Sportowy Jeż Poranny
ajronmen, czyli niezły pasztet
26 lipca 2016
pomagamy?
2 sierpnia 2016
Pokaż wszystkie

Ostrzegam to będzie obrzydliwy tekst. Ale jest to kolejny „powrót” do dzieciństwa a właściwie „młodzieństwa” w trenowaniu.

Ale zacznę od wczorajszego wieczoIMG_0521ru. Skończywszy trening w większości odbywający się na sali szkoleniowej (niech będzie pochwalone 20*1’ mocno) ledwo żywy wracałem do hotelu. Wstąpiłem do sklepu, żeby kupić sobie żarełko na rano i popełniłem największy błąd kompulsywnego zakupoholika. Kupiłem ostatnie dwa kabanosy z paczki jaka leżała w ladzie mięsnej. Co więcej – od razu je wciągnąłem.

Jestem w ciągu antybiotykowym już 2 tydzień więc nie wiem czy przygody jakie zaczęły się w nocy to kwestia kabanosów czy antybiotyków ale do tej pory było ok więc to chyba była przygoda a’la Buszan i tatar 😉

W planie miałem tylko jeden trening więc plan był taki, że bez nastawianie budzika – jeśli obudzę się ok. 6 sam to idę na BC2 14km – jak nie idę dopiero po szkoleniu. Żona dojeżdża do mnie i jedziemy do Szklarskiej trenować więc pauza 4h i tak była zaplanowana na po szkoleniu. Rano pobudka o 7 – więc bez treningu ale jak przypomniałem sobie swoje przeboje nocne to i tak bym treningu nie zrobił. Na szkoleniu padaka. Brzuch boli, kabanos się odbija… Nie wiem jak przeżyłem ten drugi dzień inspirowania uczestników co to są profesjonalnie prowadzone prezentacje. Ale jakoś dotrwałem a ankiety pokazują, że nawet w dobrej formie. Ale forma dobra nie jest. 14km biegu ciągłego to nie przelewki i nawet w 100% zdrowy mam respekt przed takim treningiem. Tak więc od razu po szkoleniu dałem sobie jeszcze extra godzinę i zdecydowałem się na próbę „przepalenia”. Alternatywą było zrobienie tego treningu jutro (sobota) ale wtedy poza 5h roweru zaplanowanego na sesję poranną i wieczorny masaż – który przecież też jest jakimś obciążeniem organizmu – te 2 dodatkowe przeznaczone na bieganie – trochę dużo. Postanowiłem zaryzykować.13672521_664365543714776_1326206006_n

I nie o treningu tutaj będzie ale o nastawieniu. Bo nie tyle, że #niemaniemoge ale raczej ja już to kiedyś przeżywałem.

Pamiętam za juniora, ze schemat treningów był taki: szkoła, szybki obiad w internacie lub stołówce pracowniczej rodzica i mniej więcej po 20’ trening. Rekord życiowy na 1km w okolicach 2:30 a życiówka na 2km z przeszkodami to 6:01. Bieganie akcentów po 2:50 było standardem zdarzającym się co najmniej 2-3 razy w tygodniu. Trener kazał więc się biegało. A, że w tzw. międzyczasie należało oddać naturze kotlet pożarski albo sztukę mięsa w sosie chrzanowym – no to trudno. Przepłukiwało się gębę wodą z… kałuży albo pobliskiego kranu – jeśli biegaliśmy na stadionie i jazda dalej. Jeden z moich kumpli, porą letnią (bo wiadomo, ze zimą to śnieg był tym patentem) miał zawsze na baaaardzo mocnym treningu listek szczawiu. Bo po pawiu szczaw całkowicie eliminował przykry zapach. Tak więc dzisiaj – lekko przewidując co się stać może po kilku kilometrach akcentu taki listek miałem również. Na szczęście się nie przydał. Ale dał mi cholernie wielki backup. Bo naprawdę przygotowany byłem na najgorsze.

Trening zrobiony. Duma, bo znowu pokonałem jakąś przeszkodę, która stała na drodze. I po raz kolejny przekonałem się, że to wszystko już kiedyś było…

Kałdun dalej boli ale do ogarnięcia. Zobaczymy po wieczornej tabletce. 

A, że z uwagi na dodatkową przerwę między szkoleniem a treningiem nie zdążyłem przemieścić się z biegiem ciągłym na ścieżkę lansu w Wilanowie to dzięki biegowi ciągłemu poznałem zaułki Opacza, Raszyna i kilkuset metrów drogi technicznej obwodnicy. Swoją drogą wstyd, ze ta droga techniczna jest tak poszatkowana a nie jest to ciąg od Ursynowa na Bemowo.

Pozdrawiam Państwa!

3 Komentarze

  1. Andrzej Kozlowski napisał(a):

    Marcinie ! To wczoraj na Big Island !
    Usmiech Madame Pele (bogini wulkanicznego ognia) :-)))

    http://www.dailymail.co.uk/news/article-3715583/Mother-nature-flashes-smile-Hawaii-volcano-appears-red-hot-grin-complete-glowing-eyes-molten-lava-hits-sea.html

  2. Andrzej Kozlowski napisał(a):

    Dwukrotnie z zona robilismy proby podejscia do tego wlasnie miejsca gdzie lawa splywa waska struga do oceanu .
    Normalnie mozna tam podejsc , mielismy pecha . Pierwszym razem wiatr niosl gazy wydzielajace sie z lawy w kierunku prowadzacej tam i straznicy nikogo nie przepuszczli . Drugim razem , bylo to krotko po tym jak wulkanowi tez sie troche wiecej „ulalo” i lawa aby mozna bylo po niej chodzic , stygnie 2-3 lata .
    Wiec teraz znowu trzeba czekac te 2-3 lata .
    To chyba jedyne miejsce , ktorego na B Island nie widzialem .