rozliczenia po Frankfurcie
30 października 2018
refleksje 10dniówkowe
13 listopada 2018
Pokaż wszystkie

Nie wiem, czy zauważyliście, ale w podcaście podsumowującym start we Frankfurcie (niemaniemoge.pl/mkon-TiWi) starły się dwie szkoły. Trener Kowalski mówił o strategii bycia 2kg + powyżej wagi startowej, właściwie przez cały okres treningowy, Maciej Żywek mówił o wycieniowaniu i długim utrzymywaniu tej wagi w okresie przygotowawczym.

Jak zwykle ja jestem pomiędzy, ale chcę zaeksperymentować podczas roztrenowania i okresu wdrożeniowego do kwietniowego maratonu. Kilogramy w bieganiu odgrywają dużą rolę. Wiem, że mam z nimi problem (miałem na pewno we Frankfurcie). Jednak zawsze w treningu, który połączony jest z intensywnym wytopem odczuwam następujący układ zależności: mało jem, dużo (albo inaczej – normalnie) trenuję, a w konsekwencji nie mam siły na zadania. Szczególnie na rowerze. Dlaczego by więc nie połączyć odchudzania z okresem najniższej intensywności (listopad/grudzień)? Przygotować organizm do mniejszej podaży żarcia, a potem jak przyjdzie już większe trenowanie – jeść normalnie.

Inna kwestia, jaka została mi w głowie, po podcaście to pytanie Maćka: dlaczego nie trenowaliśmy pod 2:25, a akurat na 2:30? Jeśli trening byłby intensywniejszy – byłby większy zakres prędkości i może większy zapas. Zostało mi to w głowie. A co, jeśli zamiast zrzucać wagę do 69, nastawić się na zrzucenie do 65-67? I zrobić to od razu, a nie czekać przez całe roztrenowanie? Wiem, że kuszą te wszystkie rzeczy, których sobie odmawialiśmy. Ale rozmawiając z Maćkiem o tym, co zrobimy po maratonie, od razu też stwierdziliśmy: no dobrze, rzucisz się na czekoladę (on) i torcik wedlowski (ja), ale przecież wiesz, jak to będzie smakować. I czy fakt najedzenia się na maksa, rzeczywiście sprawi ci taką radość? Bo chyba nie o to ile jemy (choć też), ale przede wszystkim co jemy tutaj idzie. I o głowę. To głowę przyzwyczailiśmy do tego, że musimy jej dostarczyć coli, nutelli, redbulla, czekolady. To nie jest tak, że komórki twojego organizmu krzyczą: jeśli nie zjesz czipsa w tym tygodniu, to się pochorujemy! Gówno prawda. Sami sobie w głowie taki „nałóg” zrobiliśmy.

Kiedy pytałem Maćka o to, jak tak schudł przed maratonem, usłyszałem dwie znane mi od lat rzeczy: nie jadłem słodyczy i w ogóle wyeliminowałem cukier oraz na śniadanie nie jadłem chleba. Facet przy wzroście prawie 2m ważył 78kg. Możecie uwierzyć? Ja też tak chcę. Chcę spróbować. Bo zaczynają powoli wkurzać mnie dni, kiedy nerwowo chodzę po domu i MUSZĘ zjeść coś słodkiego. Zachowuję się jak alkoholik i wiem, że jest to nienormalne. Muszę zacząć dzień od kawy z colą, do chleba musi być wędlina, bo inaczej to nie jest kanapka, a po obiedzie musi być coś słodkiego. To nie jest normalne. Chcę złamać te schematy, a przy okazji zobaczyć, jaki skutek one przyniosą.

Jedną wygraną walkę za sobą mam – walkę z energetykami. Od poziomu 4 dziennie zszedłem do poziomu 1-2 w miesiącu (choć tylko w kwestii smakowej, bo i tak nic nie dają). Wygrałem z redbullem, może wygram z innymi rzeczami. Uważam, że każdy ma swojego demona. Moim jest cukier. I on idzie na pierwszy ogień.

Jak chcę to zrobić i do czego Was zapraszam? Tradycyjnie do czelendży jedzeniowych. Magnesów już prawie nie ma, a dla tej 100-tki, która je kupiła obiecałem dodatkowe atrakcje. No to jedziemy! Proponuję, począwszy od 5.11, rozpocząć regularnie 10dniówki MKON’a. Podczas każdej dziesięciodniówki eliminować będę jeden z produktów. I zobaczę jak mi z tym. Akcja przede wszystkim na głowę, a nie po to aby po 50 dniach (czyli 5 akcjach) wyeliminować 5 produktów.

 

Jak pisałem wyżej, zaczynam od cukru. Na FB pojawi się za chwilę wydarzenie, które odbywać się będzie 5-15.11, którego celem będzie wyeliminowanie słodyczy z codziennej diety. Potem pogadamy co dalej, ale według mnie będą to napoje słodkie (cola, soki), potem pewnie mięso (a, co!). Więc plan na najbliższe 30 dni mam. Co dalej – zobaczymy.

Chcecie wejść – zapraszam serdecznie. Ale niech będzie to podjęcie rękawicy na serio. W końcu walczymy z sobą. Wchodzisz – starasz się jak możesz. Nie wychodzi – płacisz stówę na stypendia w ramach Nidzickiego Funduszu Lokalnego.

10 Komentarze

  1. Tommi1 napisał(a):

    Drogi Marcinie.

    Co do „10dniówki MKON’a”

    No ja rozumię że cukry, że browary, że nawet komunikacje miejską trzeba będzie odstawić ale nie Mięchoooooooooooo

    Zlituj się, o miłościwy zostaw nam mięcho….

  2. Tomy napisał(a):

    Już się zapisuję.
    Sport, sportem, ale… jesteśmy „człowiekami”. Ech te nasze słabości. Oczywiście one się różnie rozkładają (od 6 lat nie jem tego co za życia chodziło po ziemi), no ale… takie batoniki, czekolady itp. dałbym się pokroić!

    5 listopada – już na czerwono w kalendarzu zaznaczone 😊

  3. darek napisał(a):

    naprawde swietny pomysl!wchodze w to i mam nadzieje ze dam rade bez slodyczy bo to one sa najwiekszym moim demonem😏👍

  4. Warszawski Scyzoryk napisał(a):

    „your worst fear” brzmi lepiej, bo te problemy z zrzucaniem wagi trochę mnie fascynują 😉 Pewnie dlatego, że u mnie to naturalne, można powiedzieć, że ja biegam wagą właśnie 🙂
    Z drugiej strony, energetyki, cola, jak Ty Marcin zostałeś tym MŚ AG45? 😉 Masz duże pole manewru na te 4 lata 🙂

  5. fangawnos napisał(a):

    Z jednej strony wygląda to na dziecinadę – dorośli faceci potrzebują jakiś zakładzików, aby zrealizować to co im służy. Prawdę powiedziawszy, że w zdecydowanej większości takich zakładzików potrzebują przede wszystkim faceci (żona, choć uprawia sport, to mnie wyśmiała).
    Z drugiej strony wchodzę w to ;), ale na własną rękę poje produkty/postanowienia na dziesięciodniówki to: słodycze, alkohol, kawa (redukcja do jednej dziennie), odinstalowanie fb z telefonu, do wyra przed północą.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *