nie patrzę na innych – patrzę na siebie. Przyznaję bez bicia – wtedy miałem już fulla. Głównie z powodu temperatury. To co ratowało mi skórę to wylewanie na siebie butelek wody – tak, tak – na punktach dawali wodę w butelkach, wlewanie w siebie coli oraz koncentratów ENERVIT, które Ewa podawała mi na każdej pętli w punktach odżywczych (można było – sprawdziliśmy). Ale na ostatnich 15 km punkty odżywcze już przechodziłem. Wiedziałem też, że z planu ostatnie 5km w trupa nici, bo każde przyspieszenie – czyli zmiana rytmu, a nawet inna praca nogi natychmiast odzywały się czwórki albo dwójki. Takie skórczopotencjalne sygnały „strachały” mnie bardzo.

I tak klepałem te kilometry od kiedy miałem na liczniku 34. Wtedy minąłem zawodnika z nr 123 i wiedziałem, że jestem pierwszy. 300m od tego miejsca punkt odżywczy i dylemat: iść – czyli róbmy swoje, czy uciekać… Szybka decyzja – robię swoje. Kolega jednak było już tak off, że nawet moje przechodzenie przez punkt nic mu nie dało. Ostatnie 6km to nasłuchiwanie czy nikt mnie nie goni (bo ciągle wyprzedzałem) i śmieszne sytuacje typu: kurcze, ale szybko biegniesz, która to twoja pętla: pierwsza…. A to biegnij 🙂

Ostatnia prosta (1km) to żenująca prędkość ale za to czas na przyczesanie włosków, zapięcie singleta Huub’a, żeby ładnie wyglądał, trochę jajcowania z kibicami na czerwonym dywanie, WIFEKISS no i meta. A potem zaczął się koszmar. Może i te ostatnie 100m wyglądały luźno i ładnie, ale Filip Przymusiński może zaświadczyć, co działo się ze mną po mecie. Byłem szczęśliwy, ale nie miałem ani grama energii, żeby tego szczęścia poużywać. A już o fikołku na mecie dla Profesora, to w ogóle zapomniałem. Chyba bym nie wstał. Tak więc Professore – obiecuję poprawę na Hawajach!

Na podsumowanie

Czy jestem zadowolony? Tak. Czy osiągnąłem swoje cele? Nie do końca. Myślę, że to był start na życiówkę i maraton w założonym czasie. Dlaczego nie wyszło? Przyczyn upatrywałbym raczej w kwestiach żywieniowych aniżeli w treningowych. Wprawdzie w tym roku mój trener #kowalski.coach rzucił mi w twarz największą obelgę czyli: sprawiasz wrażenie zawodnika treningowego – czyli na treningach dajesz z siebie wszystko, a na zawodach niekoniecznie (cenię sobie taką komunikację!) ale tutaj nie było już z czego, a ryzyko niedobiegnięcia niestety było duże. Poza tym ten cholerny „nocny wypoczynek” też się do tego przyczynił. Na 100%.

14550553_699448390206491_1399370384_o

Prezes: MKON tempomat se włącz jak cię nogi bolą!

