wytop 2017 – nowy magnes na lodówkę
26 października 2016
nie lubię a muszę
1 listopada 2016
Pokaż wszystkie

Etapy w życiu triathlonisty

To będzie kolejny z moich „rocznicowych” tekstów. Większości rzeczy o których piszę doświadczyłem osobiście, niektóre widziałem i widzę obecnie, o niektórych słyszałem. Przepraszam wszystkich, którzy zobaczą się w tym felietonie ale nie jest moją intencją nikogo obrażać ani wskazywać. Mam też nadzieję, że nic w tym tekście nie będzie nikogo ani niczego deprecjonować. Każdy ma swój pomysł na życie. Jednym się to podobać będzie – innym nie.

„Zosia Samosia”.

Zaczynasz od decyzji: startuję w triathlonie. Ale jak się do tego przygotować. Ja w 2007r nie wiedziałem nawet, że jest taka funkcja jak trener triathlonu więc przygotowywałem się samemu. Blog Darka Sidora ale i moje doświadczenia z biegania. Myślałem sobie tak. Jeśli w Ironmanie każdy dystans jest „maratoński” to i trenowałem jak do maratonu. 180km roweru było dla mnie maratonem ale rowerowym, 3,8 pływania było dla mnie maratonem pływackim. Trenowanie do 70.3 odpowiednio zmniejszało długość i intensywność treningów. Proste? Niby proste ale jak w 2010r Marcin Waniewski zobaczył mój dzienniczek treningowy to się złapał za głowę. Dużo za dużo kilometrów śmieciowych, za mało periodyzacji treningu i inne szkolne błędy zawodnika amatora. Jednocześnie dla otoczenia na zewnątrz jestem trenującym. I to trajlon więc jestem ktoś J pojawiają się fb wpisy i komentarze wśród znajomych: wiesz, dzisiaj na przebieżkach leciałem te odcinki (60 metrowe) ze średnią prędkością 2:50/km! Albo jeszcze lepsze – tym razem moje – chciałem zobaczyć co to znaczy 180km ciągiem to se przejechałem 318 jednego dnia a drugiego 300. Tak, tak. Szklarska Poręba – Olsztyn. Na rowerze. Idiotyzm z dzisiejszej perspektywy – wtedy duma – przecież: „trenuję więc jestem” 🙂 I najlepiej jak wszyscy o tym wiedzą i to widzą!

 

mkon

 

„Mam trenera”.

W kroku drugim rozwoju kariery zawodniczej decydujesz się na trenera. Ja miałem do szczęście, że Darek oświadczył – trenuję cię za udział w nagrodach – nic mi nie płacisz. Ale to co według mnie jest charakterystyczne dla pierwszego etapu takiej współpracy zawodniczo-trenerskiej to bardzo, naprawdę bardzo duże oczekiwania związane ze śledzeniem oraz informacją zwrotną od trenera do zawodnika. Mówiąc wprost: oczekujemy, żeby trener to chyba żył obok nas. Przykład? Podczas jednej z sesji mentoringowych (przypomnę NIE JESTEM TRENEREM w tym projekcie) jeden z moich podopiecznych przysłał mi tabelkę informująca jak wyglądały poszczególne kilometry z wykresem tętna i oczekiwaniem, ze zanalizujemy ten trening minuta po minucie. Myślę, że czasami marzymy o tym, żeby trenera mieć na wyłączność. W końcu mamy takie dobre wyniki, ze trener powinien stać obok na stadionie i mierzyć czas…. Może dlatego tak łatwo sprzedają się pakiety premium… Generalnie chodzi o to by być w centrum. W końcu jest się trajlonistą. A to brzmi dumnie. Podobnie zresztą miałem z tematami około treningowymi. Poszedłem do dietetyka, zapłaciłem jak 10 spotkań jak za zboże i naprawdę byłem zdziwiony, że Pan powiedział mi mniej więcej po 3 spotkaniu: Panie Marcinie ale jak Pan sobie wyobraża, że ja będę panu gotował to się Pan mylisz…. No ale jak to? Przecież ja prawie złamałem 9h. i to w ajronmanie????

„Jestę Trigwiazdą”

Dobra, w końcu nadchodzi taki moment kiedy to robisz WYNIK. I wtedy zaczyna się jazda pt. sponsorzy – czekam na Was 🙂 Czemu jeszcze Was nie ma… Pojawiają się pakiety sponsorskie, plany na sprzedaż powierzni reklamowych na koszulkach, stroju, rowerze a nawet samochodzie. Wkurza cię, że rozmawiając z człowiekiem z ulicy on nie kojarzy twojego nazwiska a nawet jak kojarzy to jego wartość marketingowa jest równa ZERO. No ale przecież ci się należy. W końcu wygrałeś kategorie wiekową/OPEN a może i nawet zdobyłeś blaszkę na MP. Co z tego, zę weryfikacja twojej pozycji za granicą dewastuje twoje osiągnięcia krajowe. W końcu sponsor krajowy więc wystarczą krajowe sukcesy… 

Nie ma sponsorów? To może chociaż zawody zorganizuję… 😉 

 

20150703_114847

 

„Trener to JA”

