Moje koksy – part I
4 maja 2015
Moje koksy – z innej beczki
10 maja 2015
Pokaż wszystkie

Wczoraj miałem dzień wolny więc napisałem felieton na AT. Opisałem w nim lęki triathlonisty. Można go przeczytać tutaj: http://akademiatriathlonu.pl/felietony/felietony/2393-leki-triathlonisty-marcin-konieczny. Dzisiejszy poranek dodał do tego trochę inną historię. Jednym z lęków przeze mnie opisywanym jest lęk przed bólem. No więc jest 5.45 rano. Mam zaplanowany trening rowerowy. 2h w tym 15×1’ @450w p.1’ w pokoju hotelowym bo leje i burza. Od 9 szkolenie. Klima niby jest ale słabo dmucha, okna się nie otwierają. Po 3 odcinku mam dość. Po 7 odpadam. Koniec. Wszystko wypite, wszystko mokre, nie mam czym oddychać. Ręce trzęsą mi się jak w stanie przedzawałowym więc schodzę z trenażera i myślę sobie – wszystko to co napisałem wczoraj można wyrzucić do kosza. Niby ulga bo koniec mordęgi ale i giga gula bo trening niezrealizowany  nawet w połowie. G**wno. Nie dam się. Nie mogę się poddać. Wstawiam rower pod prysznic tak, żeby łeb był pod zimna woda. Robię Całość zajmuje mi 5’ więc mam extra przerwę i dokręcam te 8. Woda leci, ja upodlony ale na koniec szczęśliwy. Chyba rzeczywiście jestem poj*bem 🙂

4 Komentarze

  1. Marcin U napisał(a):

    Brawo 🙂
    To jest już chyba jobel 🙂
    Następnym razem musisz koniecznie upewnić się, że w pokoju masz odpowiednio wielką lodówkę by rower się zmieścił i po problemie.
    Nie dziękuj 🙂

  2. Voojek napisał(a):

    Zacne.

  3. Anna napisał(a):

    Niczego sobie 🙂