cyferek ciąg dalszy… czyli o motywowaniu cd.

pacta sunt servanda
24 stycznia 2016
dwusetki w cyrku
27 stycznia 2016
Pokaż wszystkie

20151222_172918

W poprzednim wpisie pisałem o potędze pięciu. Dzisiaj będzie o kotwicy. I nie będzie to wpis dedykowany Emilowi vel El. Kapitano ale sięgnę trochę do NLP.

Każdy z nas ma historię osobistą bogatą w różne stany emocjonalne. Aby ich na nowo doświadczyć, potrzebujemy jakiegoś wyzwalacza, jakiegoś skojarzenia pozwalającego w czasie teraźniejszym wywołać oryginalne doświadczenie. Nasze myśli łączą doznania w sposób naturalny; jest to właśnie sposób, w jaki nadajemy znaczenie temu, co robimy. Czasami te skojarzenia są bardzo radosne; np. ulubiony utwór muzyczny przywołuje przyjemne wspomnienia. Za każdym razem, gdy słyszysz to specyficzne brzmienie, rodzą się przyjemne uczucia. I za każdym razem, gdy to się dzieje, skojarzenie to wzmacnia się. Bodziec, który jest połączony ze stanem psychologicznym i który go wyzwala nazwany został  w  NLP kotwicą. (mat. szkoleniowe „Specialist” Interpersonal Staff Training)

Kotwica a właściwie kotwiczenie. Oczywiście a’la MKON. Mądre książki piszą więcej, mądrzej i dłużej o tzw. pozytywnym kotwiczeniu – czyli  o podświadomym, a może świadomym łączeniu bodźca zewnętrznego z pozytywnym (u mnie niekoniecznie i nie zawsze) wspomnieniem lub zdarzeniem.

Jak to działa u mnie? Tak jak napisałem powyżej – mam kotwice związane prawie wyłącznie z momentami w trakcie treningu lub zawodów i po raz kolejny są to cyfry. Tym razem 8 i 15.

Pierwszą kotwicą jaką chcę się z Wami podzielić jest 8km. A właściwie 2x4km. Jest to najbardziej kultowy odcinek biegowy – skądinąd znany startującym w pierwszej olsztyńskiej olimpijce organizowanej przez LABO SPORT  odcinek z Jeziora Długiego do oczyszczalni ścieków. Dlaczego kultowy – bo wraz z boomem biegowym a jeszcze przed zrobieniem pięknej 4,5km ścieżki biegowej dookoła jeziora była to jedyna droga, w miarę odśnieżana, po której można biegać szybciej. I wprawdzie i tak 80% treningów dalej ciśniemy na warmińskich crossach ale treningi jakościowe – a czasami i rowerowe robi się właśnie na tym wahadle. Tam jest lekko z górki, z powrotem jest pod górkę. Znam tam każdy zakręt, każdy wznios, każdą dziurę w asfalcie. I to właśnie 8 pojawiające się w jakimkolwiek wysiłku wyzwala z mojej głowie kotwicę: to tylko do oczyszczalni i spowrotem. A kolejne spadające z licznika kilometry dają informację typu: o km 6 – znaczy będzie ciężko bo jest lekki podbieg. I tak dalej.

Kolejna kotwica to 15. A właściwie 15 minut lub +/-km. Tyle zajmuje mi zwykle schłodzenie po jakimkolwiek akcentowym treningu rowerowym. Jeśli jadę na trenażerze to właśnie ostatnie 15 minut kojarzy mi się z luzem, odpoczynkiem. Jak kończę akcent na drodze to w Olsztynie – zwykle na drodze do Butryn to mam ok 30-35 minut do domu. I te 15 zawsze widzę na zawodach. Jak na ½ IM pojawia się 75km to właściwie już jest dla mnie po zawodach – znaczy szykuję się na bieg. Podobnie na 165km podczas Ironmana.

Psychicznie włączam tryb podtrzymywania tempa ale już nie cisnę na maksa. Podobnie podczas odcinków tempowych. Mam do przejechania 60 w strefie tempo to ostatnie 15’ to już jest luz. Jakoś tak podświadomie włącza mi się faza relaksu i chociaż dalej trzeba mocno kręcić nogami to już wiem, ze jest mooooocno z górki.

Kotwica naprawdę działa. Pamiętam jak dzisiaj, jak prowadząc jedno ze swoich pierwszych szkoleń w roli gadżeta (podającego mazaki do flipczarta, ale już mającemu wygłosić jakieś „ważne” fragmenty) zostałem namówiony przez mojego przyjaciela Henryka do użycia swoich ulubionych perfum. I wiecie co, wożę ten zapach (pomimo tego, ze ten Davidoff jest już dawno old fasion) ciągle w samochodzie i pryskam się przed każdym stresującym spotkaniem.

Kotwica i #niemaniemogę!

Następne w kolejce są ułamki i wizualizacja 😉 stay tuned!

3 Komentarze

  1. sikut napisał(a):

    wcisnąłbym lajka, ale nie ma