SuperLeague Triathlon aka MKON vs MACCA
26 kwietnia 2019
jestę biegaczę
30 kwietnia 2019
Pokaż wszystkie

Tytuł felietonu wytłumaczę na końcu. Jeśli więc nie jesteście ciekawi samej imprezy, to możecie przeskoczyć. Jeśli jesteście, to proszę uzbroić się w cierpliwość. Co więcej, większość rzeczy ważnych powiedziałem już Marcinowi Dybukowi, który opisał je tutaj. Stąd ten felieton to tylko uzupełnienie. Kilka szczególików, trochę podsumowania i rozszyfrowanie „curry on”.

 

 

Londyn Marathon – 400.000 chętnych, 42k startujących. Śpiąc tuż pod startem trudno nie było się obudzić mniej więcej o godz. 7.30. Pod oknami walił tłum. I to taki, że każda dotychczasowa impreza w jakiej uczestniczyłem to właściwie zawody podwórkowe (pod względem frekwencji). Przed samą imprezą miałem dwa lęki. Jeden dotyczył startu – że będę 41956 w kolejce do linii startu. Drugi związany był z grupą, z którą będę biegł (z tegoż powodu). Pierwszy rozwiązałem w ten otóż sposób, że pojawiłem się w swojej strefie (zielonej – były jeszcze 3) już na 45’ przed startem. Nie wiedziałem jak będzie zorganizowana. Liczyłem się z ryzykiem nie zrobienia rozgrzewki, ale bycie blisko linii startu miało dla mnie znaczenie. Wyobraźcie sobie kilka tysięcy osób zgromadzonych na boisku, którzy potem są wprowadzani do korytarzy, gdzie czeka się 30’, a dopiero na 5’ przed startem każdy korytarz (mój miał nr 1) zapraszany jest na linię startu. Organizacja startu perfecto mimo, że rozgrzewkę robiłem na 100m prostej po trawie między ludźmi. Fajne było też postrzeganie innych zawodników. Jako Janusz World Majors myślałem, że wszyscy obok mnie to pro, więc byłem zdziwiony jak 8 z 10 zapytanych: „na ile biegniesz” odpowiadało o marzeniach złamania 3h ;). Podpatrzyłem japoński patent sikania do butelki z szeroką szyjką. Chyba jednak nie skorzystam 😉

 

dwa koncentraty, i 4 „onehandy” – zapas na cały bieg. Rajtki do wyrzucenia – z nimi zaczynałem przygodę w 2007r.

Fajnie było też na pierwszych 500m. Biegnąc swoim tempem oczywiście z grupy wystartowałem jako jeden z pierwszych i myśl jaka mi się pojawiła brzmiała: „qwa, gdzie te grupy? Znowu bieg na solo”. Jak się okazało już za 100m przemieszani pomiędzy różne strefy, zawodnicy biegnący szybciej niż ja, dołączyli do nas wbiegając z uliczki równoległej. I nagle spotkałem morze, naprawdę morze ludzi biegnących moim tempem, a nawet znacznie to tempo przewyższającym. I przed sobą morze głów. Szybko się zreflektowałem, że jednak będzie z kim biec. Pierwsze 5km z górki, więc nie byłem zaniepokojony widząc na zegarku 17.30. Druga „piątka” w 17.42, czyli idealnie. Trzecia już trochę gorzej i ponieważ zwykle na 15-16km łapię pierwszy kryzys, to zagryzłem zęby i specjalnie urwałem swoją grupę, aby dobiec do tej przed nami. Złapałem i postanowiłem nie puszczać. Półmaraton w 1:14.30 więc idealnie, ale potem zaczęły się schody. Po pierwsze grupki się rozrzedziły, po drugie ludzie zaczęli z nich odpadać, a po trzecie z „ławy” zrobiły się pociągi. I tutaj dochodzimy do kolejnej garminowej przygody. Garmin cały czas pokazywał mi tempo odcinka (5km) w okolicach 3:30-32 więc miałem spokojną głowę. Jednak jak kolejna piątka wypadła znacznie powyżej 17.45 to już lekko się wkurzyłem. Te pociągi pojawiły się jako odpowiedź zawodników na „w mordę” wiatr, który pojawił się w II części dystansu. Ostatnie 10km to już kalkulacja, choć i tak głowę miałem chłodną i spokojną, bo nawet przebiegnięcie ich po 4’/km dawałoby mi życiówkę. Na spokojnie trzymałem tempo, biegnąc już z pojedynczymi zawodnikami. Ciągle starałem się raczej trzymać plecy, a nie pchać się na prowadzenie. Jednak jak doganiałem zawodnika i chowałem się za niego, to nie wiedziałem, czy komfort biegu wynika z przysłonienia mnie czy z tego, że ten zawodnik po prostu biegnie wolniej. We Frankfurcie, kiedy to biegłem za facetami prowadzącymi dziewczyny na 2:32, to jednak było wygodniej.