Porządna relacja z zawodów kończy się podziękowaniami. Na pierwszy ogień idzie Ewa z Kasią – wiadomo. Bez nich nie ma mnie w triathlonie. Na ogień drugi idzie Wojtek Suchowiecki. Poza byciem prezesem jest też super kolegą, który wiedząc, że wracać będziemy autem zadeklarował się, że będzie prowadził, pomagał, wspierał, ogarniał logistykę etc. I to się działo. Z drugiej strony zadziwiające było to, że gdy przyszło do pójścia na rozdanie slotów i wybulenie 900 dolków to Prezes „stwierdził, że może on w tym czasie odwiezie Kasię na lotnisko, a wy to sobie ogarnijcie”. Ale odwiózł i to skutecznie. Dziękuję Wertykalowi za naprawdę super sprzęt. No i oczywiście Krzychowi Panfilowi za jego serwis. Nowe cervelo, felty i inne chowają się przy aerodynamice argona 119. Wiem co mówię, bo jeżdżę! Mniejsze waty – większa prędkość – takie mam przemyślenia po tych zawodach. Tripower i HUUB za sprzęt pływacko, rowerowo, biegowy. Enervit za koksy i dwa hiciory czyli koncentraty oraz galaretki PRE. Wiem Tomek, że tak się robić nie powinno ale galaretki są jednym ze stałych posiłków, które jadłem na każdym odcinku rowerowym przed biegiem. Marcinowi Mikuskowi i New Balance za buty. Nie tylko te startowe ale i całą masę wygodnych butów treningowych. Krasusowi za żele o smaku miodu! Miodzio. House of Skills za pomoc finansową w kupieniu slota (ale fakturę Prezes kazał wziąć na klub – jak on to rozliczy?). No i na koniec dziękuję wszystkim moim kibicom. Patrząc na statystyki facebookowe wpisu kiedy wpadam na metę: szczęka opada!

WP_20161003_007

pierwszy wśród kobiet. Duma! fot. Jarek Grzelec

18 Komentarze

  1. maniuś napisał(a):

    …a jak oni widzieli ,że wpadasz na metę pierwszy- jak dwudziestu pięciu było przed tobą??>

  2. Kuba M. napisał(a):

    Jeszcze raz gratulacje, fajny opis można się czegoś nauczyć o taktyce.

  3. Dziadek Arek napisał(a):

    Professore nie warto nic obiecywać bo wszystko wskazuje na to, że nie doczeka następnego sezonu, zaczyna mi za mocno podskakiwać… 🙂 Mnie też wykolegowałes, obiecałeś prezent urodzinowy, pamiętasz? Jakoś nie mogę doczytać o pawiku na finiszu… 🙂 Wisisz mi…

  4. Andrzej Kozlowski napisał(a):

    Marcin ! Gratulacje raz jeszcze !
    W przyszlym roku w Lake Placid zedre sobie dupe na siodelku aby Cie tu spotkac w Kona .
    Jezeli to nie tajemnica , na jakiej dlugosci korbie jezdzisz ?
    Absolutnie nie chce sie narzucac ale jezeli podasz mi Twoj nr tel na andrzejkozlowski @ hotmail.com to po powrocie do Kanady zadzwonie i moge Ci cos podpowiedziec jak w miare tanio i w przyzwoitych warunkach „opekac ” Hawaje .
    Aloha !

  5. Michał Garbacki napisał(a):

    Wielkie gratulacje! Nawet nie zdajesz sobie sprawy ilu amatorom poprawiasz humor i dajesz kopa do działania. Jesteś gość! Kropka 🙂

  6. Artur Pupka napisał(a):

    Marcin, jesteś wspaniały! Na Hawajach fikołek będzie lepiej wyglądać:)

  7. Marcin napisał(a):

    Gratulacje Marcin. Wielka sprawa

  8. Marcin napisał(a):

    To co należy robić po opiciu się słonej wody?

  9. Boguś napisał(a):

    Po prostu jesteś zaj.bisty Gość. I do tego (s)Mentor. Chociaż jak czytam internety, to już mój ex ;-). Parafrazując pewne zdanie o Świętych, to MKONa należy podziwiać, niekoniecznie naśladować. 🙂

  10. Irek Tarasiewicz napisał(a):

    A z internetowego obglądu wyglądało to tak łatwo : – bardzo dobre pływanie /chociaż cała banda z przodu/; –rower jak zwykle i już 3 miejsce; – bieg to wiadomo, że te drobne 6′ to za mało żeby ich nie dogonił. Tak jakby po sznureczku po swoje i do mety. Ale teraz widać ile to kosztuje nawet najmocniejszych. Gratulacje Marcin i za rok ma być identyczna „powtórka z rozrywki”.

  11. Michał napisał(a):

    Marcin BRAVO wielkie gratulacje!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!