Definiowanie obaw jako alternatywa do stawiania celów

triathlon z punktu widzenia obserwatora
20 maja 2019
suwak szarości
3 lipca 2019
Pokaż wszystkie

Jeśli w trakcie podróży służbowej zabraknie mi audiobooka, to następną, naturalną opcją wyboru jest www.ted.com. I ostatnio jadąc sobie z Wrocławia, wpadłem na prezentację Tima Ferrisa (13 minut), która jakoś brzmiała mi znajomo.

Jeśli czytaliście moje poprzednie felietony (w szczególności te poświęcone motywacji), to wiecie, że jedną z najskuteczniejszych dla mnie strategii mobilizacyjnych jest antycypacja porażki. I mimo, że dystans do swoich startów „A” mam coraz większy, to przyznaję – w chwilach największego strachu wyobrażam sobie, ten moment, w którym się nie udaje. I czuję to ściskanie w żołądku. Wiem jak wtedy będę się czuł i wiem, że oswojenie się z tym jest moim sposobem na zarządzenie tym paraliżem. Gorzej być nie może. Na mnie to działa. Koleś, o którym wspominam powyżej rozwinął to nawet do fajnej strategii związanej z paraliżem decyzyjnym, a właściwie analizą ryzyka. Znalazł też linki do stoicyzmu i genialny wątek polski (szukajcie na końcu), który pokazuje, że moja Babcia z jej: robisz nie płacz, płaczesz nie rób – ma swoją alternatywną wersję 😉 (sami zobaczcie).

Ale o samym wystąpieniu słów kilka. Koleś po próbie próby samobójczej (tak, tak), chorujący na depresję, przedstawia swój sposób nad zarządzeniem lękiem. A właściwie paraliżem przed sytuacją, która potencjalnie może się wydarzyć. W swojej prezentacji rekomenduje skupienie się na oddzieleniu tego nad czym mamy kontrolę od tego nad czym kontroli nie mamy, a potem ćwiczenie się w pracy  nad tym pierwszym. Brzmi znajomo? Dla mnie tak! W 2017, kiedy pojawiłem się na 14 dni przed startem na Hawajach, codziennie tłumaczyłem sobie – pogoda się nie zmieni. Nie zmieni się również moje do niej nastawienie (w chuj gorąco), nie przyzwyczaję się do niej, ani nie zaaklimatyzuję. Ale mogę zadziałać prewencyjnie – czyli przyszykować się na radzenie sobie z jej skutkami dla mojego organizmu. Stąd np. w żadnej minucie mojego tam pobytu nie używałem klimatyzacji.

Tim Ferris rekomenduje coś takiego, co stoicy nazywali PREMEDITATIO MALORUM, czyli przewidywanie nieszczęść. Brzmi znajomo 2? Mnie bardzo. Przed pierwszym IM w Borównie największy lęk jaki miałem, to guma na części rowerowej. Środek jaki zastosowałem – inwestycja 50 zł w godzinę pracy mechanika rowerowego, który wpuścił mnie do swojego warsztatu, poinstruował i kolejna godzina na ćwiczeniach. Czas początkowy zmiany dętki – 7’, czas końcowy około 90”. Pewnie dzisiaj musiałbym znowu poćwiczyć, żeby zrobić to w 90”, ale zasada ta sama.

To przewidywanie nieszczęść, to w sumie dobrze mi znana sekwencja działań – „wizualizowanie w szczegółach, najgorszych scenariuszy, których się boimy, co sprawia że podejmujemy działania, aby przemóc paraliż strachu” – cytat z wystąpienia. No jakbym sam siebie słuchał 😉

W ujęciu znacznie szerszym niż tylko strach przed jutrzejszym startem, Ferris proponuje podejście odwrotne niż stawianie celów. Nazywa to definiowaniem strachów/obaw.