Ostatnie 2km to już walka na całego. Wszyscy wypominają mi te 5”, ale ja mam je głęboko w dupie. Jasne, że lepiej wyglądałoby 2:29 niż 2:30. Ja jednak wiem, że wystarczyłby inny tor biegu, ominięcie jednego punktu odżywczego (np. tego na 40km) i spokojnie byłoby poniżej 2:30. I jak to napisał Darek Dąbrowski – chyba zrobiłem to specjalnie, żeby był seaquel. Seaquel będzie, nawet jak byłoby 2:29:30.

Kilka spostrzeżeń o imprezie:

  1. Zdecydowanie bardziej komfortowo pije się z butelek (małych) niż z kubeczków. Te foliówki z glonów, z wodą i iso też dawały radę.
  2. Miałem ze sobą 4 żele i 2 koncentraty. Jeden wypiłem tuż przed startem + 2 tabletki GT Enervit. Wydaje mi się, że to optymalna ilość, biorąc pod uwagę ilość kieszonek, ciężar, etc. Żele brane z punktów wykorzystywałem do oszukiwania głowy (wciskałem i wypluwałem) – działa.
  3. Dawno nie byłem tak „nie zmęczony” po biegu. Nawet dzisiaj swobodnie chodzę po schodach. Czy to oznacza, że za słabo pobiegłem? Nie – oznacza to, że byłem bardzo dobrze przygotowany na ten wynik. Na wynik lepszy przygotuję się bardziej.

 

Teraz podziękowania:

  1. Żonie, Prezesowi, sponsorom – wiadomo.
  2. Asi i Mariuszowi, którzy swoją pomocą i serduchem stworzyli Działaczowi Godlewskiemu i mnie najlepszą EVER strefę zawodnika. EVER. Nawet Asia „rozdziewiczyła” mnie z #cukierdetox ciastem czekoladowym swojskiej roboty z cyferkami układającymi się w mój czas końcowy. Can you believe? A czy przychodzi Wam do głowy fakt, że Mariusza poznałem na tydzień przed imprezą, kiedy to obcy facet pisze do mnie: „MKON to ja Cię wezmę do domu po starcie”… Ale okazało się, że Asia z Węgorzewa – to zapewne dlatego!
  3. Dziękuję wszystkim kibicującym na trasie – tak tak – na trasie w Londynie! Wojtek, tomasz_on_the_run, to naprawdę niesamowite w obcym mieście słyszeć: „ogień z dupy”.
  4. Arturowi Pupce za danie dowodu na to, że nawet katarek nie musi być przeszkodą.
  5. Tomkowi Kowalskiemu – trenerowi triathlonu piszącemu ZAJEBISTE plany biegowe. Nie powiedzieliśmy jeszcze ostatniego słowa.

Głębsze doświadczenia ostatnich 5 miesięcy opiszę w oddzielnym poście. A teraz „curry on MKON”. No więc nawet najlepsze starty mają w sobie januszową historię. Po przylocie i dość delikatnym zwiedzaniu (Działacz był pierwszy raz w Londynie) dojechaliśmy do ibisa w Greenwich. Na hasło: „idziemy coś zjeść” usłyszałem: „idź sam – ja pojadę do centrum do hotelu Plaza, odbiorę Ci pakiet i tam coś zjem”. Pewnie nie chce się dzielić dietą – pomyślałem. Będąc wdzięcznym, że nie muszę jechać po pakiet (w końcu od czego są działacze), poszedłem szukać jakiejś knajpy w najbliższej okolicy… podobnie jak chyba połowa zawodników, którzy jutro mieli biec. Zbliżała się powoli 20sta, a kolejki się nie zmniejszały. Nagle zobaczyłem restaurację. Indyjską. Byłem już taki głodny, że zamówiłem szybko i dopiero po 5 kęsie (przepysznego chicken tikka masala) zorientowałem się, że curry trochę ostre. Co się działo w nocy nie pomnę 😉 Na śniadanie zjadłem tylko suchy kawałek bułki, bo się bałem zapodawać cokolwiek innego. Litr coli uratował mi skórę. I może dzięki temu ogień z d*py był też później 🙂 na biegu. No i mamy cudowną zapowiedź sequela: „curry on MKON” 😉

 

6 Komentarze

  1. Dziadek napisał(a):

    Brak mi słów….

  2. Maciej napisał(a):

    Takich ludzi jak Ty nie mymyślają nawet w hollywódzkich filmach. Lecisz 2:30, jesz curry dzień przed, piszesz felieton dzień po i luz. Brak mi słów. Serdeczne gratulacje. Niesamowite jak można mieć tak mocną banię.

    • mkon napisał(a):

      Maciej, przyznam ci się szczerze, ze dobrze mi na głowę zrobiło jak zostałem miszczem świata. Może idź w tę stronę 😉 (ma nadzieję, że wszyscy kumają, ze to żart jest)!

  3. MRod napisał(a):

    Gratulacje wyniku. W sprawie sugerowania się tempem Garmina to zawsze trzeba brać poprawkę 1-3 s na kilometr wynikająca z dokladnosci pozycjonowania GPS (około 5m). Wplyw dokładności jest szczególnie widoczny przy końcowym dystansie (przy maratonie to jest zazwyczaj 42 400 m zamiast 42 195).