Od razu chcę powiedzieć, że pytania o to czy mógłbym komuś napisać plan zdarzają mi się od Klagenfurtu. W 2010r. w swoim drugim starcie zrobiłem 9h15 i wielu wydawało się, że od tej pory jestem misiem pysiem, ekspertem od Ironmana i guru tematów wszelakich. Ja na szczęście miałem inne zdanie ale pełno jest przecież historii, że jeden udany start daje upoważnienie to tytułowania się „trenerem triathlonu”. Przetrenowałem w końcu 1,2,3…i więcej sezonów z trenerem więc wiem jak mam trenować siebie. Ba, mogę przecież dzielić się swoją wiedzą z innymi. Więc zakładam zespół zwykle swojego pseudonimu lub nazwiska (albo oba), coś na kształt klubu sportowego i zaczynam budować grono oddanych i wiernych mi zawodniko-wyznawców. Jakoś tak mi idzie, że nawet jak daję d@py jako trener to oni i tak nie mają mi tego za złe – winę biorą na siebie. Zawodnik zawsze powie: „Pamiętasz trenerze ten trening tam sprzed miesiąca – ja go nie zrobiłem. To pewnie dlatego” 😉 Nawet jak nie są zadowoleni to przecież nie odejdą. Jestem ich kumplem, powiernikiem, źródłem prawdy objawionej. Ergo – potrzebują bliskiego kontaktu (patrz wyżej) to ja im go daję. I pławię się w tym kulcie. A potem? Potem leci to już po całości. Obozy, wyjazdy na zawody, stroje z moim nazwiskiem, facebookowe pochwały za progres/miejsce/czas (wszyscy przecież tak robią). Zaczynam robić kasę i w pewnym momencie staje się to moim jedynym źródłem utrzymania. I dobrze. Każdy ma swój pomysł na życie. Czasami jednak zaczynamy tę trenerkę wspólnie a dopiero później dochodzę do wniosku, że to czas iść na swoje. Po co mieć 50% jak można mieć 100 🙂

 

20150819_131733

 

Czy jest jakiś kolejny etap? A może są etapu pośrednie. Ciekaw jestem Waszego zdania.

I nie zapomnijcie: „…z czego się śmiejecie? Z siebie się śmiejecie!”

17 Komentarze

  1. ts napisał(a):

    marcin. w punkt jak zawsze! „zosia samosia” to 100% prawda i tylko prawda, z tymi trenerami to faktycznie NAZWISKOteam – to wysyp, a co do zawodów to się nie odzywam bo sam organizuję:):).
    pozdro
    ts

  2. tomek napisał(a):

    jestem na drugim etapie………

  3. Arek C napisał(a):

    Nie filozuj…. rób swoje… 👍

  4. Gacor napisał(a):

    Brakuje mi innego etapu ” Opamiętany” choć w społeczności triathlonowej to rzeczywiście rzadkie zjawisko. Cała masa amatorów wzięła się za tri z powodu tego ze mieli dość siebie otyłych, zgnuśniałych, opitych, opalonych czy nawet zmęczonych wyścigiem szczurów. Ale ten sport z jego gadżeciarskim i wynikowy zadęciem jest często antylekiem na wspomniane korzenie decyzji o jego uprawianiu. Jednak pojawiają się nawet wśród tych zachłyśniętych swoją mierzoną kilkunasto – kilkudziesięcio fejsbukowymi lajkami glorią ci opamiętani, którzy wskazują drogę do takiego uprawiania tego sportu który równa się zdrowiu i „niedaniusięzwariować”.

    • mkon napisał(a):

      prawda, ale pewnie ja jeszcze takiego stanu nie osiagnąłem stąd brak mi było pomysłu na zamieszczenie takiego etapu 😉

  5. endutrition.pl napisał(a):

    Podobało nam się spostrzeżenie co do weryfikacji swoich wyników na tle innych nacji. Podpatrywałem niedawno jak trenują Hiszpanie („amatorzy”) o Niemcach nie wspomnę bo Ci jako Prosi zdominowali ostatnio tą konkurencję a Nam się w większości wydaje, że u nas Triathlon w kraju ma coraz wyższy poziom sportowy!? Pewnie trochę tak bo z roku na rok coraz więcej z nas zaczyna się w to „bawić”. Moda Panie i lans ale to ten akurat pozytywny rodzaj lanserki 🙂 Szkoda tylko, że na arenie międzynarodowej nie mamy za bardzo czym się pochwalić i nie widać nawet światełka tunelu 🙁
    Dziwne bo coraz nas Triathletów więcej a wyników nie ma ! Nie umniejszając naszym dziewczyną takim Jak Agnieszka J. Ewa B…..
    Ciekawe dlaczego tak to niestety wygląda i jakie Ty MKON masz na ten temat zdanie ? pzdr. endutrition.pl

    • mkon napisał(a):

      Endutrition (chociaż chyba wolę imię ;)) co ja się mam wypowiadać na tematy które są mi obce. Jestem tak daleko od sportu kwalifikowanego jak najbliższa nam galaktyka. Jednak myślę, że prędzej czy później następi efekt skali czyli ilość amatorów i popularność dyscypliny przełoży się na młodych, którzy ruszą mocno do przodu. Inną sprawą jest to czy generalnie nie mamy do czynienia z obrzydzeniem do sportu ze strony młodych ludzi – wiem, wiem – gadam jak ramol. Stąd jako obserwatora „sceny” wolę dużą ilość amatorów z brzuszkami, którzy robią wyniki na połówce daleko odbiegające od amatorów niemieckich niż widzieć tych amatorów na kanapie przy piwku i karkówce

  6. Twister(team ;) ) napisał(a):

    Etap „Co dziś zrobiłeś”,Brak etapu trenera i etapu kontuzje 🙂

  7. Marcin P. napisał(a):

    Dlatego lubię klocki.

  8. Paweł napisał(a):

    Jest taki fajny etap, daje mi to po prostu przyjemność bez zadęcia, ale nie robie z siebie mądrali i wiem, że mądry trener to mi powie gdy durnoty robie, albo robie źle. No i fajnie jest jak to robisz, bo lubisz, a jak jeszcze można fajnych ludzi poznać, nie być starym dziadem i tam się motywować do działania to super. 😛