  1. Najpierw określ swoje obawy – to co cię paraliżuje (what if I,,,,): Co jeśli…. (to i to nastąpi)
  2. Następnie określ (define) najgorszą rzecz(y) jaka się zdarzy jeśli podejmę ten krok
  3. Zrób burzę mózgów do każdej z powyższych, która będzie zapobiegała jej wystąpieniu (prevent), albo przynajmniej obniżeniu prawdopodobieństwa jej wystąpienia
  4. Repair – co można zrobić, aby naprawić szkody albo kogo (zawsze sMentora 😉) poprosić o pomoc

Tutaj przychodzi mi do głowy następująca myśl. On (może nie wprost) bierze pod uwagę benefity nawet podjęcia próby takiej analizy. Bo przecież ona nie wyeliminuje przeszkody/obawy. Ona ma zadziałać prewencyjnie. Tak jak moja wizualizacja porażki. Boję się „co ludzie powiedzą” – to sobie to wyobrażam – i już wiem, i już się tego nie boję – bo tego dotknąłem. Bottom line (albo celem minimum) tej techniki jest spróbowanie, albo osiągnięcie częściowego sukcesu. Uważam, że każdy powinien mieć taki cel minimalny. Ja za każdym razem zastanawiając się czy start się uda tłumaczę sobie: „ale przynajmniej jesteś szczupły – w końcu dlatego zacząłeś tę całą przygodę”. To jest ten cel minimum.

Dalej Ferris pisze o kosztach (cenie) braku działania, ale dla mnie już za bardzo trąci to life coachingiem ;). Jakoś nie wyobrażam sobie siebie, abym raz na kwartał (jak on sugeruje) siadać i określać w swoim życiu coś więcej niż to, co każe mi żonka 😉 oraz to, gdzie mam startować. Może prostota to klucz do szczęścia 😉

A teraz na koniec jeszcze jedna uwaga. Facet pokazuje źródła swojej techniki w stoicyzmie. Nie wiem czy (jak większość tedowych prezenterów) robi to, aby „błysnąć”, czy stoicy też zastanawiali się jakie będą skutki złapania gumy na ironmanie. Nie chce mi się zagłębiać. Ale jeśli to źródło jest rzeczywiste, to jest to kolejna teza na to, że wszystko już zostało wymyślone. A my po prostu musimy nauczyć się wybierać z tego zalewu marketingowego oceanu danych, dane właściwie – czyli dopasowane do nas.

Wizualizacja porażki działa na mnie. Na was nie musi. Więc może podziała „what if I…” 😉

 

 

2 Komentarze

  1. TomyLe napisał(a):

    Hmmm… tak sobie myślę, „czy stoicy też zastanawiali się jakie będą skutki złapania gumy na ironmanie” oraz… nad sensem „antycypacji porażki”… OK – może i pozwala to na bycie gotowym na wszystko, bycie wytrenowanym na wiele różnych sposobów, chociaż nie przypominam sobie aby ktoś opowiadał o „grupowych treningach wymiany dętki” (tak – robię to sam, zawsze na początku sezonu w zaciszu garażu no i pewnie kilka razy w sezonie w warunkach naturalnych, szosowych, treningowych, startowych). Ale – czy jesteśmy w stanie przewidzieć wszystkie typy porażki (problemów) jakie mogą nas spotkać na swim-bike-run??? Dla przykładu, na ~ 3min. przed startem jednego z moich triathlonów wypadł mi wizjerek z moich okularów pływackich. Stres był, no bo.. soczewki. Ale, jako „antycypator porażek” zawsze w t1 mam zapasową parę. No i co? Nic – przepłynąłem 950m w Kanale Elbląskim, a soczewka nie wypłyneła. Bywa i tak.
    Powodzenia!

  2. Paweł napisał(a):

    Filozofowie już dawno wszystko wymyślili. Co więcej już w starożytnej Grecji zastanawiali się kto przed nimi to wymyślił. Więc to nie jest tak ze to są jakies nowe rzeczy. Zmieniły się krajobrazy. Pozdro od byłego smentorowanego 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *