sMentoring 2017/2018 – koniec edycji
26 sierpnia 2018
walnij się w łeb… rodzicu
3 września 2018
Pokaż wszystkie

Serio. Bo zaczęliśmy trenować. Takie prawdziwe trenowanie do maratonu. Bo choć trening biegowy zacząłem już przed Gdynią, to dopiero ostatnie tygodnie pozwoliły mi doświadczyć tego „czegoś”. Kilka dni temu napisałem do Tomka: „CHCE MI SIĘ TRENOWAĆ”. Więc chyba wróciło. A właściwie wróciło kilka rzeczy. Na pewno motywacja. Chce mi się wychodzić na treningi. I, mimo Tomkowych wątpliwości, nasza umowa: „zrobię wszystko co mi napiszesz”, na razie wychodzi. I po raz kolejny (nie chcę chwalić dnia przed zachodem) okazuje się, ze pomysł na mnie chłopak ma. Bo jak zobaczyłem plan na końcówkę sierpnia i połowę września to miałem wrażenie, ze szykujemy się do 5km a nie do maratonu. Rozpędzamy się. Tak brzmiał cel na ten okres. I rzeczywiście się rozpędzaliśmy. Każdy „mocny” trening na stadionie, na każdym czułem „wiatr we włosach”, na żadnym na razie nie poczułem dzwona. Poczułem, za to, ze bieganie dwusetek, pięćsetek, odcinków minutowych i dwuminutowych naprawdę mnie buduje. Buduje prędkość ale i psychę. Bo to druga rzecz, która wróciła. Wiara, ze mogę biegać szybko. Wiem doskonale, ze bieganie 500 po 1:30 nie przełoży się na bieganie kilometrów po 3’ ALE ile to robi dla głowy! Inną kwestią jest całkowita zmiana mojego podejścia do wybiegań. Dostałem zadanie, aby każde robić 1’ wolniej niż przewidywane tempo maratonu. I mimo, że pierwsze 2km to ZAWSZE jakaś masakra to udaje mi się trzymać tempo wybiegań w okolicach 4:30. Niezależnie czy jest to 10km czy 24km. Mobilizuję się na każdy taki trening. Okazuje się, po raz kolejny, że zadania „średnio-trudne” kręcą nas najbardziej.

Podam przykład z dzisiaj. Start kontrolny w Braniewie na 10km. Bez założeń. A właściwie z jednym – jak najdłużej biec jak najszybciej. A potem dobiec w czasie maratonu. Bez patrzenia na zegarek do 5km. Potem też nie. Zobaczymy gdzie jesteśmy. Mimo, braku założeń cel minimum: sub 35, cel marzenie sub 34.

I poszło. Do dzisiaj najdłuższy ciągły to 4km. Więc czułem, że na piątkę na pewno będzie „życiówka”. Tym bardziej, że pierwszy kilometr ruszyłem za czołówką. Na drugim km też mnie kusiło, aby ich trzymać to jednak włączyło się „hold your horses”. Było szybko, czułem to, ale ciągle było to „zarządzalne”. Na 5km zegarek pokazał 16:40 😉 Uśmiechnąłem się szeroko, bo wiedziałem dzięki temu, że zaraz będzie dzwon, ale wiedziałem również, że trening 3x4km po 3:20 już nigdy mnie nie przerazi 🙂 Owszem będzie wymagający, ale nie będę przed nim srał po gaciach. No jeśli na zawodach pierwszą piątkę lecę po 3:21 i jeszcze żyję, to w treningu będzie tylko lepiej (czytaj: lżej). Dzwon przyszedł na 7km, ale też był to dzwon kontrolowalny. Pilnowałem tempa, żeby nie zwalniać zbyt mocno, pilnowałem miejsca, pilnowałem przede wszystkim techniki biegu. Bo właśnie technika to, rzecz nad którą pochylam się za każdym razem jak latam trening na stadionie. Przykład. Dwusetki latane normalnie, przez piętę – latam ok.35”. Te, latane na śródstopiu latam po 31. Żadna inwestycja. Wystarczy się podnieść w biodrach. Oczywiście na zawodach nie biegam ze śródstopia, ale pilnuję bioder, pilnuję mocnej pracy rąk, pilnuję długości kroku. Na razie to wszystko daje radę. Ciekawe co będzie jak zaczną się większe obciążenia, większy kilometraż. Już wiem np. że niektóre treningi na stadionie dość mocno „domsują” mi mięśnie czworogłowe i pasmo. Trzeba będzie coś z tym zrobić, bo jeśli czuję je pod koniec 10km, to co będzie na 35km maratonu? Ale podchodzę do tego z luźną głową, i naprawdę mocno zmotywowany do kolejnych treningów. Po prostu straaaaaaasznie chce mi się biegać i trenować w ogóle.

Dzisiaj na tym 5km to było mega uczucie. Po pierwsze uwierzyłem, że jestem w stanie (kiedyś) pobiec 10km po 3:20/km. Po drugie, śledząc poczynania zawodników w Afryce, jakoś nie tęskniłem za trajlonem. Może wmówiłem sobie, że zanim nie wrócę do „normalnego” biegania, to nie ma sensu ściągać się w triathlonie. Bo bieganie, takie jak biegałem w tym roku to chyba mnie nie interesuje. Ale jeszcze wrócę 😉

Z niecierpliwością czekam na kolejny trudny trening. Mobilizuję się, kręci mnie to i mega się cieszę, że MKON is back (tfu, tfu, żeby nic się nie zesrało – proszę trzymać kciuki).

Na zawodach ćwiczyłem też kolejny maratoński wariant sprzętowy. Bo tak jak w treningach nieakcentowych przestawiłem się z 1080 na 890-tki, tak alternatywą (jeszcze się waham) dla Zante stają się powoli FuelCell Impulse. Testing in progress! Podobnie ze skarpetami. Na razie wiem, ze da się zrobić w nich 3 treningi pod rząd i pani sprzątająca nie włącza specjalnego zapachu w pokoju hotelowym 🙂

 

5 Komentarze

  1. dziadek napisał(a):

    Zajebisty tekst! Motywuje… I chyba o to chodzi…

  2. Jakub napisał(a):

    „Oczywiście na zawodach nie biegam ze śródstopia…”. Dlaczego i dlaczego „oczywiście”?

    • mkon napisał(a):

      Jakub bo nie jest to moja naturalna technika. Na sprintach się „zmuszam” na dłuższych odcinkach nie nauczę się nigdy, ale i nie widzę powodów dla których miałbym się nauczyć. Moje przetaczanie „przez pięte” jest ok.

  3. b1aly napisał(a):

    Hej Marcin,
    W których butach zamierzasz pobiec maraton we FRA? Też go biegnę i cały czas trenuję w Zante – kocham ten model, ale nie jestem pewny czy są to buty odpowiednie na (mój pierwszy) maraton. Jakieś sugestie?
    Dzięki,
    Krzysiek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *